Pół wieku w Austrii

Za działalność na rzecz Polaków i promowanie Polski otrzymał w 2013 roku Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Rozmawiamy z Jerzym Konarzewskim, założycielem Klubu Sobieski, będącego zalążkiem integracji Polaków w Karyntii.


W tym roku mija 50 lat Pana pobytu na emigracji. Jak z perspektywy czasu ocenia Pan swoją decyzję o wyjeździe z Polski?
– Perspektywa czasu nie zmieniła mojego ambiwalentnego stosunku do faktu przebywania w Austrii. Z jednej strony czuję się spokojny, wiem, co nastąpi jutro, pojutrze i może nawet za 10 lat, z drugiej strony bardzo tęsknię za krajem, w którym spędziłem 39 lat. Ta nostalgia siedzi we mnie głęboko. Są chwile, kiedy wracałbym pieszo do Polski. Niestety, nie mam już do kogo, w Polsce pozostały już tylko groby moich najbliższych, które odwiedzam. Moja rodzina, dzieci i pięcioro wnuków, jest w Austrii.
Co było przyczyną Pana przyjazdu do Austrii?
– Decyzja o pozostaniu w Austrii zapadła spontanicznie w czasie urlopu w Klagenfurcie. W sierpniu 1972 roku wyjechałem z żoną do Austrii, zabierając ze sobą jedynie niezbędne ubrania na dwa tygodnie urlopu. I w czasie tego urlopu, siedząc na jeziorem Wörthersee, oglądając piękny zachód słońca, nie wiadomo dlaczego – bo do końca z moją żoną nie doszliśmy do tego, co w sumie było powodem tej decyzji – nagle stwierdziliśmy, że na pewien czas tutaj zostajemy. Mieliśmy zamiar wrócić do Polski, ale po pewnym czasie. Początkowo nawet nie myśleliśmy, kiedy to będzie, w każdym razie opcja pozostania na stałe nie wchodziła w rachubę. Jednak zaraz potem nastąpił drugi etap, związany z konsekwencjami naszej decyzji.
Nasze paszporty miały krótką ważność, w związku z tym zgłosiliśmy się do polskiego konsulatu z wnioskiem o ich przedłużenie. Czekaliśmy aż pół roku na odpowiedź. Wreszcie przyszła, ale negatywna. Nasze paszporty straciły ważność, nie mieliśmy innych dokumentów i znaleźliśmy się w sytuacji bezprawnego pobytu w Austrii. Zapytałem konsula, jak mamy teraz do Polski wrócić, na co on odpowiedział: a to jest już wasza sprawa. Wystąpiliśmy do policji o paszport dla bezpaństwowców. W Polsce załatwiliśmy formalności związane z naszym mieszkaniem, które musieliśmy zdać, zwolniono nas dyscyplinarnie ze szkoły, w której pracowaliśmy. Podjąłem pracę w Klagenfurcie w warsztacie samochodowym, jednak przez pierwsze kilka lat traktowałem swój pobyt w Austrii tylko jako czasowy.
Jak to się więc stało, że żyje Pan w Austrii już pół wieku?
– Pośrednią przyczyną było zetknięcie się z tzw. opiekunami, bo tak nazywam osoby z kręgu moich znajomych, którzy okazali się pracować dla komunistycznych służb bezpieczeństwa. To był drugi rok mojego pobytu w Austrii. Miałem już wtedy telewizor, ale stary, używany, przez co czasem źle odbierał. Pewien młody, sympatyczny Polak powiedział mi, że zna się trochę na elektronice i może mi go naprawić. Rzeczywiście, odkręcił tylną pokrywę, coś tam pomajstrował i odbiór się poprawił. Przy następnym spotkaniu, mimo że telewizor odbierał prawidłowo, powiedział, że jeszcze raz musi tam zajrzeć. To mnie zastanowiło, więc po jego wyjściu zdjąłem pokrywę i znalazłem wetknięty mikrofon. Zorientowałem się, że jestem pod obserwacją służb.
Kolejną taką osobę, która podawała się za lekarza z Polski, poznałem przez naszych znajomych. Pewnego razu podczas kolacji wypił za dużo alkoholu, stał się wylewny i sam mi wyznał, jaka jest jego rola. Jego czas pobytu w Austrii właśnie się kończył, wracał do Polski i obiecał mi, że rozpozna moją sytuację. Da mi znać, czy mój powrót do Polski będzie wiązał się dla mnie z jakimiś negatywnymi konsekwencjami. Rzeczywiście się odezwał i przekazał, że powrót byłby dla mnie zbyt kosztowny, prawdopodobnie znalazłbym się w więzieniu.
To był ten punkt zwrotny, kiedy stwierdziliśmy z żoną, że może nie na zawsze, ale na dużo dłużej zostajemy. Wtedy wystąpiłem o obywatelstwo austriackie. W tamtych czasach było to konieczne, żeby uzyskać pełne prawa do pobytu, w tym do stałej pracy.
Jak potoczyło się życie Pana życie w Austrii?
– W warsztacie samochodowym, który zajmował się też sprzedażą samochodów, zacząłem się wspinać w hierarchii, awansowałem na wyższe szczeble. To wzbudzało zazdrość, zawiść, nawet nienawiść Austriaków. Dochodziło do drastycznych sytuacji. Poluzowano np. koła w samochodzie, który przeszedł przez moją kontrolę. Gdyby coś się stało, to na dokumencie widniał mój podpis, który potwierdzał bezpieczne używanie samochodu.
To jeden z wielu przykładów. Walka z tego typu ludźmi byłaby przegrana. To oni mieliby rację, ja byłem „Aussenseiter”, obcokrajowcem. Odszedłem więc z pracy i wziąłem z żoną w dzierżawę stację benzynową w Klagenfurcie.
Mieszka Pan w Karyntii. Jak żyje się w tym kraju związkowym?
– Karyntia na początku robi wrażenie, ale ja już się przyzwyczaiłem. To kraj urokliwy – góry, jeziora, morze oddalone o dwie godziny jazdy samochodem, umiarkowany klimat, a przede wszystkim relatywny spokój i stabilizacja. Kiedyś w lecie żeglowałem, zimą jeździłem na nartach. To raj dla narciarzy. Godnym polecenia jest kompleks sportów zimowych Nassfeld oraz jeziora Wörthersee, Millstadt i Ossiachersee. W Karyntii jest niewiele zakładów przemysłowych, kraj żyje z turystyki, stąd niewielu osiadło tu Polaków. Według moich szacunków liczba rodaków w Karyntii wynosi ok. 400 osób.
Z czasem zaangażował się Pan w działalność polonijną i założył Klub Sobieski.
– Zawsze szukałem kontaktów z rodakami. Gdy dzierżawiłem stację benzynową, obiekt ten już po kilku miesiącach stał się miejscem spotkań Polaków przebywających w Klagenfurcie i okolicy. Polacy przychodzili nie tylko jako klienci, ale także towarzysko. Stacja benzynowa była dogodnym miejscem spotkań.
Naturalną konsekwencją podtrzymywania tych kontaktów był pomysł zorganizowania sensownej działalności polonijnej. W 1998 roku założyłem Klub Sobieski. Celem Klubu była pomoc rodakom, których los sprowadził do Austrii. Nie mniej ważnym zadaniem było uświadamianie Austriakom, których wiedza o naszym kraju jest w dużym stopniu niedostateczna, że Polska to kraj o dużym znaczeniu w Europie, nie tylko historycznym. Dużą wagę Klub przywiązywał do propagowania polskiej kultury w szerokim zakresie. Gościliśmy wielu polskich artystów. Przez wiele lat nauczano dzieci języka polskiego i historii. Ważnym elementem była też działalność towarzyska, np. spotkania wigilijne, noworoczne lub związane z ważnymi rocznicami. Klub Sobieski opiekuje się nadal miejscami związanymi z polską historią. W Karyntii znajduje się np. grób polskiego króla Bolesława II Śmiałego.
Co sprowadziło polskiego króla do Karyntii?
W 1079 roku, gdy Bolesław II pod zarzutem zdrady skazał biskupa krakowskiego Stanisława na obcięcie członków, podniósł się bunt i król musiał uciekać z kraju. Znalazł schronienie na Węgrzech i od tego momentu jego losy owiane są tajemnicą. Prawdopodobnie wiedziony wyrzutami sumienia odbył pielgrzymkę do papieża Grzegorza VII. Prosząc o przebaczenie dostał absolutorium, a jako pokutę nakaz milczenia do końca życia. W drodze powrotnej zapukał do bram klasztoru benedyktynów w Ossiach i został przyjęty. Tam przebywał kilka lat, wykonując najcięższe prace, zachorował i na łożu śmierci wezwał opata klasztoru. Podobno wyznał mu, kim jest, i pokazał pierścień królewski. Tak brzmi legenda. Ile w tym prawdy, nie wiemy i nie dowiemy się. Podczas najazdu tureckiego dobra kościelne wraz z kronikami były przewożone łodzią na drugą stronę jeziora Ossiacher See do miejscowości Bodensdorf. W czasie burzy łódź zatonęła, informacje zapisane w archiwalnych księgach przepadły. Kroniki klasztorne zaczęto ponownie pisać w XVI w.
Mimo wykopalisk nie znaleziono jednoznacznego potwierdzenia pochówku króla w Ossiach. W każdym razie w szkolnych podręcznikach historii Austrii dość dużo miejsca poświęcono Bolesławowi II, w odróżnieniu od podręczników polskich.
A jak Pan natrafił na ten grób?
– Zwiedzając Karyntię przypadkowo trafiłem do Ossiach. Interesowała mnie zawsze architektura kościołów i gdy zobaczyłem kościół położony nad jeziorem, obszedłem go dookoła. Na przykościelnym cmentarzu zobaczyłem grób, który zwrócił moją uwagę. Mimo że był zaniedbany, swym wyglądem wyróżniał się od pozostałych, a łaciński na nim napis zaczynał się od słów: Rex Boleslaus Poloniae. Fakt, że król Polski jest pochowany w Austrii, wstrząsnął mną, wcześniej nic o tym nie wiedziałem. Dziś rozumiem, że zabójca biskupa nie mógł być popularny w dawnej Polsce. Z kolei w czasach komunizmu król, który prowadził zwycięską wojnę z Rusią Kijowską, też nie mógł cieszyć się uznaniem.
Początki mojego pobytu w Austrii nie były łatwe i trochę zapomniałem o tej historii. Po kilkunastu latach od mojego pierwszego spotkania z Bolesławem Śmiałym, w latach 90. przyjechali z Polski znajomi i jako ciekawostkę chciałem im pokazać grób króla. Zobaczyłem, że niszczeje, właściwie rozsypywało się wszystko. Rozmawiałem z proboszczem parafii, który stwierdził, że nie ma środków na renowację i niewykluczone, że ten grób zostanie zlikwidowany! Kościół austriacki nie był zainteresowany, władze austriackie też nie, bo to nie jest austriacki król.
To mnie zmotywowało do założenia Komitetu Pielęgnacji Grobu Bolesława II. Zespół działający w ramach komitetu miał większe szanse, niż ja jako osoba prywatna. Początkowo nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Na początku lat 90. przyjechała do nas delegacja z Polski, która opracowała plany nie tylko renowacji, ale i wielu upiększeń. Chcieli z tego zrobić imponujący grób, z kolumnadami, rzeźbami, napisami. Projekt został odrzucony przez austriacki urząd ochrony zabytków, z uzasadnieniem, że należy zachować oryginalny wygląd. Na opracowanie tego planu wydano prawdopodobnie duże pieniądze i na tym się skończyło. Zaproponowałem inny projekt, który nie powodowałby żadnych zmian, poza podniesieniem o jeden metr zadaszenia, aby fresk na grobie był bardziej odsłonięty i widoczny. Walka o ten jeden metr trwała rok. Mimo że zaproponowałem prawdziwych fachowców z Polski, którzy zrobiliby taniej i lepiej, grób odnowili Austriacy i po kilku latach fresk wymagał ponownej renowacji.
Obecny wygląd grobu pochodzi z XVI wieku. Pierwotnie mogiła króla znajdowała się wewnątrz kościoła. Do dziś zachowała się nisza z napisem, że tam był pochowany. Z czasem przeniesiony został na zewnątrz. U góry, na wewnętrznych ścianach kościoła, znajdują się freski przedstawiające drogę życiową Bolesława.
Grób króla w Ossiach nie jest jedynym miejscem w Karyntii związanym z Polską. Istnieją tu polskie miejsca pamięci z okresu II wojny światowej.
– Miejsc pamięci Polaków, więźniów podobozów systemu Mauthausen-Gusen, jest w Karyntii wiele. Jedno z nich znajduje się w Loiblpass, przy przejściu granicznym między Austrią i Słowenią. Dziś jest tam tablica z nazwiskami Polaków, którzy zostali zamordowani przy budowie tunelu drogowego przez przełęcz górską w Alpach. Wyczerpanych, niezdolnych do pracy więźniów zastrzykami z benzyną uśmiercał obozowy lekarz SS Sigbert Ramsauer. Ten urodzony w Klagenfurcie lekarz przeprowadzał na więźniach także eksperymenty pseudomedyczne.
Po wyzwoleniu obozu w maju 1945 r. próbował uciec, ale został schwytany. Co ciekawe, w polskiej Wikipedii widnieje o nim jedynie krótka informacja, kończąca się zdaniem, że za zbrodnie wojenne został przez aliantów skazany na dożywotnie pozbawienie wolności. Ktoś pomyślałby, że rzeczywiście dostał dożywocie. W rzeczywistości było inaczej. W Wikipedii niemieckiej znajduje się pełniejsza informacja, niewprowadzająca w błąd. Zgodnie z prawdą napisano, że skazano go w 1947 roku na dożywocie, ale już w 1954 roku z powodów zdrowotnych został ułaskawiony i zwolniony z więzienia. A więc już po 7 latach! Po zwolnieniu od razu został zatrudniony jako lekarz w szpitalu w Klagenfurcie, prowadził też swój prywatny gabinet. Udzielił nawet wywiadu do telewizji, gdzie na pytanie, czy nienawidził więźniów, odpowiedział, że nie miał powodu do nienawiści, tylko postrzegał ich jako ludzi niższego gatunku. Po wojnie ten zbrodniarz zrobił w klagenfurckim szpitalu dużą karierę, objął nawet stanowisko lekarza głównego. Można powiedzieć, że klimat naturalny w Karyntii jest wspaniały, ale ten polityczny całkiem odmienny. Karyntia do dzisiaj pozostaje krajem austriackim o najbardziej skrajnych tendencjach.
Za działalność na rzecz Polaków w Austrii otrzymał Pan w 2013 roku Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Czym jest dla Pana to odznaczenie?
– Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi jest niewątpliwie wyrazem uznania władz polskich za działalność na obczyźnie i promowanie Polski. Odebrałem ten order, mając świadomość, że jest to uhonorowanie nie tylko mnie, ale także kilku osób, które zasłużyły się w działalności polonijnej, w szczególności w dziele renowacji grobu Bolesława II. Uroczystość wręczenia odbyła się w Sali Lustrzanej Landesregierung w Klagenfurcie. Obecny był premier rządu krajowego Karyntii Peter Kaiser, odznaczenie wręczył mi ówczesny ambasador RP w Austrii Artur Lorkowski. Było wielu rodaków. Cóż mogę powiedzieć? Jedni się cieszą, drudzy zazdroszczą. Tak jest, i prawdopodobnie tak będzie.
Z perspektywy pół wieku życia na emigracji, jakiej rady Pan udzieliłby tym Polakom, którzy rozważają wyjazd z kraju?
– Ojczyznę ma się jedną, zostawia się kraj, który jest najważniejszy, i to obciążenie pozostaje na całe życie. Opuszczenie kraju można nazwać skokiem do wody, i to bardzo zimnej.
O powrocie do Polski myślę od pierwszego dnia pobytu aż do dzisiaj. Paradoksem jest z kolei to, że będąc w Polsce, chcę wrócić do Austrii. W Polsce dominuje kapitalizm, a dawne przyjaźnie i spotkania, z których moja ojczyzna słynęła, już nie istnieją, bo każdy żyje dla siebie. Zauważyłem to wielokrotnie. Może dlatego, że we wspomnieniach mam dawną Polskę, dostrzegam to na zasadzie kontrastu.
Czy żałuję decyzji o pozostaniu w Austrii? Jestem fatalistą – stało się to, co widocznie stać się musiało. Rozdrapywanie ran i myślenie co by było gdyby są bez sensu. To, co się dokonało, jest stanem faktycznym i z tym trzeba żyć.

Rozmawiał Sławomir Iwanowski, Polonika nr 289, marzec/kwiecień 2022

Top
Na podstawie przepisów art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. informujemy, iż Österreichisch-Polnischer Verein für Kulturfreunde „Galizien“, jest administratorem danych osobowych, które przetwarza na zasadach określonych w polityce prywatności. Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług na zasadach określonych w tej polityce. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie w można określić w ustawieniach przeglądarki internetowej z której Pan/Pani korzysta lub konfiguracji usług internetowej. More details…