NATCAR
BETA CAR

Mój Sierpień 1980, czyli powrót taty

wspomina Ambasador RP w Wiedniu Jolanta Róża Kozłowska

 Lato 1980 roku zastało mnie w moim rodzinnym domu w Popowicach, małej wiosce położonej między Lublinem a Krakowem, vis-à-vis Zawichostu nad Wisłą. Czas był gorący, niespokojny, co raz to wybuchały strajki, nazywane w peerelowskiej prasie „nieuzasadnionymi przerwami w pracy”.

21 postulatów
Jedynym źródłem informacji na ten temat było praktycznie Radio Wolna Europa, i to stamtąd dowiedziałam się, że w połowie sierpnia stanęła Stocznia. Kilka dni później RWE podała 21 postulatów, których realizacji domagali się stoczniowcy. Czwarty punkt mnie zelektryzował, zawierał bowiem żądanie przywrócenia studentów wydalonych z uczelni za przekonania: stoczniowcy walczyli więc o prawa takich jak ja! W 1978 roku zostałam bowiem relegowana z uczelni z zakazem podjęcia studiów na terenie PRL.
Mało tego, w tym samym punkcie postulatów strajkowych domagano się również zwolnienia wszystkich więźniów politycznych... i tu wymieniono trzy nazwiska, w tym mojego ojca, Jana Kozłowskiego! Tata siedział w tym czasie od blisko roku jako więzień polityczny z trzyletnim wyrokiem, po sfingowanym procesie za rzekome pobicie sąsiada, współpracownika SB, który donosił na naszą rodzinę. Wysłuchawszy tych wieści radiowych postanowiłam pojechać z podziękowaniami do Gdańska. Przepełniało mnie poczucie wdzięczności. Mama próbowała mnie odwieść od tego planu, ale bezskutecznie. Ustąpiła, gdy zaproponowałam, że wezmę ze sobą moją młodszą siostrę Krysię. Uspokajałam mamę, że przecież mnie nie zaaresztują, skoro mam pod opieką 14-letnią dziewczynkę. I tak 21 sierpnia pojechałyśmy z Krysią najpierw autobusem do Lublina, a potem nocnym pociągiem do Gdańska.

Pod bramą Stoczni
Nie miałam pojęcia, gdzie się znajduje Stocznia. W dodatku z powodu strajku nie funkcjonowała komunikacja miejska. Przypominam sobie, że na ulicach widziałam tylko wozy milicyjne. Szybko zorientowałam się, że większość ludzi zmierza w jednym kierunku, i postanowiłam iść za nimi. Rzeczywiście wkrótce znalazłyśmy się z Krysią pod bramą Stoczni. Przed potężną żelazną bramą kłębił się tłum. W naczelnym miejscu, na bramie, umieszczono portret Jana Pawła II. Ponad bramą wysoko znajdowały się dwie tablice, na której stolarskim ołówkiem wypisano wszystkie 21 postulatów, gdzie w punkcie 4. widniało nazwisko mojego ojca! Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło. Między metalowe pręty bramy ludzie, którzy tu przychodzili, zatykali bukiety kwiatów. Ja też miałam kwiaty, bo zaraz na dworcu kupiłam czerwone róże, które zamierzałam wręczyć członkom Komitetu Strajkowego z wdzięczności, że upomniano się o mojego uwięzionego tatę. Ale jak zobaczyłam tę ukwieconą bramę, niewiele myśląc zatknęłam róże zaraz pod portretem Ojca Świętego.

Miał być jeden dzień
Przedostałyśmy się więc z Krysią pod samą bramę i wtedy wypatrzyłam portiernię. Przedstawiłam się, powiedziałam, że jesteśmy córkami Jana Kozłowskiego, którego nazwisko widnieje na tablicy z postulatami, i że przyjechałyśmy tu, aby osobiście za to podziękować. Wkrótce po telefonie strażnika zjawił się młody chłopak z przepustką dla nas. Był to Marek Krówka, członek Komitetu Strajkowego. Zaprowadził nas do budynku na terenie Stoczni, w którym toczyły się obrady. Tam po raz pierwszy spotkałam ludzi, którzy później stali się słynni w Polsce i poza jej granicami: Annę Walentynowicz, Lecha Wałęsę, Andrzeja Gwiazdę i jego żonę Joannę, Lecha Bądkowskiego, Andrzeja Kołodzieja i Bogdana Borusewicza.
Dość szybko okazało się, jak byłam naiwna, planując mój pobyt w Gdańsku na jeden dzień. Komitet Strajkowy chciał, żebym spisała moje zeznania. Nie w sprawie ojca, bo tu wszystko już mieli. Chciano zarejestrować też doświadczenia studentki, która z przyczyn politycznych została relegowana z uczelni. Szczerze mówiąc cieszyłam się, że zostaję.

W szczególnym miejscu
Przepełniała mnie ciekawość, co się wydarzy. Byłam w pełni świadoma tego, że znajduję się w szczególnym miejscu i uczestniczę w historycznym momencie. Dla mnie i mojej siostry znaleziono nocleg w biurze straży przemysłowej... na stołach, bo tam tylko były wolne miejsca. Dostałyśmy dwa koce, żebyśmy miały trochę miękko. Nie było zbyt komfortowo, ale nie odczuwałam tego. Ponieważ przyjechałyśmy na jeden dzień, obie z Krysią nie miałyśmy ubrań na zmianę. Tak więc codziennie wieczorem prałam nam nasze przepocone sukienki: pamiętam, że moja była wiśniowego koloru. Moja siostra była najmłodszą uczestniczką strajku, poza tym w ogóle nie było dzieci.
Moją sprawą zajął się Lech Bądkowski, który przyjął te zeznania spisane w Stoczni o okolicznościach relegowania mnie i mojego starszego brata ze studiów. Oprócz niego poznałam też działaczy Ruchu Młodej Polski, m.in. Macieja Grzywaczewskiego i Arama Rybickiego – to oni byli wykonawcami tych wielkich, ręcznie pisanych tablic z postulatami. Maciek, który zresztą ożenił się z siostrą Arama, jest dziś producentem filmowym. Aram nie żyje, zginął w katastrofie pod Smoleńskiem, 10 kwietnia 2010 roku. Maciek, Aram i jego brat Mirek byli działaczami Ruchu Młodej Polski, do którego ja ideowo chciałam należeć, ale nie dotarłam wcześniej na ukonstytuowanie tej organizacji. Tym bardziej ucieszyłam się, że ich poznałam osobiście.

Kolejne dni
Tego samego dnia przyjechała po raz pierwszy komisja rządowa z Warszawy z Mieczysławem Jagielskim na czele. Komisja obradowała w tzw. małej sali, w której miałam szczęście przebywać kilkakrotnie w ciągu kolejnych dni jako naoczny świadek toczących się negocjacji. W całej Stoczni umieszczone były głośniki radiostacji przemysłowej, aby wszyscy strajkujący, kilka tysięcy osób, mogli słyszeć, co się dzieje. To nadzwyczajne: wszystko odbywało się jawnie! To nie była tajna narada. Wszyscy mogli słuchać, o czym mówi Komitet Strajkowy. Poza robotnikami byli też znani intelektualiści. Pamiętam, że przywitałam się z przybyłym właśnie Tadeuszem Mazowieckim, prof. Geremkiem i piękną, niezwykle elegancką Jadwigą Staniszkis. W roli ekspertów przyjechało wiele znanych osób, co było wtedy bardzo ważne. Na czele strajku stali głównie robotnicy, ale oni potrzebowali wsparcia, żeby nie dać się wyrolować przez stronę reżymową.
To był pierwszy strajk, który połączył wszystkie grupy społeczne. Miał najpierw na celu spełnienie postulatów Stoczni, ale te połączone siły zdecydowały o tym, by te postulaty dotyczyły całego kraju. Negocjowano punkt po punkcie, dosłownie każde słowo. Komisja rządowa się broniła i próbowała odrzucać wnioski. Dlatego w tych negocjacjach ważne stały się konkretne przypadki szykan ze strony państwa, takie jak mój. Te przykłady były odczytywane na głos i rozpowszechniane na terenie całej Stoczni. Słuchali tego strajkujący, ale też przedstawiciele mediów z całego świata, głównie z Zachodu.

Niezwykła atmosfera
Na terenie Stoczni panowała niezwykła atmosfera, wszyscy sobie pomagali, wszyscy byli uczynni i mili. Pamiętam też, że było dużo jedzenia. Do dziś mam przed oczami wielki stół, po prawej stronie, jak się wchodziło do dużej sali, który dosłownie uginał się od produktów. Przebywało tam stale kilkaset osób, ale ten stół cały czas przypominał ten z bajki „stoliczku, nakryj się”. Codziennie leżały świeże wędliny, krojone suto jak na weselu, i chleb w półmiskach. Zdarzały się też produkty, których na co dzień wtedy nie widziałam, na przykład prawdziwa kawa ziarnista, dobra herbata...
Wszystko świetnie funkcjonowało, nigdy niczego nie brakowało. Panie, prawdopodobnie na co dzień urzędniczki z administracji Stoczni, panowały nad organizacją. Rolnicy z całej Polski, nie tylko z Pomorza, przyjeżdżali z produktami żywnościowymi, chcieli w ten sposób pomóc, ale też wyrazić swoją wdzięczność. Także rodziny strajkujących przychodziły pod bramę i podawały jedzenie. Nikt nie kontrolował, wszyscy sobie ufali, że nikt nie przerzuci na przykład granatów czy jakichś środków niedozwolonych. Ten świat na zewnątrz był niezwykle solidarny i bardzo dobrze zorganizowany.

Zobaczyć morze
W Stoczni nauczyłam się jeździć meleksem. Na przejażdżkę zabrał nas ślusarz Marek Krówka, ten, który pierwszego dnia wręczył nam przepustki. Byłam zdumiona, że Stocznia jest taka wielka, że ciągnie się kilometrami. Zgadałam się też ze studentem z Ruchu Młodej Polski, z Sopotu, miał na imię Krzysztof, na nazwisko chyba Frączak. Kiedy się dowiedziałam, że jedzie na parę godzin do domu, poprosiłam, żeby mnie zabrał ze sobą, bo chciałabym bardzo zobaczyć morze, po raz pierwszy w życiu. Udało się załatwić dla mnie przepustkę, żebym mogła wrócić z powrotem na strajk.
Pamiętam piękne, stylowe mieszkanie jego rodziców, pamiętam, że mogłam wreszcie po tygodniu wejść pod prysznic. Potem piłam prawdziwą kawę, którą mama Krzysztofa najpierw mełła w ręcznym młynku. Nie wiadomo kiedy zrobiło się ciemno, mimo to poszliśmy na molo. Niestety! Widziałam wodę, ale horyzontu już nie. Chciałam przynajmniej spróbować, czy rzeczywiście jest słona. Zeszłam na plażę, włożyłam rękę do wody i oblizałam palce...

Zostać do końca
Co znamienne, nie było agresji między stronami. Kiedy Jagielski przyjeżdżał, to tworzył się szpaler, ludzie tłoczyli się ciekawi, ale nie było gwizdów ani pomruków, nikt nie chciał go atakować, wszyscy w ciszy czekali na jego wejście. Jagielski codziennie przyjeżdżał i wyjeżdżał. Oni pewnie myśleli, że to zajmie dwa, góra trzy dni, a to trwało od 22 do 31 sierpnia. Ówczesny pierwszy sekretarz w Gdańsku, Fiszbach, pokazał się od dobrej strony: nie nasłał milicji, nie wypuścił czołgów, nie dopuścił do prowokacji. Zachował się przyzwoicie. Także Jagielski dbał o kulturalny język debaty. Do Wałęsy zwracał się „panie przewodniczący”, nie „towarzyszu” czy „obywatelu”, jak to to partyjni działacze mieli wówczas w zwyczaju.
Byłam w Stoczni do końca. Krysię udało mi się kilka dni wcześniej odesłać do domu w towarzystwie Janusza Rożka, przyjaciela ojca, działacza chłopskiego na Lubelszczyźnie, który przebywał w Stoczni na strajku, ale musiał wracać. Krysia szła 1 września do pierwszej klasy liceum, więc nie mogła zostać do końca. Myślałyśmy też o mamie, której przez cały ten czas nie mogłyśmy w żaden sposób powiadomić, co się z nami dzieje.

Nadzieja i euforia
Późnym popołudniem 31 sierpnia, kiedy porozumienie zostało podpisane tym wielkim długopisem, który ktoś podarował Wałęsie, siedziałam dosłownie zaraz z przodu, vis-à-vis mecenasa Władysława Siły-Nowickiego, obrońcy mojego ojca w jego procesie. Po tych dziewięciu dniach byłam za pan brat z wieloma, którzy siedzieli za tym stołem. Kiedy było wiadomo, że negocjacje są zakończone i dojdzie do uroczystego podpisania, zjechali się ludzie z całej Polski.
Pamiętam to wielkie napięcie. Nie wiedzieliśmy do końca, co będzie. Przyjadą? A może wywiną jakiś numer? Warto przypomnieć, że w tym czasie zmienił się Komitet Centralny PZPR. Nie było już Gierka ani Jaroszewicza. Nadziei i euforii do końca towarzyszyła nieufność. Nikt w nocy nie spał.

To była niedziela
Doczekaliśmy tego dnia! To była niedziela. Podczas polowej mszy, w której uczestniczyło kilka tysięcy osób, panował odświętny nastrój.
Pamiętam ten szmer, kiedy pokazała się peerelowska telewizja. Dotychczas ekipy nie wpuszczano na teren Stoczni, obawiano się manipulacji. Zrobił się wtedy niesamowity ścisk, Jagielski i jego ludzie szli w asyście straży robotniczej, złożonej z domorosłych „bodygardów”, czyli co roślejszych stoczniowców, którzy pilnowali, żeby delegacja bezpiecznie dotarła na miejsce obrad. Doszlifowywanie uzgodnień ostatecznych trwało do samego aktu podpisania. Były punkty sporne, na przykład zwolnienie więźniów politycznych i wszystkich czasowo aresztowanych opozycjonistów, członków KOR-u i ROPCiO. Sala obrad pękała w szwach. A na zewnątrz, po jednej i po drugiej stronie bramy, zgromadziły się tysiące stoczniowców i ludzi przybyłych z Wybrzeża.

Historyczny sukces
I nadszedł ten moment. Wałęsa ogłosił: mamy wreszcie Niezależne Samorządne Związki Zawodowe! To był historyczny sukces. A moim osobistym sukcesem był szansa wznowienia studiów i powrót ojca do domu. Wieczorem wszyscy się serdecznie ze sobą żegnali, potem ten tłum wylał się ze Stoczni i popłynął w kierunku dworca PKP. Pociąg nocny do Warszawy był pełny. Ale ludzie byli tak serdeczni i uprzejmi względem siebie, że dojechałam bez uszczerbku. Wiedziałam, że oczekują tam na mnie przyjaciele mojego ojca. Musiałam jeszcze spędzić dzień w Warszawie, by zdawać relację z tego, co przeżyłam przez ostatnie dni.

Powrót taty
W domu okazało się, że taty jeszcze nie ma. Byliśmy zaniepokojeni. Z więzienia w Łęczycy pod Bydgoszczą nie wypuszczono go od razu. Zresztą nie wiedzieliśmy, że po zwolnieniu najpierw chciał się zameldować w Warszawie, pożyczyć pieniądze na drogę, i że dopiero wtedy mógł pojechać do rodziny. Powiedział do taksówkarza: wyszedłem właśnie z więzienia, ale nie jestem kryminalistą, robotnicy się o mnie upomnieli... Taksówkarz na to: a jak się pan nazywa? – Jestem Jan Kozłowski. – Panie, to ja pana wiozę, gdzie pan chce!
Dotarli do Popowic koło północy. A my w domu, zobaczywszy zbliżający się blask samochodowych reflektorów, który ciął gęsty mrok, wiedzieliśmy już, że to powrót taty! Wdzięczność i radość tamtej chwili pozostały w mojej pamięci do dziś.

Spisała Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika nr 280, wrzesień/październik 2020

Top
Na podstawie przepisów art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. informujemy, iż Österreichisch-Polnischer Verein für Kulturfreunde „Galizien“, jest administratorem danych osobowych, które przetwarza na zasadach określonych w polityce prywatności. Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług na zasadach określonych w tej polityce. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie w można określić w ustawieniach przeglądarki internetowej z której Pan/Pani korzysta lub konfiguracji usług internetowej. More details…