Rzeź galicyjska

 

W mroźne dni lutego 1846 roku w zaborze austriackim chłopi galicyjscy zaatakowali okoliczne dwory. Zabijali właścicieli, zakłuwając ich widłami, okładając cepami, rąbiąc siekierami, a nawet paląc żywcem.

Jeszcze dzisiaj w wielu wsiach na terenach byłej Galicji znane jest powiedzenie: – „Pamiętajcie chłopy rok czterdziesty szósty jak my bili panów kijami w Zapusty".

Dziś na rynku w Tarnowie, u zbiegu ulic Wałowej i Krakowskiej stoi budynek, przed którym w lutym 1846 rozegrały się straszne sceny. To tutaj urzędował starosta tarnowski, Joseph Breinl, to tutaj chłopi zwozili ciała rannych i pomordowanych panów, by odebrać za to od Austriaków nagrodę pieniężną. Świadkowie wydarzeń opowiadali, że ulice te spływały krwią. Jak doszło do tych „krwawych zapustów" w galicyjskich wsiach?

Kronika nędzy
Pod zaborem austriackim na terenie byłej Galicji według ówczesnych kronik, rocznie z głodu umierało aż 50 tysięcy osób! Średnia długość życia kobiet wynosiła tylko 28,5 lat, mężczyzn 27. Powszechny był analfabetyzm. W zimie dzieci nie chodziły do szkoły z po prostu z braku butów, a w lecie z powodu pracy „na pańskim". „Na pańskie" wychodziły do pracy całe rodziny, jedynie za całodzienne wyżywienie.
Wyniszczająca pańszczyzna, wysokie podatki, prymitywny sposób uprawy roli, przeludnienie, powszechny analfabetyzm i ciemnota – tak wyglądała galicyjska wieś w wieku XIX.
Nienawiść, która ujawniła się w zapusty 1846 roku narastała przez dziesiątki lat bezwzględnego wyzysku, a co gorsze – krzywdy, o którą chłopi nie mogli się nigdzie upomnieć.

Kronika winy
Ks. Antoni Rusinowski, proboszcz w Siedliskach, w 1905 roku spisał wspomnienia chłopów pamiętających jeszcze tamte czasy. Oto relacja jednego z jego rozmówców, Andrzeja Szydłowskiego: – „Panowie wtedy byli źli aż strach, męczyli ludzi niewinnych" – tak ten chłop wspomina lata poprzedzające rzeź galicyjską. Opowiada między innymi o zakutym w piwnicy parobku, który dzień i noc stał w lodowatej wodzie za to, że nie przyszedł na czas z mąką z Pilzna. Przed śmiercią otrzymał jednak od miejscowego księdza ostatnie namaszczenie. Inny parobek poniósł śmierć za to, że pojawił się w pokoju państwa w nieodpowiednim stroju. Został przywiązany do drzewa i spalono go żywcem. W opowieści Szydłowskiego mnożą się przykłady podobnych okrucieństw. – „Za to, jak kto przy żniwie ustawał na pańskim, bili po 10 – 20 kijów. Za zamordowanie chłopa przy żniwach rządca odsiedział jedynie 48 godzin".
Wieś była zdana tylko na siebie, nie było do kogo pójść, poskarżyć się, do kogo odwołać. Chłopi nazywani byli pogardliwie „chamami" i traktowani odpowiednio do takiego określenia.

Manipulacja zaborcy
Poczucie przynależności narodowej na wsi galicyjskiej właściwie nie istniało. Chłopi byli przede wszystkim poddanymi: pana we dworze i cesarza austriackiego. Biurokracja austriacka propagowała mit „dobrego cesarza", niezadowolenie chłopów kierując przeciw polskiej szlachcie. Dziedzic był winny krzywdzie, pańszczyźnie, a nawet poborom do wojska. Stąd też emisariusze pragnący pozyskać chłopów do idei powstania przeciwko austriackiemu zaborcy spotykali się z niechęcią. Chłopi uważali ich za spiskowców, którzy chcą w imieniu panów zbuntować ich przeciw „dobremu cesarzowi". Tymczasem Austriacy, którzy zdawali sobie sprawę z przygotowań do narodowego powstania rozpowszechniali pogłoski, że to właśnie cesarz chce znieść pańszczyznę, ale sprzeciwia się temu polska szlachta – mało tego, szlachta planuje nie tylko powstanie przeciwko Austrii, ale i rzeź chłopów.
– Na polską rewolucję trzeba będzie napuścić polskich chłopów, potem chłopów się wystrzela i na sto lat będzie spokój – stwierdził Franciszek Krieg, austriacki prezydent guberni lwowskiej.
Tak też uczyniono. Z Krakowa rozchodziły się wieści o mającym wybuchnąć powstaniu, ale Austriacy nie aresztowali powstańców, tylko nakazali chłopom wystawianie we wsiach wart. Spotkania chłopów z oddziałami powstańczymi przeradzały się w walki. Jak czytamy w jednej z kronik: – „Spojeni alkoholem przez żydowskich karczmarzy i austriackich urzędników chłopi na widok nielicznych powstańców z przerażeniem wołali, że Polacy idą wyrzynać do szczętu chłopów". I od tych walk z powstańcami rozpoczęły się tak zwane „krwawe zapusty". Nadeszła niedziela 18 lutego 1846 roku. W tym dniu w powiecie tarnowskim rozpoczęła się masowa rzeź szlachty. Oprócz tarnowskiego objęła ówczesne cyrkuły: jasielski, nowosądecki oraz części rzeszowskiego i wadowickiego.

Kronika zbrodni
"Jednych powiązawszy jak snopy i na ziemię pokładłszy, cepami jak zboże młócili tak, że krew i wnętrzności podłogę i ściany owego miejsca zbryzgały. Dalej, w innym miejscu, uciąwszy obie nogi, kadłub ciała dla naigrawania pozostawili...Nie oszczędzono kościołów, z nich przy ołtarzu klęczących tak kapłanów jak ludzi świeckich szarpano, wyciągano, a wyciągnąwszy nogami kopano i za kościołem albo zabijano, albo okropnie i śmiertelnie raniono" – taka notatka o wydarzeniach 1846 r. zachowała się w księgach parafii św. Mikołaja w Bochni.
W Pleśnej koło Tuchowa chłopstwo dopadło uciekającego tutejszego proboszcza ks. Wojciecha Ciećkiewicza, tonącego w rzece Białej; wydobyto go z wody i "zamłócono" cepami. Chłopi z Burzyna żądali od proboszcza rozgrzeszenia "na zapas" przed wymarszem do rozbojów i morderstw.
W ciągu kolejnych kilkunastu dni całkowitemu splądrowaniu i zniszczeniu uległo ponad 500 dworów, a w samym okręgu tarnowskim 90 procent z nich. Dokonano też napadów na 52 plebanie. Zamordowanych zostało, według różnych źródeł od 1200 do 3000 osób, głównie ziemian czy urzędników dworskich.
Kronika wypadków rzezi galicyjskiej (składająca się z ksiąg parafialnych, pamiętników i relacji) obejmuje ponad tysiąc szczegółowych opisów męczarni, jakie przeszli członkowie rodzin szlacheckich, zanim zostali zabici. Jest tam wszystko: ćwiartowanie ciał i rzucanie ich zwierzętom, przekłuwanie widłami i obnoszenie na nich żywych jeszcze ofiar, wsypywanie do ust tłuczonego szkła. Wielu zginęło od piły, jak szlachcic z Laskowej. -„Rżnijcie wolno, bo dobry był pan!" – pouczali się nawzajem chłopi, jak czytamy w zapisach jednej z kronik.
Nie oszczędzano nikogo, kto chodził w surducie. Zdarzało się nawet, że mordowano przebranych w zrabowane ubrania chłopów, gdyż wzięto ich za panów. Rzeź trwała kilkanaście dni. Ze wszystkich stron do cyrkułów ciągnęły chłopskie fury, wiozące zmasakrowane ciała okolicznych ziemian. Starosta tarnowski, bocheński i inni starostowie wypłacali chłopom tak zwane „nadgrody". Za każdego zabitego płacono po 10 złr, za rannego – 8, a za związanego – 5 złr. Chłopi dobijali często rannych przed samym budynkiem Starostwa, aby dostać wyższą nagrodę. Za głowy powstańców uważanych za szczególnie niebezpiecznych chłopi dostawali dodatkowe premie.

Zbrodnia bez kary
Główni inspiratorzy rzezi galicyjskiej otrzymali od rządu austriackiego ordery i nagrody pieniężne. Nikogo do odpowiedzialności nie pociągnięto, a w sądach wszystkie sprawy
skierowane przeciwko chłopom mordercom umarzano. Na rozkaz gubernatora Kriega księża zostali przez biskupów zobowiązani do udzielania rozgrzeszenia wszystkim uczestnikom mordów. Rozgrzeszano nie tylko z dokonanych już morderstw, ale także z tych, które zamierzano dopiero popełnić.
Urzędnicy cyrkułów, w których doszło do masowych rzezi, także nie ponieśli odpowiedzialności. Co więcej, starostowie tarnowski i przemyski odznaczeni zostali austriackim Orderem Leopolda, kilku innych nagrodzono szlachectwem. Pieniężne nagrody trafiły także do żydowskich karczmarzy, którzy współdziałali z cesarskimi urzędnikami, donosząc im o sytuacji w danej okolicy.

Kronika głodu
W marcu 1846 roku fale wściekłości i nienawiści opadły, nadeszła wiosna. Chłopi musieli zabierać się do pracy w polu. Rzeczy zrabowane z dworów sprzedawali na targach, jednak zapasy żywności zaczęły się kończyć.
Nadszedł rok 1847 – rok wielkiego głodu i chorób. W księdze pamiątkowej parafii w Zembrzycach czytamy: „Trafiało się nawet, że ludzie ludzi pożerali. W Buchcicach niejaki chłopak nazwiskiem Gut, gdy matka wyszła z chałupy, a on z trojgiem mniejszych dzieci pozostał, własnego brata zabił kijanką, ugotował i zjadł: że w Ryglicach matka własne dziecko zabiła i zjadła". W zapisach kościoła parafialnego w Wojniczu ksiądz Jan Pergas w roku 1847 odnotowuje: „Głód był tak wielki, iż trawę, słomę z dachu, skóry gryziono, nawet w tarnowskim cyrkule ojcowie zjedli dwoje małych własnych dzieci".
W ślad za głodem szły epidemie: czerwonka, tyfus, dyzenteria, cholera. Można było sporządzić rachunki strat, a wyglądały one przerażająco.

Trudna pamięć
W Tarnowie na Starym Cmentarzu w 1846 roku pochowano ponad pięćdziesiąt osób zamordowanych przez galicyjskich chłopów. Dopiero od kilku lat uczczono to miejsce pomnikiem. Wykonano i odsłonięto go w 1999 r. Ma postać wybrzuszającego się bruku z kostki granitowej i marmurowej. Symbolizuje trudną prawdę o rzezi galicyjskiej, nazywanej też rabacją. Dziś na stronie internetowej gminy Żegocina w woj. małopolskim czytamy: Tak nam trzeba dostrzec rabację, jak z bruku, jak spod ziemi wyrywającą się prawdę. Prawdę, niezauważalną i wiele lat ukrywaną. Prawdę, z którą aż do dziś – trudno się było zmierzyć. Trudno, bo główny winowajca – zaborca austriacki, był zainteresowany, by rabacja znikła z ludzkiej świadomości. Trudno, bo chłopi – ludzie stąd – byli obciążani winą za to, co się stało. Trudno – bo łatwiej się pamięta o sukcesach, o porywającym bohaterstwie, niż o potwornej tragedii i o tym, co nieludzkie.

Halina Iwanowska, Polonika nr 169, luty 2009

 

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…