Rektor dwóch kościołów

Ks. Roman Krekora, fot. S.I.
– Kahlenberg jest miejscem szczególnym, w którym każdy Polak może być dumny ze swojej historii – mówi ks. Roman Krekora, rektor kościoła św. Józefa. 

 

W Wiedniu do księży zmartwychwstańców należą kościoły na Rennwegu i na Kahlenbergu.
– Tak, sprawujemy posługę duszpasterską w obu świątyniach, są one również naszą własnością – „polskimi wyspami". Dla mnie szczególną „wyspą" jest kościół na Kahlenbergu, którego jestem rektorem. Jest to dla mnie wielki zaszczyt. Nasi przodkowie nabyli tę świątynię w 1906 roku od Austriaków. Dziś jest ona taką małą Polską.
Ale teraz spotykamy się w kościele parafialnym w 19. dzielnicy Wiednia, w Nussdorf.
– Jestem rektorem na Kahlenbergu i jednocześnie proboszczem w Nussdorfie. A dodam jeszcze, że jestem również rektorem kościoła na Leopoldsbergu.
To rzeczywiście wyjątkowe, że jest Ksiądz związany z kościołami o tak dużym znaczeniu historycznym.
– Śmieję się, że po tylu latach w mojej osobie nastąpiła tak zwana „unia personalna" tych dwóch szczególnych miejsc. Kościół na Kahlenbergu ma symboliczne znaczenie dla Polaków, natomiast kościół na Leopoldsbergu jest ważny dla Austriaków. Można by powiedzieć, że z historycznego punktu widzenia Leopoldsberg to takie Gniezno państwa austriackiego. Od czasów Celtów, poprzez lata rządów Babenbergów i Habsburgów, jest to wyjątkowe miejsce dla Austrii. Mam wielką przyjemność i zaszczyt opiekować się tymi dwoma kościołami.
Rektorem na Kahlenbergu jestem od kilku miesięcy. Moim poprzednikiem był śp. Jerzy Smoliński. Można powiedzieć metaforycznie, że był on ostatnim husarzem Sobieskiego i odszedł na wieczną wartę z jego rycerzami.
Czym dla Księdza jest kościół na Kahlenbergu?
– Jest mało miejsc na ziemi upamiętniających nie tylko wygraną bitwę, ale wojnę, która zmieniła losy Europy. Kahlenberg jest miejscem szczególnym, w którym każdy Polak może być dumny ze swojej historii, czuć się jak u siebie w domu, bo polski kościół na Kahlenbergu to skrawek polskiej ziemi. Dla wszystkich Polaków mieszkających w Austrii i dla wszystkich, którzy tutaj przyjeżdżają, miejsce to jest domem, śladem dumnej historii. To miejsce jest także niezwykle ważne dla chrześcijaństwa, ponieważ gdyby nie zwycięstwo Sobieskiego, nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy chrześcijańskiej Europy.
Moim zadaniem jest otwierać drzwi tego kościoła Polakom i witać ich słowami: „dobrze, że tu jesteście, serdecznie zapraszam, czujcie się jak u siebie w domu, czujcie się jak gospodarze". A ponieważ dobry polski gospodarz tradycyjnie jest gościnny, przychodzą więc również Austriacy, Turcy, turyści z całego świata. Są serdecznie witani staropolską gościnnością. Wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi i kościół na Kahlenbergu otwarty jest codziennie dla wszystkich. Jest miejscem, które dziś jednoczy ludzi i kultury. Jest polską wizytówką.
Ksiądz, podobnie jak kilka tysięcy polskich duchownych pracujących poza krajem, jest w pewnym sensie ambasadorem polskości.
– Myślę, że tak rzeczywiście jest, bowiem najczęściej postrzega się dany kraj przez pryzmat ludzi, których się zna, a którzy z tego kraju pochodzą. Już sam kontakt z obywatelem danego państwa wzbudza zainteresowanie tym państwem. Ważne jest oczywiście, aby dawać dobry przykład. Jeżeli jesteśmy tego świadomi, możemy bardzo dużo zrobić dla pozytywnego wizerunku Polski. Wielu moich austriackich parafian nawet odwiedziło Polskę.
Co Ksiądz uważa za swój najważniejszy obowiązek?
– Uważam, że moim podstawowym obowiązkiem, tak jak każdego księdza katolickiego, jest „zarazić” innych miłością do Chrystusa. Natomiast jako proboszcz mam jeszcze obowiązek zarządzania parafią. Chciałbym jak najwięcej ludzi z mojej parafii, z tego coraz bardziej anonimowego świata, powiązać ze sobą, pokazać im, że nie są sami. Niestety, dla dzisiejszego świata turbokapitalizmu człowiek jest coś wart dopóty, dopóki jest przydatny, potrafi coś z siebie dać, coś wyprodukować, być aktywny. A przecież człowiek nie jest dla pracy, tylko praca dla człowieka. Najczęściej jest tak, że gdy człowiek traci pracę, nie radzi sobie, gdy spotyka go nieszczęście, to inni przestają się nim interesować. Zostaje sam w czterech ścianach. A ja , któremu został powierzony kawałek ziemi, na którym stoją domy, a w nich mieszkają ludzie, chcę tych ludzi ze sobą zjednoczyć, powiązać, żeby nie zostali ze swoimi problemami sami. Dlatego moja parafia jest miejscem, w którym człowiek z innym człowiekiem może się spotkać, poczuć, że jest potrzebny, ważny, obojętnie, na jakim etapie życia się znalazł. Bo każdy jest dzieckiem Bożym i dla pana Boga wszyscy są ważni.
Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Czy pamięta Ksiądz swoją pierwszą Wigilię w Austrii?
- Tak, mieszkałem wtedy na plebanii w Linz, moim proboszczem był Austriak, który został potem moim najlepszym przyjacielem. Czekałem na pierwszą gwiazdkę, aby rozpocząć Wigilię. Nie mogłem się doczekać, o 18.00 poszedłem do proboszcza, a tam podana została tylko biała kiełbaska z ziemniakami. Pytam się więc, czy to wszystko, a oni na to zdziwieni, ubrani w prawie robocze stroje, że tak. Łza mi się w oku zakręciła, gdy pomyślałem o moim rodzinnym domu, z opłatkiem i wieczerzą wigilijną. Oni nie znali tego zwyczaju. Przy czym w ten wigilijny wieczór moi gospodarze spotkali się raz jeszcze, o godzinie 23.00, tym razem przy winie i ciasteczkach. Proboszcz przeczytał Ewangelię, rozpakowaliśmy drobne upominki spod choinki i poszliśmy na pasterkę. Z opłatkami wynikła też pewna ciekawa rzecz, zanim trafiłem do tej parafii. W latach 80. ów proboszcz i jego parafianie wysyłali do Polski dużo paczek dla potrzebujących. Po pewnym czasie zaczęły do tej parafii przychodzić z Polski kartki świąteczne wraz z załączonymi opłatkami. Ponieważ Austriacy nie wiedzieli, co to jest, sądzili, że jest to Najświętszy Sakrament, którym Polacy chcą się z nimi podzielić. Proboszcz, jako bardzo pobożny człowiek, zarządził w całej parafii zbiórkę tych „ hostii”, aby je ochronić przed profanacją. Dopiero kilka lat później polscy księża wyjaśnili mu znaczenie łamania się opłatkiem. Po pewnym czasie, gdy zamieszkałem w jego parafii, proboszcz, zafascynowany głębią tej polskiej tradycji, rozpowszechnił ją wśród swoich znajomych.
Pochłaniają nas przygotowania do świąt, zakupy, prezenty, spotkania wigilijne w pracy. Przychodzi Boże Narodzenie – wszystko jest przygotowane, tylko brakuje czasu na refleksję o religijnym wymiarze tych świąt.
– Problemem jest to, że zapominamy, dlaczego mamy Boże Narodzenie. Opowiem o pewnym księdzu, który przygotowywał się do święta Bożego Ciała. Żeby wszystko udało się pięknie, zaczął organizowanie święta już miesiąc wcześniej. Był strasznie zagoniony, udało mu się zamówić dwie orkiestry, zorganizował też strażaków, zrobił próby z dziećmi do sypania kwiatów, postarał się o wszystkie policyjne zezwolenia na procesję, wysprzątał kościół, plebanię, odnowił święte obrazy, które miały być niesione, nawet pozłocił monstrancję. Był bardzo z siebie zadowolony i dumny, że udało mu się wszystko perfekcyjnie zorganizować. A gdy już szedł w procesji, zauważył, że zapomniał włożyć Hostię do monstrancji. Na zewnątrz wszystko wyglądało pięknie, tylko po co to wszystko, łącznie z pozłacaną monstrancją, gdy nie było w niej tego, co najważniejsze.
Podobną sytuację można zaobserwować przed Bożym Narodzeniem. Jesteśmy wtedy zabiegani, ale te wszystkie rzeczy, które są ważne, bo tworzą przecież świąteczną atmosferę, tracą swój sens w momencie, gdy nie myślimy o tym, czyje urodziny obchodzimy.
Problemem jest właśnie to, że co roku urodziny te ładnie organizujemy, tylko Osoba, której urodziny świętujemy, nie jest zapraszana. Zapominamy o Jubilacie albo wręcz nawet Go nie chcemy.
Co najistotniejszego według Księdza wydarzyło się 2 tysiące lat temu?
– To, co się wtedy wydarzyło, wydarza się co roku właśnie w Boże Narodzenie, a może się wydarzyć nawet każdego dnia. Tak jak wtedy, tak i dzisiaj, w szarości codziennego życia, w ciemności zwątpienia Chrystus zapala małe światełko nadziei, miłości Bożej. Tym światłem jest On sam. Rozjaśnia ciemność i daje nam szansę na dostrzeżenie tego, co w życiu jest najważniejsze.
A które wartości są dla Księdza najważniejsze?
– We współczesnym świecie człowiek im jest bogatszy materialnie, tym bardziej może stawać się ubogi duchowo. Otoczeni zewsząd liberalizmem, materializmem, konsumpcjonizmem, hedonizmem zapominamy o tym, co jest w życiu najważniejsze. Dwa tysiące lat temu na świat przyszedł Chrystus, który dał ludziom system wartości, za które gotów był oddać swe życie. Te wartości to miłość do Boga i drugiego człowieka. Są to dwa najważniejsze przykazania, których nie można od siebie oddzielić. Bo każdy człowiek nosi oblicze Boga w sobie.
Człowiek ma oczywiście wolną wolę, nie każdy musi być chrześcijaninem, postępować jak chrześcijanin. Naturalnie, że będąc księdzem, bardzo bym się cieszył, gdyby wszyscy byli chrześcijanami, ale tak nie jest i trzeba to zaakceptować. Jeżeli Pan Bóg chciałby, aby wszyscy w Niego wierzyli bez wątpliwości, to nie stworzyłby człowiekowi wolnej woli. Jeżeli stworzył dla człowieka wolną wolę, to po to, aby człowiek dokonywał wyborów. Myślę, że jeżeli nie wszyscy wierzą w Chrystusa, to nie jest to wina Boga, ale może nas wszystkich chrześcijan, w tym również nas księży, którzy są za mało autentyczni i nie stanowią wystarczającego przykładu dla innych.
Gdzie można znaleźć to światło, o którym Ksiądz wcześniej mówił?
– Można je znaleźć w Kościele, ale przede wszystkim odkryć w samym sobie. Zbawienie nie jest zależne od księdza. To Pan Bóg najwięcej działa w sercach ludzkich. Ludzie sami do pewnych rzeczy dochodzą. Jeżeli potrzebują do tego pomocy księdza, to ja zawsze służę. Takie jest moje zadanie. Pan Bóg stworzył ten świat, żeby każdy mógł cieszyć się życiem. I jeżeli zdarzają się jakieś niesprawiedliwości, to nie należy odpowiedzialnością za to od razu obarczać Boga. To, że jest dziś w świecie wiele nieszczęść, jest winą drugiego człowieka – skutkiem jego egoizmu. Ludzie otrzymali pewien kapitał, swój czas na tej ziemi. Ale gdy człowiek się gdzieś pogubi, to jest Ktoś, kto wszystko może mu poukładać z powrotem według logiki, którą każdy ma w swoim sercu, gdy przychodzi na świat. Ja mogę w tym jedynie pomóc jako ksiądz, bo to każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoje życie. Boże Narodzenie jest okazją, żeby zacząć od początku lub spróbować dojść tam, gdzie byliśmy wcześniej. Wysiłek taki można podejmować co roku, aż do skutku.
Z góry zwykle widać lepiej. Jak więc ksiądz z Kahlenbergu postrzega naszą Polonię? Co jest w niej dobrego, a co wymaga poprawy?
– Nie jestem ekspertem od Polonii. Uważam jednak, że jako Polacy nie powinniśmy mieć kompleksów. Zmienialiśmy historię Europy. Patrząc z perspektywy Kahlenbergu, wymienię oczywiście rok 1683. Ale potem był cud nad Wisłą – rok 1920. Mamy swój pozytywny wkład w historię Europy. Powinniśmy więc być z tego dumni. Nie oznacza to oczywiście, żebyśmy się wynosili nad innych; każdy naród ma swój wkład w Europę, którą razem tworzymy. I jeżeli będziemy mieć szacunek dla samych siebie, dla naszych współbraci, rodaków, to inni będą mieli szacunek dla nas. Jeżeli będziemy się nawzajem szanowali, to inni będą nas również szanować. To od nas samych zależy, jak nas tutaj, w Austrii, postrzegają. Wszystkim życzę Bożego błogosławieństwa na czas nadchodzących świąt. Życzę, aby żmudny okres świątecznych przygotowań nie przysłonił tego, co w Bożym Narodzeniu najważniejsze – prawdy o przyjściu na świat Syna Bożego, który każdemu człowiekowi daje światło nadziei i miłości.

Rozmawiał Sławomir Iwanowski, Polonika nr 227/228, grudzień 2013/styczeń 2014.

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…