Lwów - Kraków - Wiedeń

Była prawnuczką Franciszka Smolki. Jego popiersie znajduje się w budynku austriackiego parlamentu, w którym pełnił on zaszczytną funkcję prezydenta w czasach monarchii austro-węgierskiej.

Życie Ewy Smolki związane było z trzema miastami: Lwowem, Krakowem i Wiedniem, w którym zmarła w 1996 roku. Poniższy tekst powstał na podstawie jej wspomnień nagranych na taśmy magnetofonowe w 1992 roku oraz zachowanej korespondencji.

Ucieczka ze Lwowa
Znałam dobrze język francuski, więc pracowałam w galicyjskim przedsiębiorstwie przemysłu naftowego z kapitałem francuskim. Gdy w 1939 roku bolszewicy wkroczyli do Lwowa, mnie oczywiście, jak wszystkich innych, z pracy zwolnili. Byłam w tragicznej sytuacji, bo w domu leżała moja ciężko sparaliżowana babka, która miała pielęgniarkę, i moja chora owdowiała matka. Oprócz tego stara kucharka, która była u nas ze 40 lat, pokojowa, a ponadto rodzina z Krakowa, która uciekła przed Niemcami. Tym wszystkim osobom trzeba było zapewnić wyżywienie.
Któregoś dnia przychodzi do domu dawny woźny i mówi: W tym roku straciła pani ojca, ma pani rodzinę na utrzymaniu, a oni panią zwolnili. Ja dziś jestem kierownikiem związków zawodowych, była pani dla mnie dobra, uprzejma, mam jak najlepsze o pani wspomnienie, przyszedłem pani pomóc. Czy pani by się zdecydowała wrócić z powrotem do przemysłu? Bardzo się ucieszyłam, powiedziałam, że tak. Gdy wróciłam do przedsiębiorstwa, personalny zapytał mnie, co ja umiem i czy umiem obsłużyć stację telefoniczną. Po około dwóch tygodniach do centrali telefonicznej wszedł zupełnie mi nieznany człowiek, w bardzo skromnym płaszczu. Gdy go rozpiął, pod spodem zobaczyłam wspaniałe futro. Rozejrzał się i zapytał, czy mi się ta praca podoba. Odpowiedziałam, że tak, bo mogę utrzymać moją rodzinę. A czy chciałaby pani więcej zarabiać – zapytał. Odpowiedziałam, że każdy by chciał. Za kilka dni znowu przyszedł i zapytał, czy się już zdecydowałam. Nie wiedziałam, o co chodzi, więc zapytałam, na co mam się zdecydować. No pracować dla nas – odrzekł.
Odpowiedziałam mu, że to był dla mnie bardzo ciężki rok, utraciłam ojca, wybuchła wojna, która wywróciła życie do góry nogami, więc niech mi da spokój. Za kilka dni znowu przyszedł z pytaniem, czy chcę pracować dla niego, bo jeżeli nie, to pójdę paść białe niedźwiedzie. Nie wiedziałam wtedy, co oznacza to wyrażenie, ale domyśliłam się, że białe niedźwiedzie są bardzo daleko, na Syberii. Zapytałam, jaka to będzie praca. A będziecie chodzić po waszych przyjaciołach, znajomych i będziecie nam opowiadać, coście słyszeli – odpowiedział. Nie miałam innego wyjścia i gdy przyszedł po raz kolejny, powiedziałam, że się zgadzam, ale poprosiłam o dwa tygodnie zaległego urlopu. Dali mi ten urlop. Trzeba było uciekać i to tak, żeby mnie nie złapali.

W nieznane
W tym samym czasie przyjechała do nas matka mojej szwagierki, pani Rup von Staufen, mieszkająca na stałe w Grodnie, i powiedziała, że do Grodna przyjechała komisja niemiecka, która zabiera do Rzeszy osoby pochodzenia niemieckiego. Gdy opowiedziałam jej o mojej sytuacji, powiedziała: Ty masz takie samo nazwisko jak moja córka, więc razem z nią znajdziesz się w środowisku, w którym nie będziesz narażona na niebezpieczeństwo.
Z końcem grudnia 1939 pożegnałam się z moją matką i wsiadłam w pociąg do Grodna. Co będzie dalej, nie wiedziałam, jechałam w nieznane. W Grodnie przedstawiono mnie komisji niemieckiej i z rodziną mojej bratowej wsiadłyśmy w pociąg emigracyjny. Zawieźli nas do Cieszyna. W Cieszynie umieścili nas w dawnej szkole polskiej i czekało się nie wiadomo na co. Wtedy Niemcy zażądali, żebym się zrzekła obywatelstwa polskiego. Odpowiedziałam, że nie po to tu przyjechałam, ale żeby uciec przed bolszewikami. Odpowiedź brzmiała: Jeżeli tak, to będziemy panią inaczej traktować.
Zapędzili mnie do piwnicy i musiałam pracować jako palacz koksem w czteropiętrowym gmachu. Pewnego dnia dostałam gorączki i wysypki. Przyszedł lekarz i stwierdził szkarlatynę. Od razu wzięli mnie do szpitala na oddział zamknięty. Pracujący tam polscy lekarze zdradzili mi, że komendant przejściowego obozu, w którym byłam, wpisał mnie na jedną z pierwszych list do Oświęcimia. Nie wiedziałam, co to jest Oświęcim, myślałam, że to zwykły obóz pracy. Lekarze ostrzegli mnie, żebym tam lepiej się nie wyrywała. Wystarali się o przepustkę ze szpitala, z którego wyszłam w tym, w czym stałam, i dojechałam do Krakowa. Stanęłam na ulicy i nie wiedziałam, co dalej.

Pseudonim „Małgorzata”
Kraków był mi zupełnie obcy, na szczęście mieszkała tam siostra mego ojca z mężem i dwoma synami. Udałam się do nich i zostałam serdecznie przyjęta – tak samo serdecznie jak ich niedawno przyjmowałam we Lwowie, gdy z Krakowa uciekli przed Niemcami. To już był marzec 1940 r., a w czerwcu do Krakowa przyjechała przez taką samą komisję moja matka.
Poznałam Krystynę zwaną Tytusią, dwa, trzy lata młodszą ode mnie. Często przychodziła do nas i któregoś dnia powiedziała mi, że sytuacja jest taka, że musimy się bronić, zorganizować. Odpowiedziałam, że strasznie jestem szczęśliwa, bo o tym myślałam, ale nie wiedziałam, do kogo się zwrócić, gdzie szukać kontaktu. Na to ona mi powiedziała, że przyjdzie do mnie komendant, żeby mnie zaprzysiąc. Rzeczywiście, któregoś dnia przyszedł do mnie mężczyzna i przedstawił się pseudonimem „Boruta” (Zbigniew Cerkowniak – dop. red.). Zapytał, czy chcę przystąpić do organizacji, tylko prosił, żeby o nic nie pytać. Odpowiedziałam, że zgadzam się na ślepo, bo ja tych Szwabów tutaj nie zniosę. Wtedy złożyłam przysięgę.
Po jakimś czasie odwiedziła mnie Tytusia i powiedziała, że jestem członkiem AK. Uprzedziła mnie, że będą do mnie przychodzić rozmaici ludzie, przynosić rozmaite rzeczy, będą mi mówić, komu muszę je oddać, względnie zanieść w jakieś miejsce, czy też skontaktować się z podanymi osobami. Po pewnym czasie przyszedł inny mężczyzna w mundurze kolejarskim, który przedstawił się jako „Świda” (Zenon Sobota – dop. red.). Rozpiął płaszcz, pod którym miał karabin, i zapytał, czy mogę go przechować. Powiedziałam, że oczywiście. Jedynym w miarę pewnym miejscem było to pod moim materacem, bo tylko ja jestem za nie odpowiedzialna. Mieszkałam wtedy z moją matką w wynajętym pokoju w budynku drukarni narodowej w Krakowie przy ulicy Wolskiej. Po jakimś czasie przyszedł znowu, potem jeszcze raz i tak uzbierały się cztery krabiny, na których spałam. Nie zawsze mi na nich było wygodnie. W baśni Andersena księżniczka spała na wielu materacach na jednym ziarnku grochu, a ja na jednym na kilku karabinach – ale jak trzeba, to trzeba. Przychodzono do mnie coraz częściej, coraz częściej dostawałam zlecenia. O nic nie pytałam – lepiej było nie wiedzieć, bo nawet jak Niemcy by chcieli wymusić zeznania, to i tak by się nic nie dowiedzieli.
Nie pracowałam wtedy nigdzie, więc załatwili mi pracę w redakcji tygodnika „SIEW” (niemiecka gazeta wydawana w języku polskim na terenie Generalnego Gubernatorstwa, kolportowana również wśród Polaków wywiezionych na roboty w rolnictwie do Niemiec – dop. red.). Praca w takiej redakcji dawała mi doskonałe alibi. Miałam coraz więcej kontaktów, obowiązków i poczucia, że organizacja ma do mnie zaufanie. Gdy dostałam rozkaz, to się szło – miałam coś zanieść, przynieść, z kimś się spotkać i wziąć coś, nie wolno mi było niczego czytać ani oglądać. Któregoś dnia przyszedł mój komendant z pytaniem, czy nie chciałabym zostać kierowniczką do spraw łączności z innymi organizacjami. Zgodziłam się. Zaczęły się walki w terenie, trzeba je było zorganizować łącznościowo. Jedną z ważniejszych akcji było odbicie więzienia w Jaśle i uwolnienie więźniów (słynna akcja „Pensjonat” w 1943 r., uwolnionych zostało 66 członków ruchu oporu z jasielskiego więzienia okupacyjnego – dop. red.).
Nigdy nie poznałam nazwisk moich współtowarzyszy w AK. Sama miałam pseudonim „Małgorzata”. Nie ja go sobie wybrałam. Po prostu mój komendant stwierdził, że wyglądam jak Małgorzata, będę więc Małgorzatą. Nie wiem, o jaką Małgorzatę mu chodziło.

Kierunek Zachód
Gdy zbliżał się rosyjski front, dostałam rozkaz opuszczenia Krakowa. Od mojego niemieckiego szefa z pracy, o którym poźniej się dowiedziałam, że był również w konspiracji, dostałam dokumenty na przejazd do Wiednia. Zbieg okoliczności sprawił, że w pociągu, w którym jechałam do Wiednia, jechała też moja daleka krewna spokrewniona z bratem mojej matki, docent medycyny ze Lwowa. Ucieszyłyśmy się obie, ona była samotna, ja byłam samotna. Wysiadłyśmy na dworcu, poszłyśmy do jakiegoś hoteliku. Ona miała papiery, bo w czasie wojny podpisała listę volksdeutschów, a ja w Wiedniu byłam nikim. Od razu poszła do Izby Lekarskiej i przydzielili ją do Kaiserin-Elisabeth-Spital w Wiedniu. Automatycznie dostała pozwolenie na mieszkanie, znalazła pokój na Simmeringu i wzięła mnie do tego pokoju.

 

List brata Adama Smolki do Ewy Smolki
rtm. Adam Smolka, Londyn, 8 grudnia 1945 r.
Nie potrzebuję Ci pisać, Ewuś mój drogi, jak bardzo się ucieszyłem, że wydostałaś się z Krakowa i że masz możliwość życia. Ewuś moja kochana, napisz mi, jakie są Twoje plany, co zamierzasz robić: musimy jakoś porozumieć się co do przyszłości, bo teraz rozbici jesteśmy jak stado wróbli. Moja przyszłość, jak i każdego oficera, jest pod znakiem zapytania. Odpisz, Ewuś mój kochany, zaraz, nie zwlekaj. Całuję i ścisam Cię, Ewuniu, Pana Boga proszę, byśmy w końcu byli razem.
Twój Adam

Był koniec grudnia, zaczęły się bombardowania Wiednia. Wiedziałam, że we Włoszech w okolicach Ankony stacjonuje wojsko polskie – 2. Korpus Polski – i chciałam się tam dostać. Dojechałam do Zillertal, potem przez Udinę do Ankony, do Polskiego Czerwonego Krzyża. Stefan Tyszkiewicz, szef Polskiego Czerwonego Krzyża we Włoszech, wysłał mnie z Ankony do Bregenz w Austrii. Byłam tam kierowniczką oddziału Polskiego Czerwonego Krzyża.

List brata Adama Smolki do Ewy Smolki
Nadawca: Capt. Adam Smolka, Glasgow, Scotland.
Odbiorca: Ewa Smolka, Mayrhofen 280, Zillertal, Tirol, Austria
Ewuś droga, kochana – od szeregu miesięcy staram się nawiązać zerwany z Tobą kontakt listowy i jak na razie bezskutecznie. Mam nadzieję, że ten list do Ciebie dojdzie i opowie o smutnych sprawach, które w międzyczasie zaszły, o których może jeszcze nie wiesz. Dnia 2 lipca umarł nagle na atak sercowy Wujaszek Greger, Mamusia została zupełnie sama i, jak pisze, w rozpaczy ziemia Jej się spod nóg usunęła. Pisze Mamusia, że telegram, który do Ciebie po śmierci Wujaszka wysłała, powrócił z dopiskiem, że adresat nieznany. Mamusia spodziewa się Ciebie w domu lada dzień, mówi, że dobrze byłoby, gdybyś już przyjechała. Gdybyś napotkała tam trudności, to zbyt dużo masz tam przyjaciół, by Ci nie pomogli. Masę ludzi, którzy wrócili, ułożyło sobie jakoś życie i są zadowoleni. Napisz prędko, jakie są Twoje plany, mam nadzieję, że ten list dojdzie do Ciebie. Gdybyś wróciła do Polski i zobaczyła, że żyć tam można i że powodów do obaw nie ma, napisz, może do chałupy powrócimy i Babuni naszych dwóch Anciów do hołubienia przywieziemy (brat Ewy, Adam, miał rodzinę przy sobie – rocznego syna, żona była w kolejnej ciąży – dop. red.). Z całego serca całuję, Adam.

Postanowiłam wrócić do Polski. Postanowiłam tak dlatego, bo mamusia przysłała telegram, żebym wracała, bo stało się straszne nieszczęście, gdyż jej drugi mąż, czyli mój ojczym, nazywany przeze mnie i brata Wujaszkiem, zmarł nagle na zawał serca. Matka została więc sama (przed wyjazdem do Polski Ewa Smolka wyszła za mąż za Alexandra Turetschka, Austriaka, którego jej rodzina znała jeszcze przed wojną – dop. red.).

W komunistycznej Polsce
Wróciłam do Polski, do Krakowa w 1948 roku. Nie pchałam się już do konspiracyjnej działalności, był już taki stalinizm, że można było wyć. Bałam się, bo nie dość, że ledwo wypętałam się od Niemców, to teraz znowu są Rosjanie, dwanaście osób z mojej rodziny było na Syberii. Nie myślałam już o konspiracji. A w 1949 roku zostałam aresztowana. Wzięli mnie prosto z mieszkania mamy. Trzymali mnie trzy dni i trzy noce na UB. Siedziałam, nie wiedząc, o co chodzi. Na koniec zapytali mnie, kto to jest Krystyna. Nie wiedziałam, a oni na to: Jak to, nie znacie Krystyny Metzger?! A! Tytusia – mówię – moja koleżanka, znam ją. Nie wiedziałam, że był to czas jej procesu. Moje koleżanki, łączniczki z konspiracji, dostały od 10 do 15 lat więzienia. Tytusia dostała karę śmierci (karę śmierci Krystynie Metzger zamieniono na dożywocie, bo była wówczas w ciąży. Wyszła na wolność w 1961 r., pięć lat po odwilży dla więźniów „politycznych”. Jej dziecko zmarło w więzieniu – dop. red.).
Ja byłam im potrzebna jako świadek w procesie. Najpierw przetrzymywali mnie w strasznych warunkach w Krakowie przy Grodzkiej, potem na ulicy Montelupich. Nic nie powiedziałam o konspiracji, za sam udział w niej dostawało się z miejsca 12 lat więzienia. Jakoś łączyli mnie z Tytusią, ale nic nie mogli mi udowodnić, więc dostałam „tylko” 7 lat. Pochodzenie i wychowanie nie dawało żadnych gwarancji, że się kiedykolwiek życzliwie odniosę do Polski Ludowej – takie było uzasadnienie wyroku. Mój adwokat zażądał unieważnienia wyroku, bo nigdzie w jurysdykcji polskiej nie było takiej ustawy, że można było kogoś skazać za pochodzenie, za wychowanie i za samo założenie, że ktoś będzie się nieżyczliwie ustosunkowywać do Polski Ludowej. Sprawa poszła do Sądu Najwyższego, który odrzucił wyrok. Więc byłam bez wyroku i właściwie mogłam wyjść na wolność. Tymczasem prokurator odmówił i powiedział, że będzie jeszcze jeden proces i nie wypuszczą mnie na wolność.

List z 30.09.1949 roku Alexandra Turetschka do Heleny, matki Ewy Smolki (zachowana oryginalna pisownia).
Droga Mamusiu!

Tak bardzo czekam na wiadomość, ostatni Twój list jest od 16.08., a więcej nic nie dostałem. Proszę, Mamusiu, mnie pisać, jak stan, czy sprawa jest i jeżeli ja mogę coś pomagać? Tak jestem zdenerwowany, jak jeszcze nie byłem, liczyłem, że może teraz sprawa będzie lepiej. Droga moja Mamusiu, proszę mnie pisać, jak Ewuś się czuje, jaki jest jej stan zdrowia i wszystko!
Całuję Mamusi rękę
Twój Alex Turciu

Jako tzw. śledcza mam nadal siedzieć w kryminale. Dwa lata czekałam na następną rozprawę. Chodziło o to, żeby mnie złamać psychicznie. Siedziałam w rozmaitych celach, na przykład kazali mi spać w jednym łóżku z morderczynią własnego dziecka. Ciągle były rewizje, ciągle byli konfidenci, cele były przepełnione, warunki sanitarne były fatalne. Wszystkie współwięźniarki miały wyrok, tylko ja nie. Zamknęli mnie też w celi śmierci na sześciu metrach kwadratowych. Za każdym razem, gdy wkładali klucz do drzwi, myślałam, że będą mnie wieszać albo strzelać. Na drugiej rozprawie dostałam wyrok cztery lata więzienia. Siedziałam już dwa lata jako „śledcza”, więc na trzeci rok wysłali mnie do więzienia w Grudziądzu.

List napisany przez Ewę Smolkę, z dopiskiem: „Ocenzurowano 13.12. 1950”.
Kiciuniu mój ukochany. Pewnie już wiesz od Mamusi, że jestem w Grudziądzu od 28.10. Jakoś się trzymam, choć sił znacznie mniej. Niespokojna jestem o Ciebie, jak żyjesz, czy się nie zapracowujesz i czy pamiętasz o tym, że masz dbać o zdrowie więcej, jak o wszystko inne. Myślę o Tobie dużo i strasznie mi Cię żal, żeś sam, czy mi to kiedy przebaczysz, choć nic w tym mojej winy nie ma. I znów niedługo święta, może jeszcze mroźniejsze jak poprzednie. Trzymaj się, kochanie, bardzo mocno, bądź dzielnym i nie trać wiary, że zło nareszcie minie. Tak 20 grudnia, jak i w święta i Nowy Rok będę myślami z Tobą. Na razie całuję Cię gorąco, tak bardzo jak kocham, tulę najczulej i ściskam
Twój Ewusiek

Cele były strasznie zapluskwione, w nocy wychodziły i ruszały się jak w mrowisku. W Grudziądzu jednak nie miałam tak źle, bo władze więzienne dopatrzyły się w moich papierach, że skończyłam kurs sanitarny, więc powierzono mi opiekę nad noworodkami urodzonymi w więzieniu i małymi dziećmi. Miałam nadzór nad dwiema salami, w jednej 12 dzieci do 1. roku, a w drugiej były dzieci do 3. roku życia. Co dwie, trzy godziny przychodziły matki do karmienia noworodków. Po ukończeniu 3. roku życia dzieci były wywożone z więzienia do domów dziecka jako sieroty. Matek nikt o zgodę nie pytał, dalej odbywały wyrok 15 czy 20 lat więzienia. Kąpałam te więzienne dzieci, przewijałam, podawałam przepisane lekarstwa, nie było środków higieny. Lekarz, który przychodził, był skończoną bestią, zboczeńcem, bardziej niż dziećmi interesował się kobietami, trzeba czy nie trzeba brał na krzesło ginekologiczne.
Pewnego dnia, pod koniec trzeciego roku, wywołali mnie z celi i mówią: Zabierać wszystkie rzeczy! Zabrałam, już mamusia na mnie czekała...

I tu kończy się magnetofonowa taśma, urywają wspomnienia Ewy Smolki nagrane przez Danutę Nemling w 1992 roku.

Alexander Turetschek, mąż Ewy Smolki, z wykształcenia prawnik, sprowadził ją po zwolnieniu z komunistycznego więzienia w 1953 roku do Austrii. Zamieszkali w Bisambergu pod Wiedniem. Byli bardzo zgodnym małżeństwem. Ewa stroniła od kontaktów z ludźmi, nie chciała się dzielić traumatycznymi wspomnieniami. Jedną z niewielu osób, którą obdarzyła zaufaniem w Austrii, była Danuta Nemling, której rodzina również pochodziła z Kresów.
Mimo tragicznych, powojennych przeżyć Polska była jej zawsze bliska. W 1980 roku podjęła się zorganizowania w Bisambergu pomocy dla Polski. Ofiarność mieszkańców Bisambergu okazała się nadzwyczajna. Zebrano całą ciężarówkę paczek z odzieżą, artykułami spożywczymi i lekarstwami i rozwieziono je do Wrocławia, Krakowa i Warszawy.

Ewa i Alexander Turetschek nie mieli dzieci. Po śmierci męża w 1988 roku stała się więc jedyną spadkobierczynią pokaźnego majątku pokoleń rodziny Turetschek, pozbawionej potomków. Jak na osobę majętną żyła skromnie i oszczędnie.
Pod koniec swego życia, coraz bardziej chora i cierpiąca po tragicznych, więziennych przejściach, postanowiła zostawić po sobie w Polsce dobry ślad. W 1996 roku przekazała milion szylingów dla Ośrodka Rehabilitacyjno-Wychowawczego w Przemyślu dla dzieci niepełnosprawnych i upośledzonych umysłowo. Dlaczego Przemyśl? Kochanieńko, Przemyśl jest w drodze do Lwowa. Jeżeli poprosisz, żeby cię zaprowadzili na cytadelę w Przemyślu, to może owieje cię wiatr ze Lwowa – powiedziała Danucie Nemling, której powierzyła sprawy formalne związane z przekazaniem darowizny i która reprezentowała ją w Przemyślu na tej uroczystości. Sama już nie dała rady pojechać. Zamierzała podarować kolejny milion szylingów na dalszą rozbudowę Ośrodka Rehabilitacyjno-Wychowawczego w Przemyślu dla dzieci niepełnosprawnych i upośledzonych umysłowo. Nie zdążyła.
Danuta Nemling tak wspomina ostatnią swoją rozmowę z Ewą Smolką. „Późnym wieczorem, po powrocie z uroczystości w Przemyślu, postanowiłam tego samego dnia zadzwonić do Ewy.
– Zadzwonisz jutro, jest już późny wieczór – odradzał mi mąż. – Nie, muszę zadwonić teraz, ona czeka na wiadomości, muszę jej powiedzieć, jak pięknie było i przekazać jej słowa wdzięczności od personelu ośrodka i od dzieci. Zadzwoniłam. Ona płakała po drugiej stronie słuchawki. Ale to były łzy jakiejś radości, szczęścia. Dziękowała mi za spełnienie jej woli, mówiła, że czuje się tak, jakby sama tam była. Następnego dnia rankiem zadzwoniła do mnie kobieta, która przychodziła do Ewy pomagać w codziennych czynnościach: Proszę przyjechać natychmiast. Pani Ewa umarła. Było to 7 października 1996 roku”.
Pochowana została na cmentarzu kościoła St. Johann w Bisambergu. Na uroczystość pogrzebową przyjechała rodzina z Anglii jej nieżyjącego już brata Adama. Kilka lat przed śmiercią Ewa poprosiła Danutę Nemling o przywiezienie garści ziemi z Polski. Zgodnie z jej życzeniem zawinięta w chusteczkę polska ziemia i furażerka wojskowa, którą miała, złożone zostały w jej grobie.
Na nagrobku umieszczony jest metalowy medalion z wizerunkiem orła i Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Na dole medalionu wyryty jest napis w języku polskim: „Pod Twoją Obronę”.

Artykuł ten powstał na podstawie wspomnień i zachowanych przez Danutę Nemling nagrań magnetofonowych oraz nielicznych osobistych dokumentów Ewy Turetschek-Smolki, pseudonim „Małgorzata”.

Sławomir Iwanowski, Polonika nr 265, marzec/kwiecień 2018

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…