Służyć społeczeństwu

- Ja nie mam obowiązku mówić o moim dziadku, ja nie mam obowiązku budować muzeum. Natomiast w momencie, gdy się ich już podjałem, to muszę się z nich wywiązać – mówi w rozmowie z Poloniką Krzysztof Jaraczewski, dyrektor Muzeum Józefa Piłsudskiego, wnuk Marszałka, który na zaproszenie Instytutu Polskiego w Wiedniu spotkał się z Polonią.


Postać Józefa Piłsudskiego upamiętnił polski parlament, ustanawiając go Patronem Roku 2017.

Mówi Pan świetnie po polsku, a urodził się Pan i wychował w Anglii. Skąd tak dobra znajomość języka polskiego?
- To zasługa moich rodziców, jednak nie było to wymuszone, tak jak w wielu domach. Mogliśmy z siostrą mówić w domu albo po polsku albo po angielsku. To był nasz wybór. Natomiast nie wolno było nam mieszać języków. Za mieszanie, za każde słowo wtrącone trzeba było płacić 1 pensa, to była taka kara finansowa. Dotyczyło to wszystkich, więc myśmy również rodziców przyłapywali, również naszą ukochaną ciotkę, która najchętniej wtrącała angielskie słowa. Jestem za to ogromnie wdzięczny rodzicom, bo to wymuszało pewną dyscyplinę myślową,
A po drugie, mam żonę z Polski, poznaliśmy się w Anglii w czasie stanu wojennego, więc dla mnie to jest naturalne, że mówimy po polsku.
Urodził się Pan 19 lat po śmierci Marszałka. Na ile pamięć o Pana dziadku była obecna w waszej rodzinie?
- Jeszcze za czasów życia żony Józefa Piłsudskiego, czyli mojej babci, która z nami przez pewien czas w Anglii mieszkała, gdy przychodzili do niej goście - wtedy obecność dziadka była bardziej widoczna. Nie mogę jednak powiedzieć, że ja to odczuwałem, że się całe życie toczyło wokół Józefa Piłsudskiego. Nie było w naszym domu kultu budowanego wokół dziadka. Wydaje mi się, że rodzice bardzo mądrze do tego podchodzili i wychowywali nas w pełnej swobodzie. Ja do obowiązków związanych z tym faktem, że jestem wnukiem Józefa Piłsudskiego, dojrzałem właściwie w Polsce, gdy zdecydowałem, że podejmę się próby budowy muzeum Józefa Piłsudskiego w podwarszawskim Sulejówku, gdzie mieszkał Marszałek.
Kiedy Pana rodzina znalazła się w Anglii?
- Żona Marszałka, czyli moja babcia, Aleksandra Piłsudska wraz ze swoimi córkami we wrześniu 1939 r. przebywała na Litwie. Po napaści ZSRR na Polskę były ewakuowane samolotem przez Łotwę i Szwecję do Londynu. To była jedna z tych dróg, którymi ewakuowany był polski rząd. Nie jechała jednak przez Francję, tylko prosto do Anglii, więc była tam jedną z pierwszych osób. Polska ambasada pomogła jej znaleźć mieszkanie, jednak polski rząd wtedy miał trochę inny poglądy niż Piłsudski, w związku z tym znalazła się trochę na uboczu. Zaczęła pracę nad swoimi wspomnieniami spisywanymi po francusku i po angielsku, bo przeznaczone były dla czytelnika angielskiego. Bardzo nad tą książką pracowała, to był jej wkład, żeby przekazać coś o Polsce, czym była, do czego aspirowała, kiedy odzyskała niepodległość. Zmarła w Londynie w 1963 roku, a w 1992 jej prochy zostały przeniesione do rodzinnego grobowca na warszawskich Powązkach.
Babcia miała dwie córki, Jadwigę i Wandę, Jadwiga jest moją mamą.
Pana mama, Jadwiga Piłsudska - Jaraczewska, córka Marszałka, była w młodości świadkiem wielu spotkań, zarówno prywatnych, jak i tych państwowych w Belwederze i Sulejówku. Opowiadała o tym Panu?
- Gdy pytałem o to mamę, ona odpowiadała, „Jak to, ja byłam przecież wtedy mała, jak więc mogłam być świadkiem historii? Mnie interesowali jedynie ci ludzie, którzy w ogóle ze mną chcieli wówczas porozmawiać. Ale czy to byli ci najważniejsi? Tego nie pamiętam!“. Więc spojrzenie mamy na to, co się tam działo było z perspektywy małego dziecka i tej historii widzianej oczyma mamy właściwie nie ma.
Była bardzo niezależną dziewczyną, jak widać chociażby po jej zaangażowaniu w latanie. Przed wojną latała na szbybowcach, a w czasie wojny była pilotem, jako jedna z niewielu kobiet – cudzoziemek latała na samolotach bojowych brytyjskich Królewskich Sił Powietrznych, dosłużyła się stopnia porucznika. Po wojnie została w Anglii na politycznej emigracji, ukończyła studia i pracowała jako architekt, ja z wykształcenia jestem również architektem, także moja siostra.
Natomiast Pana ojciec, Andrzej Jaraczewski, był oficerem marynarki wojennej.
- Jeszcze przed wojną w Polsce ukończył Szkołę Podchorążych Marynarki Wojennej, a podczas II wojny światowej wojennej jako kapitan Marynarki Wojennej RP miał piękną kartę, wziął udział w ewakuacji polskich okrętów podwodnych do Wielkiej Brytanii, potem jako dowódca na polskich ścigaczach, torpedowcach zwalczał niemieckie okręty, ochraniał konwoje płynące przez Atlantyk, brał udział w desancie u wybrzeży Francji. Po wojnie Anglicy zaproponowali niektórym polskim oficerom służbę w angielskiej marynarce wojennej. On odmówił, stwierdził, że służy jedynie Polsce, a nie obcym. I nie było w tym żalu czy złości. Po prostu było dla niego oczywiste, że nie. Taka była jego postawa jako polskiego oficera, że po to został oficerem, by służyć komuś i czemuś, a nie po to, żeby być oficerem dla wszystkich. Dla mnie to jest piękne, ojca ogromnie kochałem. Z moją mamą ożenił się jeszcze w czasie wojny, w 1944 roku.
Po wojnie Pana rodzina w Anglii interesowała się sprawami Polski, wspierała na przykład solidarnościowe podziemie.
- Mimo że moja rodzina przebywała w Anglii na emigracji, żyła tym, co się dzieje w Polsce, żyła dążeniem do niezależności Polski. Marszałek Bogdan Borusewicz kiedyś wspominał, że gdy zaczał drukować ulotki na pierwszej drukarce, to się okazało, że ona przyszła od mojej rodziny, od mojej cioci, siostry mojej mamy. Tylko ciocia Wandzia oczywiście nikomu nic nie mówiła. Ja natomiast ze znajomą założyłem organizację Friends of Poland - była to pomoc dla internowanych, dla ich rodzin, które zostały wyrzucone z pracy. Moja siostra, Joanna Onyszkiewicz, jeszcze w PRL mocno zaangażowała się w działalność opozycyjną. W 1979 roku wróciła na stałe do Polski. Była dla mnie prawdziwą starszą siostrą, wzorem postępowania. Po powstaniu Solidarności pracowała w jego biurze prasowym. Bardzo pomogła mi przybliżyć, co się w kraju dzieje. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce oddała nawet brytyjski paszport, bo nie chciała, żeby ją deportowano z powrotem do Anglii. Póżniej wyszła za mąż za Janusza Onyszkiewicza, niepodległościowego polityka. Gdy przyjechałem do Polski, zacząłem też szukać czegoś dla siebie. No bo dziadkowie mieli piękną kartę niepodległościową, rodzice wojenną, siostra solidarnościową, a ja co? No i zacząłem się zastanawiać, jak można się zaangażować w sprawy kraju. Każde pokolenie więc czegoś szuka.
Dlaczego Pana cała rodzina wróciła do Polski?
- Bo nigdy nie chciała wyjechać! Ja jestem w innej sytuacji, bo się urodziłem w Anglii, ale rodzice nigdy nie chcieli wyjechać, więc powrót do Polski był dla nich zawsze naturalny. Naszą decyzję o powrocie do kraju najlepiej opisze pewne zdarzenie. To był rok 1989, rodzice wyjechali na wakacje. Ja wtedy zaprosiłem żonę do restauracji i powiedziałem: „Chcę wracać do Polski”. Moja żona była w Anglii niecałe 10 lat, włożyła wiele trudu w zadomowienie się, przeszła na nowo studia z psychologii, co jest bardzo trudne, bo w grę wchodzi bardzo dobra znajomość języka, kultury, żeby móc pracować z pacjentem. Pamiętam, że popatrzyła na mnie, a trwało to nie więcej niż 15 sekund, i powiedziała: „Dobrze, to wracamy”. No ale co z rodzicami? Więc gdy wrócili z urlopu, zadzwoniliśmy, że chcemy z nimi porozmawiać. Oni powiedzieli: „Przyjedźcie jutro”. Przyjechaliśmy i ja oznajmiam od razu: „Gdy byliście na wakacjach, myśmy podjęli decyzję, że wracamy do Polski. Porozmawialiśmy z ciocią Wandzią, a ona powiedziała, że też wraca”. Na to moi rodzice: „A to świetnie, to chyba wszyscy razem wracamy”. Gdy odpowiedziałem, że jestem pełen podziwu dla nich, ojciec mi surowo odpowiedział: „To mi nie wierzyłeś, jak mówiłem, że będę wracał, gdy nadejdzie odpowiedni moment?”
W 1990 roku cała więc moja rodzina wróciła do Polski z emigracji: moi rodzice, ciocia Wanda Piłsudska, ja z żoną Jadwigą i dwoma synami Dominikiem i Jerzym. Ciocia Wanda zmarła w 2001 roku, mój ojciec rok później, a mama w 2014. Pochowani są w rodzinnym grobowcu na Powązkach w Warszawie.
Dlaczego po powrocie do Polski nie zaangażował się Pan w politykę? Jako wnuk Marszałka, miałby Pan od razu poparcie wyborców.
- Mnie nie chodzi o to, żeby mieć od razu poparcie wyborców. Najpierw trzeba mieć coś, żeby ich zaufanie uzyskać, a nie można tego uzyskiwać czyjąś pracą, tylko swoją! Więc gdybym wszedł w politykę na tej zasadzie, że jestem wnukiem Piłsudskiego, to bym w pewnym sensie oszukiwał. Ludzie mieliby swoje oczekiwania, ja swoje, i byłaby jakaś sprzeczność. Nie, ja nie mam prawa do tego. I do polityki nie wejdę, nie będę się angażował. Oczywiście mnie bardzo to obchodzi, co się dzieje w Polsce. To nie jest tak, że stronię się od polityki, ale przyjąłem zupełnie inną postawę, zupełnie inną drogę. Każdy powinien mieć możliwość wybierania sposobu służby dla kraju swoją drogą, ja chcę zbudować Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku.
Jaką rolę ma spełniać Muzeum Józefa Piłsudskiego?
- Budowanie Muzeum Piłsudskiego nie jest budowaniem pomnika Józefowi Piłsudskiemu. On sobie da radę beze mnie, bez nas wszystkich. On już jest zapisany w historii. To, co jest ważne i wydaje mi się, że jest to jest w pewnym duchu, o którym on mówił: że się robi coś dla przyszłości.
Historia może niektórych motywuje, ale ja podam przykład strajku w Stoczni Gdańskiej. To nie było motywowane historią. A ile oni osiągnęli? Gigantyczna rzecz! Więc historia jest ważna, ale nie zawsze - to nie jest jedyna droga. Ja mam wielkie zamiłowanie do historii, ale większe zamiłowanie do przyszłości Polski. I Muzeum Piłsudskiego ma tej przyszłości Polski służyć.
Historia bywa jednak pomocna w tym, co się robi.
- Głęboko wierzę, że historia jest pomocna, bo to są doświadczenia nasze, z których my korzystamy. Podam przykład: czasami mówili mi biznesmeni: „tych, którzy mówią o historii to nam tu nie potrzeba”, a ja mówię: „To pan zatrudnia ludzi bez CV, tak? A może gdy na giełdzie ktoś przejmuje jedną firmę, drugą firmę bez rozeznania, to dobrze robi? ”. I od razu zmienia się wtedy ton dalszej rozmowy. Więc historia jest cały czas potrzebna. Natomiast nie znaczy, że trzeba się wyłącznie motywować historią. Ilu wspaniałych ludzi poświęca się jakiejś idei, i nie muszą być motywowani historią. Są motywowani tym, żeby coś zrobić dobrego. Więc jakkolwiek jestem historii zupełnie oddany, chciałbym trzymać ją w pewnej perspektywie rozsądku. A poza tym muzea, jak ktoś powie uczciwie, nie zajmują się historią. One się zajmują dziedzictwem. A dziedzictwo nie jest to samo, co historia.
Jaka jest zatem różnica między historią a dziedzictwem?
- Dziedzictwo jest selekcją historyczną. Wybiera się to, co chce się przekazać. A historia nie zawsze to robi. Historia jest bardziej obiektywna. Ja bym chciał, żeby nasze muzeum zajmowało się historią, ale nie bardzo jest na to miejsce, bo historia to są całe tomy. A my nie mamy przestrzennie tyle miejsca, żeby wszystko pokazać.
Dziedzictwo jest czymś troszeczkę innym, niż historia. Chciałbym, żeby te dwie rzeczy były jak najbliżej siebie, bo wtedy eliminujemy elementy manipulacji, propagandy czy budowania mitów. Ale tak się nie da i musimy być świadomi, że jednak wykonujemy pewną selekcję. Profesorowi Grzegorzowi Nowikowi, który nadzoruje i weryfikuje koncepcję naszego muzeum, powiedziałem: „Ty wspaniale piszesz książki, ale twoje książki mają minimum 1500 stron. A scenariusz do naszego muzeum musi zmieścić się na 30 stronach“. Musimy więc być tego świadomi, jak te 30 stron się wybiera.
Czy legenda Piłsudskiego w jakiś sposób nie przesłania Pana życia?
- Ja dokonałem wyboru. Więc ja nie mam żadnego prawa mówić teraz, że to mi się nie podoba, bo to jest trudne. Każdy ponosi jakiś koszt, żeby coś osiągnąć. Gdy patrzę na koszt naszych przodków, którzy walczyli w Armii Krajowej czy w opozycji, jeszcze przed Solidarnością, to o jakim koszcie ja mogę mówić? Nie mam żadnego prawa. Ale nie myślałem, że budowa muzeum tak długo potrwa. Gdy śp. Ryszard Kaczorowski, prezydent RP na Uchodźstwie przyjechał kiedyś do Sulejówka, wypowiadałem się tak bardzo optymistycznie o terminach, że powiedział, iż powinienem się troszeczkę uspokoić. Założyliśmy się wtedy o puszkę piwa i gdy przyjechał ponownie, powiedział: chyba przegrałeś! I musiałem mu na srebrnej tacy przynieść puszkę piwa za przegraną. Teraz już wiem, że muzeum zostanie ukończone w 2018 roku, w 100. rocznicę odzyskania niepodległości Polski.
Czy uważa Pan, że ma Pan misję do spełnienia?
- Obawiam się, że tak - i mówiąc szczerze - to jest niezdrowa rzecz. Jestem niestety emocjonalny i potrzebuję motywacji emocjonalnej, a poczucie misji jest rzeczą pomocną pod tym względem. Natomiast uważam, że chociaż misja daje siłę wytrzymałości i pokonywania trudności, nie zawsze dobrze służy racjonalnemu myśleniu. Człowiek zaczyna zachowywać się niepoprawnie, bo myśli, że misja upoważnia go do tego. Mamy swoje struktury państwowe, mamy prawo, które nas obowiązuje, a misja może być taką rzeczą, że człowiek uważa, iż może wyjść poza to. Powinniśmy mieć w dzisiejszym świecie jasno określone postawy, cele w życiu, a niekoniecznie misje. Moim zaś celem jest szukanie dróg, jak można służyć społeczeństwu. Używam tego staromodnego słowa: „służyć”, czyli jak można brać udział w tworzeniu kraju.
Marszałek chciał stworzyć Unię Wschodnio-Europejską, czyli konfederację państw narodowych, takich jak Estonia, Litwa, Bia łoruś, Ukraina, w której to konfederacji główną rolę odgrywałaby Polska. Stanowić miała ona jakoby ochronę przed Rosją. Czy ta myśl jest według Pana ciagle aktualna?
- W jakiś sposób tak. Widzimy, że w dzisiejszym świecie jest bardzo trudno samemu coś osiągnąć. Jeżeli chcemy ochronić swoją tożsamość (nie tylko indywidualną, ale i narodową), jeżeli chcemy obronić swój sposób życia, to wiele z tych krajów jest o wiele za małych, żeby sobie z tym dać radę. I nie tylko w stosunku do Rosji, ale w ogóle. Więc zdolność współpracy, zrozumienia sąsiada są absolutnie konieczne. Jedna z moich ulubionych myśli dziadka brzmi: „Nie mogę być wolny, o ile mój sąsiad nie jest wolny”. I to jest - wydaje mi się – jakimś drogowskazem dla nas. To jest dla mnie najistotniejsze, żeby żyć razem - to jest już wystarczająco trudne. Już większych ambicji nie musimy mieć, to już jest wystarczająco skomplikowane. Nasze przetrwanie na pewno jest bardziej uzależnione od tego, żebyśmy mogli razem współpracować niż dominować. Oczywiście mamy dużą rolę, bo jesteśmy więksi niż inne kraje. Ale to też nie jest rola do odegrania, tylko to jest obowiązek, który za tym idzie.
Zatem bycie wnukiem Piłsudskiego to dla Pana bardziej obowiązek niż zaszczyt?
- Zaszczyt to jest moje prywatne uczucie. Ja nie mogę chwalić się, że jestem wnukiem Piłsudskiego. To jest wbrew zasadom dziadka i dostałbym mocno za to po łapach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wszystkie tytuły szlacheckie zostały zniesione przez pierwszą konstytucję. Przywileje zostały skasowane, więc zostały tylko obowiązki, i to wtedy, jeżeli się je podejmuje. Tak samo, jeżeli chce ktoś mówić dzisiaj, że jest hrabią: może to tylko - według mnie - robić, jeżeli podejmuje się obowiązków hrabiego, a nie oczekuje przywilejów.
Nie mogę mieć korzyści z tego, że jestem wnukiem Józefa Piłsudskiego, to jest dla mnie absolutnie jednoznaczne. Natomiast obowiązki z tym związane pojawiają się wtedy, jeżeli się ich podejmę. Ja nie mam obowiązku mówić o moim dziadku, ja nie mam obowiązku budować muzeum. Natomiast w momencie, gdy się ich już podjąłem, to muszę się z nich wywiązać. I moim dodatkowym obowiązkiem, jako wnuka Piłsudskiego, jest to, by nie zawieść innych.
Urodził się Pan w Anglii, bardzo dużo czasu spędził na emigracji, co mógłby Pan przekazać tym Polakom, którzy żyją poza ojczyzną? Pan wrócił do Polski.
- Jest pewien moment w życiu, w którym trzeba podjąć wyraźną decyzję: zostaję albo wracam. I nie można tego odkładać. Jeżeli się tej decyzji nie podejmie w odpowiednim momencie - i obserwowałem to u wielu ludzi - rezultat jest taki, że jest się rozczarowanym tu i tam, trudno jest znaleźć swoje miejsce. Piękno takiej decyzji polega na tym, że zawsze ją można zmienić. Ale trzeba ją podjąć. Nie można pozwolić, aby to wszystko cały czas wisiało w powietrzu. Jeżeli nie wchodzimy w życie tutejsze i nie wchodzimy w życie w Polsce, to nasze życie się rozpada. Myśmy z żoną, po podjęciu decyzji, że wyjeżdżamy z Anglii, podjęli jednocześnie decyzję, że nigdy do Anglii nie wrócimy. I że jeżeli by z jakiegokolwiek powodu w Polsce się nie udało, to jedziemy gdzie indziej, ale nie do Anglii. Ta jednoznaczność jest - wydaje mi się - kluczowa. To nie jest tak, że decyzję o miejscu swojego dalszego życia podejmuje się np. po trzech latach. U każdego to jest inny moment i trzeba bardzo nad tym czuwać, zdecydować z bardzo dużą świadomością. Iluż ludzi znam, którzy byli przez całe życie kelnerami, bardzo zdolni ludzie, a nigdy nie byli w stanie z tego wyjść. I to tylko dlatego, że nie podejmowali decyzji. To jest to, co mogę powiedzieć ze swojego doświadczenia, gdyż ja podjąłem swoją decyzję.

Rozmawiali Weronika Jakubowska i Sławomir Iwanowski, Polonika nr 263


Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku
Założone w 2008 w dworku Milusin, dawnym domu Marszałka w Sulejówku, przez Fundację Rodziny Józefa Piłsudskiego i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Willa Milusin została wybudowana jako dar od podkomendnych Marszałka. Piłsudski zamieszkał tam wraz z rodziną w 1923 r. W czasach PRL w dworku Milusin mieściło się przedszkole.
W 2018 r. w sąsiedztwie dworku Milusin powstanie nowoczesny budynek muzealno-edukacyjny, łączący w sobie funkcje wystawiennicze i edukacyjne. Zaprezentowane w nim zostanie życie Józefa Piłsudskiego.

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…