Najlepsza matka na świecie

Bycie matką to ciężka praca i odpowiedzialność, fot.© Svetlana Fedoseeva
O macierzyństwie i wychowywaniu dzieci napisano setki tysięcy książek i poradników. Osoby oczekujące dziecka są otoczone nie tylko literaturą fachową, ale i całymi tabunami babć, cioć z Polski, znajomych, sąsiadów, którzy powiedzą im, jaką maleństwu podać zupkę, kiedy kąpać i czy pozwolić oglądać bajki.

Młodzi rodzice mogą więc czerpać garściami ze skarbnicy wiedzy naukowej i doświadczenia wszystkich innych rodziców. Tylko czy chcą? Zapytałam o to mamy mieszkające w Wiedniu.

 W otoczeniu młodej matki jak grzyby po deszczu pojawiają się osoby wiedzące lepiej, znające się bardziej i wytykające każde, nawet najdrobniejsze potknięcie. A wszystko to, oczywiście, z czystej życzliwości! A tymczasem chciałoby się powiedzieć: matka to też człowiek! Ma prawo być kim chce i wychowywać dzieci tak, jak sama uważa za stosowne. Może zamiast dobrej rady lepiej zaproponować jej opiekę nad maluchem i dać jej szansę na oderwanie się od pieluch i pójście do fryzjera?

O tym nie było mowy w żadnej książce...
Joanna urodziła swojego synka, mając 31 lat. Najpierw studiowała, potem pracowała, a gdy dzwony zaczęły bić, z naukową precyzją zabrała się za czytanie poradników. Teraz, gdy jej dziecko ma dwa lata, Joanna mówi: – Wydawało mi się, że przeczytałam już wszystko, co się dało na temat bycia w ciąży, rodzenia, połogu, wychowywania itp. Prawda okazała się banalna, te książki dały mi poczucie bezpieczeństwa, że coś tam wiem, a w praktyce nie przydały mi się do niczego. Gdy mały płakał, to musiałam sama w rozpaczy stwierdzić, że nie wiem, o co chodzi mojemu dziecku, nie umiem się z nim komunikować, nie znam jego mimiki i nie wiem, czy go coś boli. Książki zapewniały mnie, że jak spojrzę w oczy mojego synka, to zwariuję ze szczęścia, a ja myślałam, że zwariuję z rozpaczy, bo nie wiedziałam, co mu jest, czego chce i co mam mu dać, żeby przestał płakać. W żadnej książce nie czytałam o tym, że przez pierwsze poł roku nie będę miała czasu na prysznic, a siusiu będę robić przy otwartych drzwiach prawie w locie. Tyle było wokół mnie życzliwych matek, które radziły, co i jak mam robić, ale nikt mi nie powiedział, że ja będę padać na twarz, a inni będą się dziwić mojemu zmęczeniu i mówić: no przecież ty jesteś „tylko" w domu z dzieckiem.
Magda, obecnie trzydziestopięcioletnia mama dwójki dzieci, sześć miesięcy temu po raz kolejny została matką. O czytaniu poradników mówi: – Książki czytałam tylko przed pierwszą ciążą, teraz po pierwsze nie mam na nie czasu, a po drugie uważam, że praktyka to zupełnie inna bajka. Prawda jest taka, że teoria mało daje. Staram się w życiu drążyć dokładnie każdy temat. Z posiadaniem dziecka było podobnie. Niby wszystko wiedziałam, ale jak już zaszłam w ciążę, to się zaczęło: dodatkowe kilogramy, wstręt do rzeczy wcześniej lubianych, no i ta cholerna zgaga! Mój ginekolog w ogóle ze mną nie rozmawiał. Mówił tylko, że jest OK! Taki miał styl. Było ciężko, bo na koniec ciąży rozeszła mi się miednica, a to jest cholerny ból! Przy porodzie sądziłam, że teraz to mam już z górki, ale było wręcz przeciwnie. Poród syna był koszmarem. Iwona dodaje: – Nawet jeżeli inne kobiety opowiadają, że rodzenie jest czymś metafizycznym i cudownym, to niestety tak nie jest. Efekt jest cudowny, bo na świecie pojawia się nasze dziecko, ale niech mi tu proszę nikt nie opowiada, że poród jest piękny! Piękny to może być zachód słońca, ale poród to trauma. Książki nie przygotowały mnie na to, co przeżyłam w czasie porodu, szkoła rodzenia nie przydała mi się do niczego, rady koleżanek okazały się banalne.
O porodzie nie wolno mówić źle, owszem, bolało, ale pssst! Ani słowa więcej! Kobiecie nie wypada narzekać na ból i traumę, bo przecież przeżyła „cud narodzin" i powinna być wdzięczna za możliwość odczuwania tego cudu. Poza tym zewsząd słychać, że wszystkie niewiasty i samice przeżywają to samo od tysięcy lat i jakoś żyją i dają radę, więc proszę się nad sobą nie rozczulać. Dzięki takim opiniom kobietom często wstyd się przyznać, że – jak mówi Iwona: – Sorry, ale to była najgorsza rzecz w moim życiu. Uwielbiam moją córkę ponad wszystko, ale po urodzeniu jej postanowiłam nie mieć więcej dzieci. Chyba że załatwię wcześniej z lekarzem cesarkę. W życiu nie przyznałabym się do tego głośno, bo inne matki bohaterki by mnie rozszarpały. Urodzić w bólu to jakby dostać aureolę nad głową, stać się jakąś lepszą. Jakby to były zawody albo olimpiada.
Dorota, która rodziła przez cesarskie cięcie, przyznaje, że czuła się przez to gorsza.
– Bardzo chciałam rodzić naturalnie i tak bardzo wierzyłam w to, że będzie wszystko tak jak powinno, nic nie działo się wcześniej, co mogłoby sprawić, że pomyślę o cesarce. No cóż, stało się inaczej, po 12 godzinach porodu naturalnego nie było postępu porodu, więc lekarz zdecydował się na cesarkę...to był dla mnie szok! Wszystko skończyło się pomyślnie dla nas, mój synek urodził się zdrowy i silny, natomiast ja jakoś nie potrafiłam się pogodzić z cesarką, czułam, jakbym nie podołała zadaniu, jakie było przede mną, w mojej głowie cały czas powracała myśl, że mi się nie udało, że chciałam tak dzielnie dać radę, a tu nic z tego... To poczucie przegranej stopniowo przechodziło, ale nadal są momenty, kiedy czuję się jakoś tak niewystarczająco dobra.

Dziecko scala związek?
Nie tylko poród czy karmienie piersią należą do pewnych tematów tabu, niby każdy wie, o co chodzi, ale mało kto, ze strachu przed krytyką innych, chce się przyznać, jak było naprawdę. Podobnie jest z rolą mężczyzny oraz z tym, jak dziecko wpływa na związek rodziców.
Ola mówi: – W podręcznikach nie pisali też zbyt wiele o tym, że facet nie staje się z dnia na dzień oddanym, zdolnym do poświęceń ojcem. Ten proces przebiega wolno, stopniowo, no i wymaga od matki niesamowitych pokładów cierpliwości i tyleż samo gotowości do poświęcania się za dwoje. Mam tu na myśli nocne stawanie na baczność, kiedy dziecko się budzi i płacze, nocne karmienie, przewijanie, weekendowe wyjścia itp. Trochę czasu upłynęło, zanim mój mąż „zaskoczył", że nowa sytuacja wymaga od niego zmiany nawyków. Powoli wyrósł z różnych postaw, ale zanim to się stało, mocno się konfrontowaliśmy na tym polu. W poradnikach na ten temat jest zazwyczaj sielankowo.
Iwona przyznaje: – Nigdy, przez sześć lat małżeństwa, nie kłóciłam się z mężem tyle, ile przez pierwsze trzy miesiące po urodzeniu córki! Byłam w szoku, że jedyna forma rozmowy z moim partnerem to było wydzieranie się na siebie i pretensje, kto zrobił przy dziecku więcej i komu należy się godzina snu lub odpoczynku. Ja w nocy wstawałam do dziecka, żeby mąż wyspał się do pracy, w dzień byłam cały dzień z kwilącym, marudzącym bobasem, kupami, karmieniem, kolkami, całym domem na głowie i kiedy mąż wracał, chciałam, żeby on też zajął się chwilę swoją córka, żebym mogła chwilę odpocząć. On wracał zmęczony z pracy i też chciał odpocząć, a nie zajmować się dzieckiem. Pierwsze pół roku to była ciągła walka – kto więcej zrobił, ma więcej prawa do odpoczynku. O seksie nie było mowy, po pierwsze ze zmęczenia, a po drugie z tej całej złości na siebie, chyba oboje nie mieliśmy na to ochoty.
Z kolei Dorota przypomina sobie: – Teraz już jest troszkę spokojniej, ale na początku było bardzo ciężko. Wszyscy mówią, że dziecko to najpiękniejsze, co się może pojawić w związku, ale to chyba nie od razu tak działa. Nie mieliśmy czasu dla siebie, wszystko kręciło się wokół syna, a ja i mąż nie byliśmy do tego przyzwyczajeni, nie było ochoty i czasu na intymność, na zbliżenia, czułam, że mój mąż ma żal do mnie o to. Nic nie mówił, ale takie rzeczy się po prostu czuje. Jeszcze do tego starszy syn, który też miał i ma swoje potrzeby – to wszystko bardzo mnie przytłaczało. Bałam się, że umknie mi coś ważnego i że kogoś zaniedbam. To było chyba najtrudniejsze i bardzo dużo mnie kosztowało. Z całych sił, a nie ma ich na początku zbyt wiele, walczyłam, żeby było dobrze, żeby „zadowolić" każdego z nich z osobna i na swój sposób.

Presja
Dorota przy drugim dziecku zaczęła robić sobie wyrzuty, że wcześniej nie była taka jak być powinna: „Jestem mamą od 13 lat, a teraz zostałam nią drugi raz po ogromnej przerwie. Byłam przygotowana na noce, brak snu i odpoczynku, na karmienie i to wszystko, co się z tym wiąże. Powiem szczerze, że zadziałał u mnie taki mechanizm, o którym też słyszałam od innych kobiet, a mianowicie – gdy rodził się pierwszy syn, byłam bardzo młoda, miałam 19 lat, dlatego moje podejście do niego nie zawsze było takie, o jakim bym marzyła. Były studia, egzaminy, chęć imprezowania, wychodzenia ze znajomymi. Czuję, że nie skupiłam się wtedy dość mocno na dziecku. Teraz, gdy dojrzałam, przyszedł czas na dojrzalsze też macierzyństwo. Opiekując się drugim synem, rekompensowałam sobie to, czego lata temu nie udało mi się (w moim mniemaniu) dać pierwszemu. Teraz oddałam się macierzyństwu całkowicie! Przez 6 miesięcy ani razu nikt inny go nawet nie nakarmił, cały czas byłam na jego zawołanie, chciałam sprostać..., więc nie straszne mi były nieprzespane noce i inne tego typu historie. Wręcz popadłam w taką paranoję, że wydawało mi się, że to bardzo niedobrze, gdy będzie z nim ktoś inny, będzie to znaczyło, że jestem złą mamą." Magda podobnie wspomina różnice pomiędzy odczuwaniem macierzyństwa przy pierwszym i przy drugim dziecku: „Przy pierwszym dziecku było o wiele ciężej, ciągłe zmęczenie, choroby itp. powodowały, że nie potrafiłam się aż tak cieszyć z bycia mamą, jakbym tego chciała. Wszyscy mówią, że konieczna jest, szczególnie na emigracji, pomoc babć. Raz z wizytą była więc moja mama, a raz teściowa i pomagały mi. Ale dopiero gdy zostałam pierwszy raz sama, to było cudownie! Robiłam wszystko tak, jak podpowiadały mi serce i rozum. Babcie są super, ale na chwilę. No i te nasze polskie stereotypy: załóż cieplejszą czapeczkę, nie kąp dziecka, gdy ma temperaturę, nie wychodź z domu przez 2 tygodnie po porodzie.... A ja chciałam wychowywać dzieci w zgodzie ze sobą. Spacer zaliczyłam tego dnia, kiedy wyszłam ze szpitala i syn miał się świetnie, choć miał 4 dni i był mroźny styczeń. Teraz z córką mam więcej luzu. Wiele spraw robię „z automatu", mając doświadczenia po starszym dziecku. To pomaga i pozwala mi się bardziej cieszyć macierzyństwem."
Żeby jednak cieszyć się w pełni rolą matki, trzeba uzbroić się w cierpliwość i umieć odciąć się od innych kobiet, które próbują na siłę udowodnić, że to ich metody wychowawcze są lepsze, zdrowsze, doskonalsze.

Konkurencja
Głośne mówienie o zdrowym egoizmie oraz potrzebach niezwiązanych z rolą matki są uważane za nietakt i coś absolutnie nie do przyjęcia. Matki same w swoim gronie często próbują wytykać sobie domniemane niedoskonałości, czasem wręcz krytykować się nawzajem. No właśnie, czy konkurencja między matkami istnieje, czy jest to tylko mit?
Iwona mówi tak: „Oczywiście, że jest pewna konkurencja, która polega na krytykowaniu innych, ale takim „nie wprost". Dlatego też w życiu nie przyznałabym się przed moimi koleżankami, matkami, że robię zupę z torebki. Mąż lubi, dzieci lubią, ja pracuję zawodowo i nie mam czasu na babranie się w kuchni z przecieraniem warzywek. Nie opowiadam o tym, bo wiem, że spotkałby mnie „lincz", i to nie dlatego, że zupa z proszku jest mniej zdrowa. Krytykowana byłaby bezpośrednio moja osoba, że jestem leniwą matką i żoną, karierowiczką, bo chodzę do pracy zamiast marchew strugać. Podobnie jest z bajkami, mam takie koleżanki, które twierdzą, że z dzieckiem trzeba kreatywnie spędzać czas, dać mu zadania na rozwój intelektu, nie pozwalać na telewizję, bo ona ogłupia. A ja robię tak – czasem gdy mi mały wyje o piątej rano, a ja mam jeszcze godzinę snu przed wstaniem i pójściem do pracy, to włączam bajki w TV, wkładam korki do uszu i staram się choć na sekundę jeszcze zasnąć. Gdy wracam z pracy i mam przed sobą jakieś prace domowe typu prasowanie, to też mu włączam bajki. Mam co prawda wyrzuty sumienia, ale za to chwilę na inne obowiązki. Raz przyznałam się przed innymi matkami, że córkę kąpię czasem o 19, czasem o 21, bo to w sumie obojętne, i wszystkie na mnie skoczyły, że tak nie wolno, musi być regularność czynności! Prawdę mówiąc, mam to w nosie i nie dam się zwariować."
Ola też stara się żyć według swoich zasad, a nie tego, czego oczekują od niej inni. „Co do presji bycia „dobrą matką", to ja mam w naturze bunt i wiele razy nawet dla czystej satysfakcji z wbijania kija w mrowisko i robienia na przekór, konfrontowałam się z mainstreamowymi orędowniczkami jedynie słusznych metod wychowawczych czy pielęgnacyjnych. Owszem, taka presja istnieje i stanowi źródło niepotrzebnego stresu dla i tak zestresowanych mam. Ale ja w tym raczej nie biorę udziału. Wolę robić po swojemu i na przekór."
Magda mówi podobnie: „Współzawodnictwo między matkami na pewno istnieje, choć często nie okazujemy tego tak bezpośrednio. Kiedyś miałam taką sytuację, że kontakt z dość fajną koleżanką zerwał się po naszej debacie na Skypie na temat jedzenia: co jest lepsze – słoiczek czy jedzenie przygotowane w domu. Koleżanka próbowała mi udowodnić na siłę, że domowe jedzenie jest tym „jedynym". A mój synek dostawał słoiki i prawie tylko słoiki. Raz gdy zrobiłam mu „pyszne domowe danko", to mnie opluł tym, co mu przygotowałam i odbiłam z tematu. Zresztą z synkiem tak czasem padałam na twarz, że nie miałam nawet siły podejść do garów, żeby coś ugotować. Często sama jadłam taki słoik i szłam spać, spać, spać. Czasem dziecku wystarczy parówka i też jest git! Poza tym widzę duże różnice w wychowywaniu dzieci przez matki Polki, które są jak jakieś kwoki! A matka to przecież też człowiek, ma prawo do zdrowego egoizmu i chwili odpoczynku. A propos TV, to mój syn wstawał długi czas o 5-6 rano. Byłam tak wywalona, że poranna bajka to było jedyne, co potrafiłam zrobić. Inaczej nie mogłabym funkcjonować. Pewna rutyna również jest czasem zachwiana. Jeśli źle się czuję, to nie widzę sensu, aby robić wszystko perfekcyjnie, nie muszę czegoś komuś udowadniać. Kładę czasem dzieci bez kąpieli, bym tylko mogła sama wsunąć się szybko pod kołdrę. Myślę, że ludzie tak w ogóle często wstydzą się być takimi zdrowymi egoistami, bo co powiedzą o tym inni? I nie dotyczy to tylko bycia matką, ale tak w ogóle człowiekiem."

Prawdziwa miłość
Macierzyństwo to nie tylko kłopoty, nieprzespane noce, brak czasu dla siebie i frustracje. Bycie rodzicem jest czymś wyjątkowym, niemal cudem. To może poświadczyć każda matka i każdy ojciec. Wychowywanie małego człowieka w efekcie końcowym więcej daje niż odbiera. Magda podsumowuje: „Macierzyństwo dla mnie jest wielkim wyzwaniem i należy na pewno do jednej z kilku rzeczy, które mi się naprawdę w życiu udały. Wielką satysfakcję daje mi opieka, przekazywanie wiedzy i obserwowanie, jak moje pociechy rozwijają się i rosną. Czasem, kiedy dopadają mnie tzw. „uroki życia codziennego", zmęczenie, frustracja, bezsilność, podnoszę się, wiedząc, że mam dla kogo żyć i z tego czerpię siłę. Daję i dostaję w zamian piękną, prawdziwą miłość, głęboko bijącą z oczu moich dzieci. A wieczorami, kiedy mówię do synka: Dobranoc..., kocham cię, ty mój łobuzie, słyszę zaspane: Ja ciebie też, mamo."
Ten artykuł nie powstał po to, by kogoś zniechęcić do bycia rodzicem, nie chodziło też o to, żeby matki mogły ponarzekać do woli i wylać swoje gorzkie żale. Nie chodzi o to, by im współczuć i powtarzać „oj, jakaś ty biedna, tak się poświęcasz!". Chodzi tylko o to, żeby przypomnieć, że bycie matką to ciężka praca i odpowiedzialność i żadna tam bułka z masłem. Jak mówi Ola: – Dzięki dzieciakom jestem makabrycznie zmęczona, często wkurzona, czasem popłakana – różnie, ze śmiechu, ale też na smutno, ale przede wszystkim mam poczucie, że jestem komuś potrzebna jak tlen, i to bezwarunkowo. I najbardziej na świecie po ciężkim dniu lubię zasnąć na kilka minut przytulona do mojego dziecka.

 

Magdalena Marszałkowska, Polonika nr 219, kwiecień 2013

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…