Nie tylko o Chopinie

- Chopinowskiej muzyki nie można ani w pełni odebrać, ani przekonywująco interpretować bez zrozumienia źródeł jej dramaturgii i złożoności, bez poznania pnia, z którego wyrosła – o muzyce Chopina, jego związkach z Wiedniem, a także o współczesnych możliwościach kariery artysty emigranta w Austrii rozmawiamy z wiedeńską pianistką Elżbietą Mazur.

 

Od wielu lat zajmuje się Pani zawodowo twórczością Fryderyka Chopina. Z recenzji prasowych można wywnioskować, że jest Pani uznaną interpretatorką jego utworów. Na czym polega wyjątkowość jego muzyki?
– Trudno na to pytanie odpowiedzieć krótko i zwięźle. Każdy z wielkich kompozytorów jest na swój sposób wyjątkowy, ale Chopin wyróżnia się tym, że świadomie wybrał fortepian jako jedyne medium, któremu powierzył cały swój potencjał twórczy i potrafił otworzyć przed słuchaczem bramę do całego muzycznego kosmosu, odmalować dźwiękami uczucia miłości, tęsknoty, rozpaczy, gniewu jak również narodowej dumy. Największe, pełne dramatyzmu dzieła Chopina ukazują nie tylko wielkość jego geniuszu, ale również konsekwentną i niezłomną polskość, obecną w każdej niemal nucie.
Chopinowskiej muzyki nie można ani w pełni odebrać, ani przekonywująco interpretować bez zrozumienia źródeł jej dramaturgii i złożoności, bez poznania pnia, z którego wyrosła. Wiele dzieł powstałych na emigracji zawiera treści i emocje odnoszące się wprost do wydarzeń lat 1830–1831. Powstanie Listopadowe, które wygnało z Ojczyzny nie tylko jego aktywnych uczestników, lecz również prawie całą polską duchową elitę, miało wpływ zarówno na losy Chopina, jak i na kształtowanie się jego niepowtarzalnego stylu.
Kto wie, czy powstałoby wstrząsające Scherzo h-moll op. 20 z motywami polskiej kolędy, gdyby w Polsce nie wybuchło powstanie, a Chopin nie musiał spędzać samotnie świąt Bożego Narodzenia w nieprzyjaznym Polakom Wiedniu. Również skomponowana w 1841 roku Fantazja f-moll op. 49, w której zacytowany został – oczywiście w formie przetworzonej – motyw pieśni powstańczej, jest echem tragicznych wydarzeń lat 1830–1831. Wszystkie skomponowane na emigracji polonezy są apoteozą polskości. Pisane ku pokrzepieniu serc przebywających w Paryżu wygnańców, stały się po dziś dzień symbolem narodowych ideałów.

Czy coś Panią szczególnie zaskoczyło w biografii Chopina?
– Bardziej uderzyło, niż zaskoczyło. To niezmienność i ponadczasowość pewnych mechanizmów związanych z karierą muzyczną, to wpływ rozmaitych przypadków, tak pozytywnych, jak negatywnych, na koleje losu artysty. Proszę popatrzeć: Chopinowi odmówiono w Polsce stypendium, o które zabiegał jego ojciec. Także zawiodła nadzieja na znalezienie jakiegokolwiek mecenasa. Wprawdzie w roku 1829 odniósł Chopin duży sukces w Wiedniu, jego Wariacje op. 2 zostały opublikowane przez renomowane wydawnictwo Tobiasa Haslingera, lecz ani za publikację, ani za koncerty w Kärntnertortheater nie otrzymał ani grosza. Podobnie rok później, a nawet jeszcze gorzej, bo szanse na występy w Wiedniu zmalały, Haslinger również nie był zainteresowany wydawaniem dalszych kompozycji Chopina.
W Paryżu także nie miał nasz Fryderyk zbyt łatwych początków, jego udany debiut nie przyniósł znaczących dochodów, a samymi tylko dobrymi krytykami trudno jest zapewnić sobie byt. Nie było też żadnych dalszych propozycji. Oferta Chopina złożona Stowarzyszeniu Koncertowemu Konserwatorium spotkała się z odmową. Gdy wreszcie udało mu się wystąpić na koncercie charytatywnym w Sali Konserwatorium, sukces był umiarkowany. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się dalsze losy zdanego wyłącznie na własne siły kompozytora, zważywszy jego słabe zdrowie, gdyby nie fakt, że po upadku Powstania Listopadowego do Paryża przybywali licznie polscy arystokraci, którzy znali Chopina jeszcze z Warszawy. To oni wprowadzili Fryderyka w kręgi francuskiej arystokracji i finansjery, zaoferowali mu stałe źródło dochodu w postaci lekcji fortepianu oraz otworzyli swe salony dla jego sztuki. Wśród tych wykształconych i kulturalnych ludzi znalazł Chopin swoje miejsce, mógł tworzyć, koncertować i dość szybko zdobyć pozycję uznanego artysty. Czyli o jego sukcesie zadecydowała w końcu życzliwość wpływowych ludzi…

A w dzisiejszych czasach? Czy łatwo jest muzykowi pochodzącemu z Polski odnieść artystyczny sukces w Austrii?
– Gdy jest się zdanym wyłącznie na siebie, to odniesienie od razu wielkiego sukcesu jest niewyobrażalnie trudne, prawie niemożliwe. Aby zaistnieć jako solista, najlepiej jest wygrać jakiś ważny konkurs, dostać się pod opiekę dobrej agencji koncertowej i podpisać kontrakt ze znaną firmą płytową. W międzynarodowych konkursach mogą jednak uczestniczyć wyłącznie bardzo młodzi artyści. Innym pozostaje poruszanie się małymi kroczkami do przodu. Austria jest niedużym krajem i trudno jej wchłonąć wszystkich muzyków, którzy szukają tu szczęścia. Przyjmuje jednak chętnie zdolnych cudzoziemców, którzy, wtopiwszy się w organizm tutejszych orkiestr, służą im swą pracą i talentem, sami pozostając najczęściej anonimowi. Również liczne placówki pedagogiczne pełne są nauczycieli reprezentujących różne narodowości i szkoły.
Oczywiście nie zabrania się nikomu solistycznej działalności, ale nie każdego na nią stać. Wygrywa ten, kto ma solidne materialne zaplecze i odpowiednie koneksje, ten, kto jest w stanie finansować autopromocję w formie organizowania koncertów w prestiżowych i drogich salach, ten, kto może na własny koszt nagrać płytę...
Jednak w Wiedniu dla muzyka zawsze znajdzie się jakieś zajęcie: orkiestry symfoniczne i kameralne, dorywcze muzykowanie w kościołach, praca w szkołach muzycznych, prywatnych konserwatoriach, lekcje prywatne, drobne geszefciki za drobne pieniądze. Ale to z reguły wszystko, co Austria może zaoferować samotnemu przybyszowi z biednego kraju, zmuszonemu własnymi siłami budować od podstaw swoją egzystencję. Dla kogoś takiego nawet posiadanie dobrego instrumentu staje się często nieosiągalnym luksusem. Genesis wszelkiego sukcesu artystycznego zaczyna się bowiem od słów: na początku był pieniądz! Tak, pieniądz, a nie talent, bo wprawdzie talentu za pieniądze się nie kupi, ale bez pieniędzy największy nawet talent może się zmarnować przysypany lawiną życiowych trudności. Talent jest bowiem podobny do metalu: rozszerza się w cieple, a kurczy w zimnie.

Pani jednak postanowiła poświęcić się sztuce i działa jako tzw. wolny artysta. Z jakimi trudnościami wiąże się taka decyzja?
– Widzi Pan, w znanej powieści Irvinga Stone’a Udręka i ekstaza znalazłam zdanie włożone przez autora w usta Michała Anioła Buonarottiego: Nie należy zostawać artystą dlatego, że się MOŻE nim zostać, ale dlatego, że się MUSI. Sztuka jest tylko dla tych, którzy bez niej byliby nieszczęśliwi. I to jest cała prawda. Potrzeba bycia artystą – interpretatorem muzyki to nie ambicja, to zew natury. Ale przyznaję: taki wybór jest bardzo ryzykowny. Pracować nad sobą trzeba nieustannie i jest to praca bez wynagrodzenia, gdyż za godziny ćwiczenia na instrumencie i dogłębnego studiowania repertuaru nikt muzykowi nie płaci. A za koncerty otrzymuje się często żenująco małe pieniądze. Jeżeli ktoś oczekuje w życiu sukcesów finansowych, to powinien wybrać coś innego.
Co do mnie, to nigdy nie kojarzyłam działalności artystycznej z bogactwem. Moja definicja kariery to przede wszystkim bycie docenionym i potrzebnym. Oczywiście wyobrażałam sobie to w sposób mocno uproszczony: odnoszę sukces, dobrze gram, potrafię wzruszyć słuchaczy, mam dobre recenzje, więc dalej wszystko idzie jak po maśle, otwierają się przede mną automatycznie wszelkie możliwości. Nic bardziej złudnego. Za czasów Chopina mimo wszystko łatwiej było wystąpić publicznie, wystarczało nieraz przedstawić tylko list polecający, usiąść przy instrumencie i zaprezentować komu trzeba swoje umiejętności. W dzisiejszych czasach sytuacja jest o wiele trudniejsza, gdyż krąg odbiorców muzyki klasycznej stale się zmniejsza, a dotarcie do organizatorów koncertów przypomina czasem zdobywanie warownej twierdzy.

Jakie zatem były Pani artystyczne początki w Austrii?
– Przyjechałam do Wiednia, przede wszystkim dlatego, by uzupełnić deficyty mojej edukacji muzycznej. Widzi Pan, nie każdemu przysłowiowemu Jasiowi życie daje szanse, aby nauczył się tego wszystkiego, czego będzie potem jako Jan potrzebował. Posłużę się tu następującą metaforą: dla każdego pokolenia na jakimś centralnym dworcu podstawiony jest pociąg ekspresowy jadący do stacji „Kariera”. Jeżeli ktoś mieszka w pobliżu owego dworca i ma niezbędny kapitał w postaci odpowiedniego przygotowania do zawodu, ten ma szanse na sukces. Natomiast gdy ktoś żyje gdzieś daleko i musi dopiero mozolnie zdobywać ów kapitał, ten powinien właściwie zrezygnować z podróży. Jeżeli tego nie uczyni, to okazać się może, że zastanie już pusty peron lub co gorsza następny pociąg, ale przeznaczony już dla kolejnych roczników. Tak, czas jest nieubłagany, nie uznaje żadnej taryfy ulgowej.
Ale wracając do moich początków w Austrii: zostałam ponownie studentką. Chciałam studiować Klasyków Wiedeńskich „u źródła”, nadrobić braki techniczne, których było sporo, ale moje życie zdominowała twarda walka o byt. Nie zdawałam sobie do końca sprawy z tego, że podejmuję się rzeczy niemożliwej: bez stypendium, z bardzo skromnymi oszczędnościami przyjechałam na studia do Hochschule für Musik und darstellende Kunst. Było bardzo ciężko, ale mogłam przetrwać jedynie dzięki życzliwości mojej ówczesnej profesorki, Ireny Barbag-Drexler, która pomagała mi uzykiwać finansowe wsparcie różnych związanych z uczelnią fundacji. Zaczęłam też zarabiać na życie lekcjami fortepianu i akompaniowaniem. Poznałam wielu życzliwych Austriaków, których uznanie bardzo pomogło mi odzyskać wiarę w siebie. W akademiku prowadzonym przez Katholische Hochschulgemeinde, gdzie zamieszkałam od jesieni 1981, mogłam też ćwiczyć. Dzięki pośrednictwu mieszkającej tam niemieckiej studentki, w lutym 1982 wystąpiłam z koncertami w jej rodzinnym Ludwigshafen i okolicy, uzyskując nie tylko trochę pieniędzy, ale i znakomite recenzje, pierwsze w moim życiu.
W Wiedniu „debiutowałam” 1 września 1983 w Bösendorfersaal, znajdującej się wtedy w IV dzielnicy. Dzięki temu koncertowi, zorganizowanemu przez rodzinę jednego z moich uczniów, poznałam kilka bardzo życzliwych osób, które potem stały się moimi oddanymi przyjaciółmi.
Rok 1983 był dla mnie pod wieloma względami przełomowy: dałam pierwszy publiczny koncert w Wiedniu, zostałam przyjęta do klasy mistrzowskiej prof. Paula Badury-Skody i otrzymałam stypendium Bundesministerium für Wissenschaft und Forschung. Potem nastąpiły dalsze występy w Wiedniu i w Niemczech, pierwsza recenzja w Wiener Zeitung i wreszcie w 1986 przyznano mi obywatelstwo austriackie za szczególne osiągnięcia artystyczne. Nauczyłam się w tym okresie jednego: brać wszystko w swoje ręce i nie czekać na impresaria z bajki.

Jak ocenia Pani możliwości rozwoju młodych artystów dawniej i dziś?
– Pisałam kiedyś dla polskiego czasopisma muzycznego „Twoja Muza” artykuł na temat działalności polskich muzyków w Wiedniu, podając jako przykład założoną przez Marka Kudlickiego polską orkiestrę Camerata Polonia. Poprosiłam go o dostarczenie biografii muzyków. Przy lekturze tych materiałów nasunęły mi się pewne refleksje. Otóż miałam przed sobą życiorysy młodych Europejczyków, którzy przybyli do Wiednia i bez zahamowań, bez kompleksów studiują, zdobywają nagrody na konkursach, uczestniczą w ambitnych międzynarodowych projektach, jeżdżą niemal po całym świecie, są angażowani do sławnych orkiestr. Polska stała się częścią Europy i młodzi Polacy mogą w pełni korzystać z wszelkich dobrodziejstw wypływających z tego faktu. Jeżeli wielu z nich pozostanie na stałe za granicą, przed nikim nie będą musieli się tłumaczyć.
A my, pokolenie obecnych 60-, 70-latków? Nasza młodość upłynęła w zakłamanym systemie, który niszczył osobowość, temperował zawodowe ambicje i czynił z utalentowanych, pełnych twórczej pasji ludzi mniej lub bardziej zakompleksione karły. Studia za granicą, kursy mistrzowskie, udział w konkursach? Świat za żelazną kurtyną był dla większości niedostępny. Paszport stanowił bowiem własność PRL-u, podobnie jak i osoba, której go wydawano. Dla artystów, których rozwój i kariera z natury rzeczy wymagają możliwości swobodnego poruszania się po świecie, to niewolnicze „przypisanie do ziemi” nie tylko uwłaczało ludzkiej godności, lecz było czynnikiem hamującym wszelką kreatywność. Przypomina mi się następujący wierszyk: raz swawolny Tadeuszek nałapał w butelkę muszek i nie chcąc ich morzyć głodem ponawrzucał chleba z miodem. Widząc to ojciec daje mu piernika i nic nie mówiąc drzwi na klucz zamyka ... Wciąż się zastanawiałam, za jakie to straszliwe przewinienia zamknięto drzwi na klucz przed nami, nie dając ani piernika, ani nawet chleba z miodem.

Jak ocenia Pani z perspektywy wielu lat swoją decyzję o emigracji?
– W 1981 roku wyjazd do Wiednia był dla mnie przeżyciem równym wyprawie na Księżyc. Za żelazną kurtyną świat wydawał się ogromny i nieosiągalny. Najtrudniejszy był „demontaż” tej żelaznej kurtyny, wszechobecnej w świadomości i w podświadomości. To trwało w sumie kilka lat. Moje szanse na szybką karierę zawodową były z uwagi na mój wiek dość ograniczone, gdyż nie mogłam już brać udziału w konkursach. Zresztą pewnie nie byłabym w stanie się do nich przygotować, dając codziennie lekcje w Wiedniu i okolicy. I chociaż walka o byt zabierała mi ogromnie dużo czasu i energii, to emigracja była jedyną szansą dla mojego dalszego rozwoju. W Austrii zawód muzyka cieszy się dużym prestiżem i jeżeli ma się coś do zaoferowania, to zawsze można oczekiwać, że zostanie to w końcu zauważone i docenione. Trzeba tylko być konsekwentnym i nie poddawać się nawet w najtrudniejszych momentach. Przeżywałam je parokrotnie. Los bywał dla mnie czasem okrutny i to zwykle wtedy, gdy otwierały się jakieś perspektywy. Gdy w maju 2006 złamałam lewy staw barkowy, miałam dać cykl koncertów „Chopin meets Mozart”. Ponad dwa lata trwała rehabilitacja. Jeszcze dwukrotnie doznałam złamania kości rąk, co oczywiście zahamowało moją działalność. Ale jakoś wychodziłam zawsze cało z opresji, nawet rok temu, gdy dawałam koncert z pękniętym kręgosłupem. Środki przeciwbólowe i plastry rozgrzewające oraz zmiana programu umożliwiły mi występ. Takie zwycięstwa ducha nad materią dają dużą satysfakcję.

Gdzie obecnie Pani koncertuje?
– Wszędzie tam, gdzie zostanę zaproszona. W swojej działalności jestem zdana wyłącznie na siebie, muszę sama szukać możliwości występów, nawiązywać kontakty, prowadzić własne biuro koncertowe. Jeżeli weźmie się pod uwagę, że muszę systematycznie ćwiczyć na fortepianie i oprócz tego zajmować się problemami dnia codziennego, to widać wyraźnie, że dla managera Elżbiety Mazur nie pozostaje zbyt wiele miejsca w harmonogramie dnia.
Ale czasem pomaga mi przypadek: gdy w 2010 występowałam na Dolnym Śląsku, na jednym z koncertów w Polanicy Zdroju była obecna przebywająca tam na kuracji Niemka z Berlina, która okazała się organizatorką i główną intendantką letniego festiwalu muzycznego w Bawarii. Zostałam przez nią zaproszona do udziału w festiwalu w 2014 roku, odniosłam tam duży sukces, dostałam wspaniałą recenzję (charyzmatyczna pianistka) i w ubiegłym roku wystąpiłam ponownie. Gram nie tylko Chopina, chociaż zajmuje on dużo miejsca w mym repertuarze, a moje interpretacje są wysoko oceniane. Czasem organizatorzy koncertu życzą sobie innego kompozytora, np. w Norwegii poproszono mnie o Schuberta, niedawno otrzymałam propozycję recitalu beethovenowskiego w ramach obchodów 250. rocznicy urodzin kompozytora w 2020. Od lat związana jestem z Towarzystwem Beethovenowskim na Floridsdorfie, które przyznało mi w ubiegłym roku tytuł honorowego członka. Gdy mnie ktoś zapyta, czy nie mam czasem dosyć, odpowiem: NIE, ponieważ GRAM – WIĘC JESTEM.

Rozmawiał Adam Taubowski, Polonika nr 272, maj/czerwiec 2019

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…