BETA-CAR
NATCAR

Leczyć całościowo

Urodzony w Tarnowie prof. Tadeusz Piotrek Panhofer kieruje nowo założoną Katedrą Medycyny Komplementarnej na Uniwersytecie im. Zygmunta Freuda w Wiedniu i jest tam wykładowcą.


Sukces ten poprzedzony był trwającą 21 lat pracą naukową oraz praktyką lekarską w Wiedniu, Grazu, a także w Szwajcarii, Niemczech i Chinach, gdzie medycyna komplementarna funkcjonuje w systemie służby zdrowia od lat.

Jest Pan pierwszym lekarzem w Austrii, który moduł medycyny komplementarnej wniósł na uniwersytety. Proszę powiedzieć, czym jest medycyna komplementarna?
– Medycyna komplementarna, inaczej alternatywna, to medycyna, którą się łączy z medycyną standardową. To są zioła, akupunktura, psychoterapia, medycyna psychosomatyczna, medycyna żywności i mikroelementów.
Czyli suplementowanie witaminami jest jednak ważne?
– Tak, ponieważ problem polega na tym, że nasza żywność ma w tych czasach bardzo mało witamin i mikroelementów. Jako przykład weźmy banany z Wenezueli, które przez dłuższy czas przebywają w kontenerach i przez to tracą na wartości. Badania pokazały, że takie banany mają tylko 20% witamin i mikroelementów w porównaniu do żywności sprzed 50 lat. Poza tym lekarze odnotowują, że mamy spory problem z niedoborem witaminy D. Tę witaminę w dużej mierze zapewnia słońce, jednak w dzisiejszych czasach używa się sporo kremów z wysokimi filtrami 50+. Nie mamy też czasu przebywać na słońcu, ponieważ bardzo dużo pracujemy. Niestety, np. ryby nie są w stanie dostarczyć nam odpowiedniej ilości tej witaminy, bo zwyczajnie nie jemy ich wystarczająco dużo.
Czym grozi niedobór witaminy D?
– Problemami z nadwagą, wątrobą, poprzez stłuszczenie, i oczywiście z kośćmi, co prowadzi z kolei do osteoporozy czy osteopenii. Ponadto pacjenci z nowotworami mają niedobór witaminy D, co jest jedną z przyczyn zachorowań na raka, gdyż braki tej witaminy mają wpływ na spadek odporności organizmu.
Czy często spotyka się Pan z sytuacją, kiedy pacjent wędruje od gabinetu do gabinetu, a medycyna konwencjonalna z danym schorzeniem nie daje sobie rady? Proszę podać jakieś przykłady.
– Z moich obserwacji wynika, że są to najczęściej chroniczne problemy. Właśnie takie jak nadwaga, choroby autoimmunologiczne. W leczeniu tych drugich medycyna konwencjonalna nie ma dobrych rezultatów. Poza tym każdy lek ma swoje działanie, ale też i skutki uboczne, więc gdy mamy tych leków więcej niż pięć (problem tzw. polifarmacji), to i skutków ubocznych jest znacznie więcej. Wielu pacjentów przychodzi do mnie i prosi, żeby zredukować im lekarstwa, których mają nawet po dwadzieścia. Tu chciałbym dodać, że również na uniwersytecie obecnie często poruszamy temat flory bakteryjnej tzw. mikrobiomu. Prace naukowe pokazują, że zażywanie wielu leków prowadzi do wadliwości mikrobiomu, a przez to ludzie też chorują. Zatem dla nas bardzo ważne jest, że medycyna komplementarna próbuje regulować organizm ludzki. Jesteśmy też medycyną prewentywną.
Czy dobrze rozumiem, że medycyna komplementarna stymuluje organizm, aby bronił się sam?
– Oczywiście, bo jeśli mam być szczery, to lekarz nie leczy pacjenta, on tylko w tym procesie pomaga. Moją rolą jest na przykład dostosowanie ziół, zrobienie akupunktury, by pobudzić organizm do samoleczenia. Spójrzmy chociażby na onkologię, gdzie sama chemia i radioterapia jest wspomagana lekami wzmacniającymi system immunologiczny. Cała immuterapia to jest to, o czym chińska medycyna mówi już od czterech tysięcy lat, że nowotwory wynikają też z problemów immunologicznych.
Jak wyglądała Pana droga zawodowa i co było punktem zwrotnym, że zaczął się Pan interesować medycyną chińską?
– W 1996 roku zacząłem studiować medycynę, a w 1998 roku wziąłem udział w pewnym studenckim kongresie w wiedeńskim AKH, na którym poznałem doktora praktykującego chińską medycynę. Jego słowa mówiące o tym, że bardzo ważne jest nie tylko leczenie ciała, ale i ducha zrobiły na mnie ogromne wrażenie. To jest właśnie to, o czym mówi chińska medycyna – o pięciu elementach, do których dopasowane są poszczególne organy i ich choroby, a wśród nich są właśnie emocje, jak smutek, depresja, frustracja, strach itp. To miało dla mnie sens i zacząłem robić specjalne kursy. Pierwszy dyplom z medycyny chińskiej i terapii ziołowej zdobyłem w 2010 roku, w 2017 roku skończyłem bardzo długi kurs z akupunktury, a w 2019 roku ukończyłem studia magisterskie z medycyny chińskiej.
Czyli ten jeden człowiek tak Pana zainteresował tematem?
– Tak, później zacząłem się wczytywać w temat i pojąłem, że medycyna chińska inaczej patrzy na człowieka. Przez te ostatnie 20 lat udało mi dostrzec podobieństwa między medycyną konwencjonalną i chińską. Na przykład w chińskiej medycynie mówi się, że cały przewód pokarmowy połączony jest z wątrobą – jako tak zwany cykl kontroli – element drzewo i element ziemia, a to znaczy, że mamy relacje pomiędzy tymi dwoma elementami – systemami organizmu. W medycynie konwencjonalnej jest tak samo – przewód pokarmowy ma ważną relację z wątrobą. Dzięki mojej specjalizacji posiadam w tej chwili więcej możliwości, by skutecznie leczyć pacjentów. To jest bardzo ważne, bo przychodzą do mnie chorzy, którzy mówią, że byli już u dziesięciu, nawet piętnastu lekarzy, i nikt im nie mógł pomóc. Jedyne, co dostawali, to nowe leki, a okazywało się na przykład, że mieli problem z mikroelementami, witaminami. Istnieją naturalnie problemy zdrowotne, których pochodzenie nie jest znane. Bardzo pomagają wówczas akupunktura oraz terapia ziołowa. W tej chwili już około 80% ludzi w Austrii jest zainteresowanych medycyną komplementarną, gdyż podniosła się świadomość i wiedza na jej temat.
Mamy w tej chwili gorący temat koronawirusa. Może zdoła Pan nieco przybliżyć czytelnikom ten problem? Ale mnie by jeszcze interesowało, dlaczego kolejny raz zdarzyło się to w Chinach, dlaczego akurat tam się wirusy lepiej rozwijają?
– Każdy wirus jest wielkim problemem dla systemu immunologicznego. W Azji żywność była raczej zawsze zdrowa, oni zawsze stawiali na mniej cukru, więcej warzyw, a teraz dostosowali się do naszej diety – żywności z Ameryki Północnej i Europy (Westernized Diet), to z kolei odbiło się na ich zdrowiu. Niestety, nasza żywność to spore ilości cukru i tłuszczu, a wiemy przecież, że to z kolei ma zły wpływ na odporność organizmu. Europejczycy i Amerykanie są do takiego sposobu żywienia dostosowani, dla azjatyckich organizmów ta dieta jest niezwykle obciążająca, a co za tym idzie osłabia ich odporność. Jako przykład można przytoczyć fakt, że problem diabetyzmu pojawia się u nich wcześniej niż u nas. Europejczyk zachoruje na cukrzycę, gdy jego waga przekroczy 30 kg na metr kwadratowy masy ciała (Body Mass Index: BMI), natomiast u Azjaty wystarczy 27 kg na metr kwadratowy masy ciała. Trzeba tu także powiedzieć, że w Azji temat industrializacji i zanieczyszczenia środowiska jest duży, co też ma niemały wpływ na obniżenie odporności. Czyli mamy już dwa bardzo ważne powody, dlaczego tam łatwiej rozprzestrzeniają się wirusy. Kolejny to podniesienie poziomu stresu. Kiedy byłem w Chinach, zaobserwowałem, że w południe każdy szedł na godzinną sjestę. Natomiast rano na parkingach, w parkach Chińczycy w różnym wieku ćwiczyli Qi-gong albo Tai-chi, bo ruch jest bardzo ważny dla systemu immunologicznego. Niestety teraz ekonomia odgrywa tam taką rolę, że ludzie przestali mieć na to czas.
Czytałam również, że specjalizuje się Pan w leczeniu otyłości. Co jest jej najczęstszą przyczyną?
– Zaczyna się od stłuszczenia wątroby, przez to wątroba nie funkcjonuje prawidłowo, wówczas procesy metaboliczne w organizmie wariują. To prowadzi do dysfunkcji flory bakteryjnej jelit, które zaczynają przepuszczać do organizmu patogeniczne faktory (zanieczyszczenia – przyp. red.), które prowadzą do chronicznej inflamacji (zapalenia – przyp. red.), a to z kolei prowadzi do zwiększania się komórek tłuszczowych. Koło się zamyka i zaczyna się problem z nadwagą. Kolejnym powodem otyłości jest za duża ilość spożywanych węglowodanów, w tym krótkich, czyli cukrów. Poza tym jemy za szybko i kiedy chcemy. W przeszłości kultura jedzenia była inna, rodzina siadała do posiłków trzy razy dziennie, teraz ta tradycja zanika, nie mamy na to czasu, gdyż dużo pracujemy. Nauczyliśmy się jeść w biegu, więc siłą rzeczy sięgamy po coś do jedzenia dużo częściej, nierzadko po żywność przetworzoną, zawierającą sporo węglowodanów i tłuszczu. Do tego mało się ruszamy, wszędzie jeździmy, czy to miejskimi środkami lokomocji, autami, czy skuterami, mało kto chodzi pieszo. Stres oraz brak odpowiedniej ilości snu robią swoje. To jest choroba cywilizacyjna, która w tej chwili dosięga 41% ludzi na całym świecie.
Czy na otyłość wpływa również kondycja psychiczna człowieka?
– Zdecydowanie tak i zauważyć można, że wszelkie skuteczne terapie odchudzające mają w swoim programie właśnie uzdrawianie psychiki, bo jest ona bardzo ważna. Poza tym uczą, jak zmienić nawyki, bo co robimy, gdy jesteśmy smutni, albo nam się nudzi? Często sięgamy po coś do jedzenia. Musimy nauczyć się coś robić w takich sytuacjach, żeby nie jeść. Pozwolę sobie przy tej okazji wrócić do tematu dysfunkcji flory bakteryjnej, która także ma wpływ na dostarczanie odpowiedniej ilości serotoniny, melatoniny (metabolity regulujące m.in. sen i apetyt – przyp. red.) do mózgu. Serotonina jest ważna też dla poprawy nastroju, jej braki prowadzą do depresji. Ponadto otyłość jest problemem socjalnym – otyli bywają prześladowani, a zatem się izolują, co prowadzi nawet do fobii socjalnej. Co się wtedy robi? Je się, bo pokarm dostarcza krótkoczasowo endorfin, i koło się zamyka.
Znów zmienię temat, bo słucham Pana i jest mi niezmiernie miło, że rozmawiamy po polsku. Czytałam, że urodził się Pan w Polsce. Ma Pan tam jeszcze rodzinę? Jak często odwiedza Pan naszą ojczyznę?
– Urodziłem się w Tarnowie, ale miałem zaledwie 6 tygodni, kiedy rodzice zdecydowali się wyjechać do Wiednia. Niestety, do Polski już nie jeżdżę tak często, jak bym chciał. Dopóki babcia i dziadzio żyli, bywałem tam często, teraz jeszcze mam kuzyna i ciocię w Polsce. Jest oczywiście także dalsza rodzina, ale mam tyle pracy na uniwersytecie, że naprawdę nie mam wiele czasu na odwiedziny.
Czy pokusiłby się Pan o porównanie poziomu leczenia w Polsce i Austrii?
– Z tego, co widzę, czytając literaturę, w dziedzinie medycyny komplementarnej zawsze ukazują się publikacje z Polski. Prace naukowe są na wysokim poziomie, a to znaczy, że zainteresowanie tą dziedziną jest w Polsce duże. Wydaje mi się zatem, że Polacy są bardziej otwarci na medycynę komplementarną niż Austriacy. Będąc w Polsce, przebywając w szpitalu, gdzie leżała moja babcia, zauważyłem, że wielu lekarzy ma w swoim dorobku praktyki w różnych szpitalach na świecie, w Kanadzie, USA, więc mają oni sporą wiedzę na temat medycyny komplementarnej. W Austrii nie jest to jeszcze na takim poziomie i czasem tutejsi lekarze traktują medycynę chińską jak swojego rodzaju szamanizm. Ale to też na szczęście się już zmienia.


Rozmawiała Dorota Szkop, Polonika nr 277, marzec/kwiecień 2020

Top
Na podstawie przepisów art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. informujemy, iż Österreichisch-Polnischer Verein für Kulturfreunde „Galizien“, jest administratorem danych osobowych, które przetwarza na zasadach określonych w polityce prywatności. Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług na zasadach określonych w tej polityce. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie w można określić w ustawieniach przeglądarki internetowej z której Pan/Pani korzysta lub konfiguracji usług internetowej. More details…