Wędrowny Ptak

Andrzej Ptak, od 38 lat mieszkający wraz z rodziną w Austrii, to niezwykle barwna i zdecydowanie nietuzinkowa postać. Wychował 177 mistrzów Austrii w różnych dyscyplinach lekkoatletycznych, tenisie i bobslejach. W tym roku obchodzi 50-lecie pracy trenerskiej.

 

Jego losy z powodzeniem stanowić mogą scenariusz trzymającego w napięciu filmu biograficznego. Wychowanek powojennych domów dziecka w Polsce młodość przeżył na sportowo, jako zawodnik lekkoatletycznych klubów Wisła i Cracovia (brązowy medalista mistrzostw Polski w skoku o tyczce) oraz trener sportowy.
Gdy zakulisowo trwają przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego, podejmuje z rodziną ryzykowną decyzję wyjazdu byle dalej od „czerwonej ojczyzny”. W Austrii otrzymuje azyl polityczny, wkrótce w jego życiorys wpisuje się kilkumiesięczny epizod w Stanach Zjednoczonych. Ostatecznie powraca nad Dunaj. Tu zajmuje się pracą z młodzieżą, sprawując opiekę trenerską nad wieloma pokoleniami młodych sportowców z Austrii, Polski i innych krajów. Do chwili obecnej wciąż jest aktywny zawodowo.

Andrzej Ptak jest kawalerem Srebrnej Odznaki Honorowej za Zasługi dla Republiki Austrii (Silbernes Ehrenzeichen für Verdienste um die Republik Österreich). Jest to unikatowe wyróżnienie w Austrii, a tym bardziej osób obcego pochodzenia. Wieloletnia praca pedagogiczna została też doceniona przyznaniem mu medalu II klasy dla zasłużonego nauczyciela.

W ciągu 37 lat pracy za granicą jako trener dochował się Pan wielu mistrzów Austrii, licznych uczestników mistrzostw Europy i olimpijczyków (Barcelona – Christoph Poestinger 7. w sztafecie 4 x 100, Nagano – Georg Kuttner w 1. dziesiątce bobsleistów). Pod Pana okiem rozpoczęły się indywidualne kariery najlepszej austriackiej piłkarki nożnej Niny Burger, Gerharda Zillnera, mistrza świata z Malagi 2018 w pchnięciu kulą w kategorii M45, czy Miroslava Bajnera, medalisty skoku o tyczce na HMŚ 2019 w Toruniu. Osiągnął Pan sukces?
– Podczas ostatniej imprezy rodzinnej świętowaliśmy drugie urodziny mojego prawnuka, Leo. Przy stole zasiadło około dwadzieścia osób – żona, dwie córki z rodzinami, trzech wnuków. To jest mój sukces – duża rodzina, którą zbudowałem od podstaw. I gdy krąg znajomych, z racji upływu lat, się zmniejsza, to rodzina rośnie.
Zbudował Pan rodzinę, sam nie mając dobrego przykładu.
– Tak. W wieku 2 lat znalazłem się w domu dziecka w Zagnańsku. Pierwszy rok po zakończeniu wojny mój ojciec nie mógł się mną zająć. Potem zaliczyłem też placówkę w Rytrze i dziesięć ucieczek od rzeczywistości, w której byłem bity pasem rano, gdy w nocy zmoczyłem łóżko, a chleb z masłem dostawałem tylko podczas cięższej choroby, np. gruźlicy. Tam zresztą dorobiłem się jaglicy. Ale był też sport i on mnie ratował. Szkoły w Krakowie zmieniałem 6 razy, nie żebym był złym uczniem, ale ojciec nie opłacał internatu. Z jednej w końcu mnie wyrzucili. Za bójkę: tylko raz się poważnie pobiłem na ulicy, w obronie starszego człowieka.
W wieku 17 lat nastąpił w Pana życiu przełom.
– W moim nastoletnim życiu niezmiennie ważny był sport. Mając 17 lat wyszedłem z domu z postanowieniem, że więcej nie wrócę. Udałem się najpierw na Planty, następnie do klubu Wisły, nocowałem w klubowej ubikacji, potem już na szczęście w innych pomieszczeniach. Powiedziałem sobie wprost: nie będę się użalał nad sobą. To motto towarzyszy mi od tamtego momentu. Z czasem było lepiej – wykonywałem różne prace dla klubu, spałem w szatniach, barakach klubowych, wciąż trenowałem. Zaliczyłem wszystkie kluby sportowe ówczesnego Krakowa: MKS Krakus, Olsza, Hutnik, Wawel, Wisła i Cracovia.
Dysponując świetnymi warunkami fizycznymi odnosił Pan sukcesy w skoku o tyczce, stosunkowo szybko zajął się Pan jednak pracą trenerską.
– Byłem dumny ze swojej muskulatury, potrafiłem też siebie dyscyplinować, a to dzięki podwalinom, jakie położył jeszcze w podstawówce w Rytrze Jan Gryźlak, nauczyciel WF-u. W czasach krakowskich trenowałem pod okiem takich świetnych szkoleniowców, jak Emil Muszyński, Zbigniew Biernat, Kazimierz Kasprzyk. W klubach rywalizowałem m.in. z Józefem Szlachtą, Andrzejem Koźmą, Jerzym Sową. Jestem międzynarodowym mistrzem Krakowa, brązowym medalistą mistrzostw Polski.
Zawodników trenuję od 1969 r., gdyż wcześniej wypadek wykluczył mnie z uprawiania sportu czynnego, którego kocham. Zawsze ciekawy technicznych nowinek pewnego dnia sięgnąłem po fiberglassową tyczkę, jaka dopiero co przyjechała z NRD. Poszybowałem dzięki niej wysoko, ale nagle zupełnie niespodziewanie tyczka pękła, a ja spadłem na drewnianą zabudowę zeskoku. Efekt? Złamana ręka, kontuzja kręgosłupa, zmiana planów zawodowych. Zostałem jednak w Cracovii, w której pod moim okiem trenowali Kazimierz Srokowski czy Jacek Strzelichowski. Oni zaliczali już 5-metrowe wysokości. Stworzyliśmy naprawdę dobry zespół, w warunkach, jakie mieliśmy do dyspozycji. Byliśmy profesjonalistami, zresztą Polacy do dziś są w sporcie cenionymi profesjonalistami.
Czyli po przeorganizowaniu życia jest coraz lepiej – ma Pan kolejne osiągnięcia. Skoro jest tak dobrze, to czemu tak źle, że decyduje się Pan na większą zmianę, bo dotyczącą nie tylko Pana, ale i całej 4-osobowej rodziny.
– Był to schyłek komunizmu w Polsce, co oznaczało trudności z zaopatrzeniem, dostępem do lekarstw, kolesiostwo, układy, które eliminują z życia tych, którzy stoją po niewłaściwej stronie, do tego realne zagrożenie interwencją Sowietów. W kompletnej tajemnicy planuję wyjazd z rodziną na zakazany Zachód. Szczegóły dopracowuję samodzielnie i przy pomocy osób, którym mogłem zaufać.
Udaje nam się dostać paszporty. Jednego popołudnia oznajmiam córkom: pakujemy się, jutro wyjeżdżamy. Siedmiolatka może nie rozumieć, co to znaczy, dwunastolatka zdaje sobie sprawę z tego, że upłynie wiele lat, nim ponownie ujrzy koleżanki z klasy. Wyjeżdżamy przed ogłoszeniem stanu wojennego. Kierunek Austria, obóz uchodźców pod Wiedniem. Niełatwa rozmowa z urzędnikiem imigracyjnym toczy się już gładko, gdy znajdujemy wspólne zainteresowania – skok o tyczce. Znowu sport mi pomaga. Dostajemy azyl oraz możliwość osiedlenia się w USA, Kanadzie lub Australii.
Dziś zapewne wybrałby Pan Stany? To przecież szkoleniowy raj dla sportowców.
– Wówczas faktycznie wyjechaliśmy do Stanów, ale tylko na trzy miesiące. Tam jest zupełnie inna kultura niż w Europie, różnicę natychmiast widzi człowiek, który uciekł zza „żelaznej kurtyny”. Niesamowicie trudno nauczyć się nowego życia osobie dojrzałej, mającej na utrzymaniu rodzinę. Zaczynać można, ale w młodszym wieku i tylko na własny rachunek. Poza tym metody szkoleniowe, jakie znałem i stosowałem, różniły się znacząco od amerykańskich. Zasadniczą przeszkodą w tym zawodzie była jednak nieznajomość języka.
Zdecydowanie łatwiej było powrócić do Wiednia i tu zakładać gniazdo. Jak szybko zadomowił się Pan w rzeczywistości austriackiej?
– Językowo nie było mi wcale łatwiej – nie znałem niemieckiego, zresztą do dziś jest to obcy mi język (śmiech). Od gadania bolały mnie... ręce. Ale paradoksalnie pomogły mi określone cechy mentalności austriackich urzędników w Dolnej Austrii. Historycznie to część Austrii, która relatywnie długo, przynajmniej do 1955 r., znajdowała się pod wpływami Sowietów. Powszechnie wiadomo było, co, jak, u kogo i w jaki sposób można było załatwić. Nie przykładano wielkiej wagi do formalności – jako trener niekształcony przecież w tutejszym systemie, czyli nielegitymujący się wymaganymi zaświadczeniami, zostałem ostatecznie zatrudniony na stanowisku nauczyciela sportu w Wyższej Szkole Technicznej w Hollabrunn. Po raz kolejny zadziałała magia sportu – dyrektor okazał się zapalonym sportowcem. Szybko i energicznie zabrałem się do szkolenia młodych i już po trzech miesiącach oklaskiwałem na stadionie swojego pierwszego mistrza kraju w biegu na 110 m przez płotki.
Trenował Pan zawodników w blisko 20 różnych dyscyplinach sportu. W czym tkwi sekret udanego trenowania?
– Dla laika biegi ze skokami nie mają nic wspólnego, to prawda. Obie dyscypliny są jednak częścią składową lekkoatletyki. Metody treningu w detalach mogą i powinny się różnić. Ogromną jednak rolę odgrywa psychika. Niejednokrotnie dziś słyszymy skróty myślowe wygrał w głowie lub przegrał w głowie. Praca trenera nad „głową” zawodnika i zmotywowanie go do racjonalnego samodyscyplinowania siebie są we współczesnym sporcie nie do przecenienia. Dzisiejszy trener to nie tylko szkoleniowiec, to w przeważającej mierze pedagog i psycholog. Ja znam moich zawodników, znam ich sytuację rodzinną, ich pragnienia i obawy. Motywuję ich do dużego wysiłku fizycznego, ale i analogicznie do zdobycia dobrego wykształcenia, zrobienia matury, ukończenia studiów.
Wróćmy do pierwszego pytania o osiągnięcia sportowe, do których Pan się przyczynił?
– Tak, wśród moich wychowanków mam tyczkarzy, biegaczy, skoczków wzwyż, w dal, w trójskoku, dziesięcioboistów, bobsleistów, tenisistę, piłkarzy i piłkarkę nożną. Trenuję i opiekuję się zawodnikiem długofalowo. Jednym z moich powodów do dumy jest obecnie 46-letni kulomiot Gerhard Zillner, mistrz Europy sprzed 9 lat i mistrz świata z zeszłego roku w swojej kategorii wiekowej. Gerhard ma wciąż ochotę na więcej.
Kilkanaście lat temu Pana osiągnięcia zauważył i docenił Land Dolnej Austrii, na którego wniosek w 2006 r. przyznano Panu Srebrny Medal za Wybitne Zasługi dla Kraju. Nie codziennie wyróżnia się tym odznaczeniem Polaka.
– Istotnie, mam honor należeć do bardzo wąskiego grona wyróżnionych osób pochodzenia polskiego. Do tego elitarnego klubu dołączył przed 9 laty Tomasz Zajac, świetny utytułowany żeglarz (został on w 2018 r. uhonorowany tytułem Wybitnego Polaka w Austrii przez magazyn „Polonika” – przyp. red.). Cieszy fakt, że tak wyjątkowe osiągnięcia są dostrzegane i nagradzane. Dzięki temu nowe pokolenie dostaje właściwe przykłady do naśladowania.
Jakie jest to nowe pokolenie? Pytam o Pana sportowy punkt widzenia.
– Młode pokolenie nie jest tym, jakie było przed laty. Większość młodzików jest ociężała, mniej wydajna, gorzej odżywiona (wystarczy zajrzeć do McDonalds’a) i nienastawiona na długofalowy wysiłek. Młodzi są słabsi psychicznie, brakuje im dyscypliny, sukcesów chcą od razu. Pomimo lepszej techniki i infrastruktury młodziki osiągają gorsze wyniki, niż ich rówieśnicy sprzed lat. Teraz na placach zabaw, których jest zresztą coraz mniej, widzi się tylko maluchy, trudno natomiast zobaczyć mecz rywalizujących ze sobą grup nastolatków. Oni siedzą w domach przed monitorami.
Czy to dotyczy też Polski? Wciąż zabiera Pan swych wychowanków na obozy do Polski, obserwuje i porównuje te dwa światy.
– To, że młodzi ludzie nie uprawiają sportu, nawet tylko amatorsko, dotyczy nie tylko Austrii czy Polski, to powszechny problem cywilizacji. Natomiast w Polsce infrastruktura sportowa pozostaje na wysokim poziomie, dodatkowo przyjazna finansowo dla młodego zawodnika. Również kadra trenerska jest wyśmienita.
Ma Pan możliwość porównania z innymi krajami – od lat organizuje Pan w Krakowie spotkania kadry trenerskiej z krakowskich lat młodości.
– Choć grono zaproszonych gości na nasze trochę sentymentalne zjazdy powoli się zmniejsza (przybywa 40–50 osób), to dzięki tej wymianie poglądów wciąż wysoko oceniam poziom polskiego szkolenia. Zwłaszcza z uwagi na bardzo wszechstronne przygotowanie lekkoatletyczne zawodników, jak i pracę nad psychiką. Weźmy za przykład Małysza czy Stocha, którzy są psychicznymi mocarzami. To kluczowe czynniki, dzięki którym polska szkoła sportowa należy do najlepszych na świecie.
Co innego wybrałby Pan w życiu, gdyby nadarzyła się druga szansa? Był jakiś plan B?
– Poukładałem swoje życie, bo się wziąłem za siebie, do tego miałem łut szczęścia i wykorzystałem zbieg okoliczności. Możliwe, że przez kontuzję i konieczność szybkiego zakończenia kariery sportowej nie wypaliłem się. Dzięki temu miałem wciąż energię, którą chciałem przekazywać dalej. Mógł być tylko jeden plan – sport. On towarzyszył mi od zawsze. W sporcie narodowość nie ma znaczenia.

Rozmawiała Anita Sochacka, Polonika nr 273, lipiec/sierpień 2019

Andrzej Ptak z liczbach
1 – jeden raz wyrzucony ze szkoły (szkoła średnia w Krakowie)
2 – tyle miał lat, gdy został oddany do domu dziecka (Zagnańsk)
3 – 3. miejsce w mistrzostwach Polski w skoku o tyczce
3 – kraje, w których mieszkał (Polska, USA, Austria)
3 – miesiące pracy w Austrii jako nauczyciel sportu, gdy jego pierwszy wychowanek zostaje mistrzem kraju
6 – klubów sportowych, do których należał w Krakowie
7 – szkół średnich, do jakich uczęszczał w Krakowie
10 – ucieczek z domu dziecka (Rytro)
10 – przeprowadzek w Austrii
17 – lat, gdy opuścił dom „rodzinny” i udał się... na krakowskie Planty
20 – dyscyplin sportowych, w krórych trenował zawodników (15 w lekkiej atletyce)
30 – różnych posad (m.in. goniec, pomiarowy, kasjer, archiwista, mechanik, ślusarz, trener)
37 – lat pracy trenerskiej w Austrii (wciąż aktywny)
40 – łącznie przeprowadzek w życiu
50 – lat pracy trenerskiej (łącznie w Polsce i Austrii)
53 – lata małżeństwa
177 – sportowych mistrzów, których wychował w Austrii, w tym 3 olimpijczyków.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…