NATCAR
BETA CAR

Kocham mój zawód

– Ja kocham mój zawód i bardzo chętnie go wykonuję. I to jest cała tajemnica – mówi mecenas Aleksandra Fux, właścicielka prywatnej kancelarii w 1. dzielnicy Wiednia. Większość naszych czytelników zna ją dzięki prowadzonym przez nią bezpłatnym telefonicznym dyżurom prawnym. W tym roku mija 10 lat od zainicjowania tych dyżurów. Kim jest osoba po drugiej stronie słuchawki? Oto krótki portret Aleksandry Fux.

 

Pani Mecenas, podsumujmy krótko 10 lat Pani dyżurów telefonicznych. Dzwoni Kowalski w czasie dyżuru prawnego i o co zazwyczaj pyta?
– Najczęstsze pytania dotyczą spraw rodzinnych. W ciągu tych dziesięciu lat najwięcej było pytań o rozwody czy alimenty. Drugi ważny dział dotyczy prawa pracy: m.in. zwolnień z pracy, praw pracowników i pracodawców. Na kolejnym miejscu znajdują się sprawy socjalne: zasiłki, emerytury, kwestia transferu świadczeń z Polski do Austrii.
Co Pani zapamiętała najbardziej z tych dyżurów prawnych? Czy była jakaś zaskakująca i nietypowa sprawa?
– Mimo że pytania są podobne, to jednak każda sprawa jest inna, indywidualna. Rzeczy, które najbardziej zostają mi w pamięci, to te, które wymagają natychmiastowej interwencji, np. w przypadku przemocy wobec kobiety czy dzieci. Kilkakrotnie zdarzyło się, że po skończeniu dyżuru natychmiast podejmowałam kroki prawne, gdyż uznałam, że nie można czekać do następnego dnia. Taka osoba musi mieć ochronę, musi być wydany zakaz zbliżania się do niej ze strony sprawcy. Te właśnie sprawy, które powodują emocjonalne zaangażowanie, najbardziej zapadają w pamięć.
Jakie proste błędy, których da się łatwo uniknąć, najczęściej popełniamy?
– Może nawiążę do spraw, które prowadzę najczęściej, a więc tych z prawa rodzinnego. Najczęstszym błędem, który popełniamy zawierając związek małżeński, jest brak… intercyzy. Nawet jeśli nigdy nie dojdzie do sytuacji rozstania, naprawdę warto zastanowić się jak małżonkowie postąpią, gdyby przyszło im się rozstać, i to właśnie wtedy, gdy wszystko jest dobrze i można spokojnie przedyskutować każdą kwestię. W przyjaznej atmosferze lepiej rozmawia się o pewnych rozwiązaniach, by móc spisać je i zaoszczędzić sobie wielu problemów. A proszę mi wierzyć, te problemy mogą być wręcz niewyobrażalne. Nie chodzi tylko o samą kwestię rozwodu, ale i o podział majątku. To są procesy, które trwają czasami latami. Mam taką sprawę, która trwa już szósty rok. To jest bardzo kosztowne i obciążające psychicznie dla obu stron konfliktu. A można tych rzeczy uniknąć, wystarczy tylko wcześniej o tym pomyśleć.
Czy łatwo jest prowadzić w Wiedniu samodzielną kancelarię prawną?
– Moje studia ukończyłam w 2004 roku i planowałam, że zostanę sędziną. Po studiach obowiązuje tzw. Gerichtsjahr – rok sądowy, w czasie którego deklaruje się, jaką drogę w tym zawodzie się wybiera. Ja zadeklarowałam, że chcę zostać właśnie sędziną, zostałam więc wpisana na listę kandydatów. Lista liczyła ponad 250 osób, miejsc do obsadzenia było 8. Do zdania było mnóstwo egzaminów, trzeba było przejść testy psychologiczne – na końcu zostało 15 kandydatów, wśród których byłam i ja. Niestety, w tej ostatniej fazie mi się nie powiodło i wtedy zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Wybrałam drogę adwokacką, musiałam dokształcać się przez kolejne cztery lata, zdobywając doświadczenie w kancelariach adwokackich. Wreszcie po pięciu latach, łącznie z tym tzw. rokiem sądowym, mogłam przystąpić do egzaminu adwokackiego, czyli trzech całodniowych egzaminów pisemnych i jednego ustnego.
Wracając do pierwszej części pytania: jeśli lubi się to, co się robi, i przychodzi się chętnie do pracy, to nie jest ciężko. Ja kocham mój zawód i bardzo chętnie go wykonuję. I to jest cała tajemnica.
Jednym słowem, nie była to łatwa droga.
– Oczywiście, że wymagało to wiele pracy i dyscypliny. W 2010 roku postanowiłam stanąć na własnych nogach i założyłam pierwszą kancelarię. W ciągu ośmiu lat kancelaria się rozrosła, miałam w sumie trzech partnerów oraz kilku pracowników. Po pewnym czasie zrozumiałam, że otacza mnie za dużo osób i że wolę jednak pracować samodzielnie. Kancelarię, w której rozmawiamy, prowadzę od dwóch lat. W tej chwili mam dwóch pracowników, od października będzie ich trzech.
Jedną z dziedzin prawa, którą Pani się zajmuje, jest prawo medyczne.
– Jego wybór związany jest z moimi zainteresowaniami. Gdy przyszło mi podejmować decyzję o kierunku studiów, długo nie mogłam się zdecydować, czy ma to być prawo, czy medycyna. Już w trakcie studiów prawniczych zdobyłam w Austriackim Czerwonym Krzyżu uprawnienia sanitariuszki – i przez 10 lat byłam związana z tą instytucją. Dlatego też tak chętnie zrobiłam dodatkowy dyplom z prawa medycznego.
Prawo medyczne jest bardzo szerokim obszarem, bo dotyczy także stosunków między lekarzem i pacjentem. Stroną oskarżającą w przypadku konfliktu może być i lekarz, i pacjent. Aby się zabezpieczyć, pacjent powinien mieć udokumentowany przebieg leczenia, może oczywiście sam prowadzić tego typu dokumentację.
Często padają pytania o to, czy w Austrii narciarze lub alpiniści zmuszeni są płacić za pomoc prawną, gdy dojdzie do wypadku.
– Typowa odpowiedź prawnika brzmi zawsze: to zależy. Zależy od okoliczności, od tego, czy był to nieszczęśliwy wypadek, czy też wina leży po stronie poszkodowanego. To jest bardzo skrupulatnie sprawdzane i jeśli zawinił poszkodowany, np. był pod wpływem alkoholu, to niestety musi ponieść koszty.
Jak wielu ma Pani polskojęzycznych klientów?
– Mogę powiedzieć, że stanowią połowę moich klientów. Jeśli jakaś sprawa musi być prowadzona przez polski sąd, to oczywiście mam partnerów, z którymi współpracuję w Polsce, sama natomiast prowadzę sprawy tylko na terenie Austrii.
No właśnie – studiowała Pani prawo w Wiedniu. Był to świadomy wybór czy przypadek?
– Jak już wspomniałam, wahałam się między medycyną a prawem. Mój tata był prawnikiem, a więc niejako z domu wyniosłam to zainteresowanie, jednak sama też zawsze chciałam wiedzieć, jak wszystko funkcjonuje, na jakich zasadach działa nasze społeczeństwo, jak należy rozwiązywać konflikty. Ostateczna decyzja co do wyboru kierunku studiów i przyszłej drogi życiowej nie była łatwa, ale przeważyły względy racjonalne. Uświadomiłam sobie, że jako lekarz zacznę w pełni funkcjonować ok. 40. roku życia – bo tak długo trwa zrobienie specjalizacji – więc zdecydowałam, że wolę już ok. 30. roku życia pracować jako adwokat. Medycyny nie zdradziłam, o czym już mówiłam.
Wróćmy do początków. Kiedy przyjechała Pani do Austrii?
– Przyjechałam do Wiednia z Gubina w qojewództwie lubuskim w wieku 14 lat, zaraz po ukończeniu szkoły podstawowej. Tata przyjechał tutaj wcześniej, w roku 1989, ja z mamą i siostrą trzy lata potem.
Jakie były te początki?
– Były bardzo trudne, ponieważ w ogóle nie znałam języka niemieckiego. W wiedeńskim kuratorium zastanawiano się, co ze mną zrobić, gdyż w Austrii obowiązek szkolny wynosi dziewięć lat. Ja natomiast miałam zaliczone osiem i nie mówiłam po niemiecku. Wysłano mnie więc do najgorszej możliwej szkoły politechnicznej, czyli inaczej zawodówki, a ja byłam ambitna i chciałam się uczyć.
Muszę powiedzieć, że miałam jednak ogromne szczęście. Mój wychowawca dostrzegł, że drzemią we mnie duże możliwości, i zaczął mnie bardzo wspierać, umożliwiając mi przejście do gimnazjum. Dzięki niemu od piątej klasy zaczęłam naukę w gimnazjum – i świat stanął przede mną otworem. Z nauką nie miałam żadnych problemów.
Czy miała Pani potem jeszcze kontakt z tym nauczycielem?
– Po zakończeniu moich studiów prawniczych zadałam sobie sporo trudu, żeby odnaleźć tego nauczyciela, gdyż tej szkoły już nie było. Odnalazłam go dzięki pomocy wiedeńskiego kuratorium – był dyrektorem innej szkoły politechnicznej w 15. dzielnicy. Pojechałam do niego, aby go osobiście zaprosić na uroczyste rozdanie dyplomów. To był wzruszający moment. Pan dyrektor powiedział mi, że jestem jego jedyną uczennicą, która skończyła wyższe studia. Gdybym wtedy nie zmieniła szkoły, moje życie potoczyłoby się inaczej.
Posługuje się Pani biegle językiem polskim. Jak Pani pielęgnowała ten język?
– W domu zawsze posługiwaliśmy się językiem polskim, bardzo dużo czytałam i czytam po polsku. Jestem osobą bardzo komunikatywną, mam wielu przyjaciół, z którymi spotykam się często i dyskutuję na różne tematy. I zawsze ich prosiłam i proszę, żeby korygowali moje błędy, jeśli takie się zdarzą, lub podpowiedzieli fachowe słowo po polsku. Mój mąż jest Austriakiem, ale do naszego dziecka w domu także mówię po polsku i uczę go tego języka.
Zawód adwokata jest czasochłonny. Jak godzi go Pani z życiem prywatnym?
Mam dobrze funkcjonujący system w rodzinie, dzielimy się z mężem obowiązkami, bo przecież obydwoje jesteśmy rodzicami. Naszym wielkim szczęściem jest to, że mamy dwie babcie, na które zawsze możemy liczyć.
Jakimi cechami, Pani zdaniem, powinien odznaczać się idealny prawnik?
– Musi lubić czytać! (śmiech) Musi umieć myśleć logicznie, aby pojąć pewne zależności między różnymi rzeczami. Jeśli ma się to opanowane, to łatwiej jest przebrnąć przez studia i potem odnaleźć się w pracy. A więc logiczne myślenie jest absolutną podstawą. Wiele zależy też od tego, jaki kierunek się obierze. Moje serce bije najbardziej w sprawach rodzinnych – w tym przypadku więc trzeba mieć dla ludzi dużą empatię i wyczucie sytuacji. Prawo rodzinne nie jest łatwe, bo wiąże się z dużym obciążeniem psychicznym.
Zajmuje się Pani także  prawem gospodarczym i przepisami RODO.
– Tak, pomagam polskim firmom, które chcą w Austrii rozpocząć działalność gospodarczą, jestem członkiem zarządu PolChambers – Stowarzyszenia Polskich Izb Handlowych za Granicą, często więc prowadzę wykłady czy seminaria dla polskich firm, zapoznaję je z przepisami austriackimi dotyczącymi prawa pracy, delegowania pracowników itd.
Rynek austriacki nie jest łatwy, ale wielu firmom się udaje przebić. Szczególnie aktywna jest branża budowlana i meblowa, a ostatnio branża IT. Właśnie niedawno prowadziłam dla nich wykład, miał się odbyć w Wiedniu, ale ze względu na pandemię była to konferencja zdalna.
Jeśli chodzi o przepisy RODO, to w mniejszym stopniu dotyczą one osób prywatnych. Należy po prostu iść przez życie z otwartymi oczami i uważać zawsze na to, co się podpisuje. Pozytywny efekt dyskusji o RODO jest taki, że pobudziła refleksję nad tym, co dzieje się z naszymi danymi i uczuliła nas na tę tematykę. Natomiast specjalne przepisy dotyczą firm i przedsiębiorców.
Prawo cały czas jest jednym z najbardziej obleganych kierunków studiów. Dlaczego studia na tym kierunku cieszą się tak dużą popularnością?

– Jest to niewątpliwie związane z wysokim prestiżem tego zawodu. Na początku tych studentów jest wielu, ja pamiętam, że mój rocznik zaczynało 1500 osób, ale do końca dotrwała tylko garstka. W ostatnich wykładach brało udział ok. 30 osób.
Jaka jest najlepsza, a jaka najgorsza rzecz w pracy adwokata?

– Najgorsze jest obarczenie psychicznie. Adwokat jest obciążony drobiazgowymi problemami innych osób, bo przecież nie przychodzą do nas ludzie szczęśliwi, tylko znajdujący się w trudnej, czasami wręcz tragicznej sytuacji, z której nie wiedzą, jak wybrnąć. Naszym zadaniem jest pomóc takim osobom, a przecież nie zawsze jest to możliwe. Z tym właśnie trzeba sobie poradzić psychicznie i nie zabierać tych problemów ze sobą do domu.
Najpiękniejszą zaś rzeczą dla mnie jest to, gdy po zakończeniu sprawy klient pisze do mnie, że jest szczęśliwy. Nie zawsze trzeba sprawę wygrać, trzeba tylko znaleźć rozwiązanie.
Przeciętni klienci skarżą się zwykle na hermetyczny język prawniczy i skomplikowaną interpretację przepisów. Niedawny przykład to wymierzane przez policję kary w czasie lockdownu, które okazały się niezgodne z austriacką konstytucją. Jak ma zachować się przeciętny człowiek? Bo często widzi się np. lekceważenie obowiązku noszenia maseczek.
– Przepisy zmieniają się bardzo szybko, ale ponownie obowiązuje noszenie maseczek i należy tego przestrzegać. Każdy nowy przepis musi przejść swój chrzest. Trzeba sprawdzić, jak on działa w praktyce. Wejście w życie nowego przepisu trwa zwykle do około trzech lat, aż orzecznictwo Sądu Najwyższego zatwierdzi wszystko i zadecyduje, jak ten przepis ma być stosowany. To jest długi i skomplikowany proces. Nie można oczekiwać, że każdy przepis pasuje do każdej sytuacji życiowej.
Każdy jednak potrzebuje czasem odskoczni. Gdzie ją Pani znajduje?
– Bardzo lubię czytać. Teraz, gdy mam małe dziecko, nie znajduję czasu na moją i męża pasję, czyli nurkowanie. Bardzo też lubimy podróżować. Nasze dziecko miało zaledwie osiem tygodni, gdy wybrało się z nami w pierwszą podróż.
Mówi się, że roboty prędzej zastąpią chirurga niż prawnika.
– Myślę, że i lekarze i prawnicy zawsze będą mieli dużo pracy!

Rozmawiała Halina Iwanowska, Polonika nr 280, wrzesień/październik 2020

Top
Na podstawie przepisów art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. informujemy, iż Österreichisch-Polnischer Verein für Kulturfreunde „Galizien“, jest administratorem danych osobowych, które przetwarza na zasadach określonych w polityce prywatności. Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług na zasadach określonych w tej polityce. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie w można określić w ustawieniach przeglądarki internetowej z której Pan/Pani korzysta lub konfiguracji usług internetowej. More details…