Witajcie na Flohmarkcie!

fot. Olga Zgórniak
Co sobotę w samym centrum Wiednia na Naschmarktcie - najsłynniejszym wiedeńskim targu, odbywa się największy w stolicy Flohmarkt, czyli pchli targ. 

 

 

 

 

 

 

 Można na nim  kupić wszystko: przysłowiowe mydło i powidło. Buty po wujku, pozłacane sztućce, magnetowidy i obrazy Franciszka Józefa.


Sobota. Wczesny poranek. Pani Hannah powoli wyjmuje kolejne kryształy z kartonów, rozwija z gazet i ustawia w równym rzędzie na dopiero co skręconym stole. - Tutaj sprzedasz wszystko. Ja handluję zastawą i innymi drobiazgami, które mam po rodzinie. Zawsze to te kilka euro więcej do pensji, a jak trafią się rozrzutni turyści, to potrafią ci i pół stoiska wykupić.
Rzeczywiście, z minuty na minutę plac zapełnia się nie tylko straganami, ale też coraz większą ilością potencjalnych kupców. Miejscowi, turyści, studenci szukający tanich książek, kolekcjonerzy, kobiety przeglądające stosy ubrań. Robi się coraz tłoczniej, bardziej kolorowo, głośniej. - Wszystko po dwa euro! Wszystko po dwa euro! - nawołują sprzedawcy w różnych językach.
Handlujemy, buszujemy, kupujemy
Naschmarkt, magiczne wprost miejsce, które jest opisane niemal w każdym przewodniku po Wiedniu, trzeba zobaczyć. I z pewnością coś kupić. A jest co, handel tutaj kwitnie. Pogoda czy niepogoda, ściągają tutaj tłumy chętnych do kupowania. Ceny bywają różne, choć główna zasada każdego ,,pchlego targu'' mówi, że ma być tanio. Różnorodna oferta przyciągnie każdego poszukiwacza unikatów. Od przedwojennych ubrań, obrazów, naczyń, gadżetów, przez stare książki, płyty, kasety, po używaną elektronikę, rowery, motocykle. Najgorliwsi fani antyków szukają zdobyczy już od szóstej rano. Każdy znajdzie coś dla siebie: zegary, biżuteria, lustra, buty, futra, kapelusze, ozdoby, meble, stare magnetofony i gramofony z tubą.
Niektórzy sprzedawcy korzystając z pogody przy okazji handlowania opalają się. Kobiety wystawiają na słońce nogi, ręce i twarze, mężczyźni prezentują tors. Wciąż jednak sprzedawcy są zaangażowani w handel, a klienci – w łowy.
Historia za kilka euro
Widzę grupę ludzi kucających na ziemi, którzy z zainteresowaniem przegrzebują zgromadzone na kocu stare fotografie, pocztówki i listy. Pisane piórem, z ponaklejanymi znaczkami, niektóre podarte, przerwane w połowie, nieco nadpalone. Kucam obok nich i czytam początek listu: „New York, 4.08.1908 r.", obracam jakieś zdjęcie, z którego uśmiechają się dwie dziewczynki i widzę podpis: „Mit Eva, 1946".
Rozsypaną historię nieznanych ludzi można tu kupić za kilka euro. Listy pisane na kartkach wyrwanych ze starych zeszytów lub na papeteriach. Pisane niewyraźnie. Chwilami litery są pościerane. – Dziwne miejsce – myślę. Ktoś sprzedaje czyjeś prywatne listy i pamiątkowe rodzinne zdjęcia...
Moją uwagę przyciągają stare fotografie z przełomu XIX i XX wieku. Na jednym zdjęciu grupa młodych żołnierzy, z kolei na drugim dorośli mężczyźni z wąsami. Fani starych fotografii mogą je nabyć już za około 8 euro. Pamiątki pachnące wojną, beztroską sprzed wojny, żalu po wojnie...
Ruchoma przymierzalnia
W ciągu tygodnia plac handlowy pełni rolę parkingu miejskiego. W sobotę zamiast samochodów rozkłada się tu targ staroci z czterema alejkami. Zamiast wydzielonych miejsc parkingowych, wydzielane są stoiska.
Przy jednym z nich widzę handlującą młodą, modnie ubraną parę. Pakują klientowi zabytkowy zegar w reklamówkę H&M. Furorę robi także wystawa starych pluszowych misiów. Ludzie fotografują, podziwiają, oglądają. Moją uwagę zwracają dwie młode sprzedawczynie, handlujące ubraniami. Przede wszystkim ich nietypowa przymierzalnia. Jedna z klientek stoi pomiędzy sprzedawczyniami i przymierza ubrania, otoczona zasłoną przytrzymywaną przez obie panie. Polowe warunki nie zniechęcają klientek, które okupują stoisko.
Dochodzi południe. Tłum. Ścisk. Zgiełk. Mieszanina rozmaitych zapachów unosi się w powietrzu. Ale warunki te wcale nie odstraszają ani turystów ani tubylców. Atmosfera jak z filmu. Ludzie szukają, pytają, kupują. Sprzedawcy się przekrzykują. Kto ma lepszą cenę, kto ma lepszy towar, kogo wybierze klient. – Za ile pan ma te plecaki? – pyta młody chłopak. – Za 50 euro! – Ile? Nie, to dziękuję. – Proszę poczekać! Verhandeln Sie mit mir! Ile by Pan dał? – pyta sprzedawca, ale klient już stoi przy stoisku obok, przy którym plecaki w cenie wywoławczej były po 29 euro.
W poszukiwaniu polskich akcentów
Przedzieram się przez międzynarodowy tłum ludzi. Wciąż padają gdzieś polskie słowa. Zatrzymuję się przed obrazem, wyeksponowanym spośród innych na tym stanowisku. To wyhaftowany ręcznie portret Franciszka I. Pod wizerunkiem cesarza widnieje sygnatura miejsca i rok wykonania dzieła: Krosno 1914. Ożywiona pytam sprzedawczynię, która nie mówi po polsku, o pochodzenie obrazu. Uśmiechnięta i dumna kobieta odpowiada – Mój tata go dostał. Nie wiem kiedy i nie wiem od kogo. Kosztuje 250 euro – wyjaśnia. Nie wiadomo, czy jest to oryginał. Ale sprzedawczyni sprawia wrażenie dumnej z posiadania tego dzieła.
Oprócz polskich turystów fotografujących się na tle portretów Franciszka Józefa, na Flohmarktcie spotkać można też sprzedawców znad Wisły. Pan Kazimierz do Austrii przyjechał jeszcze w latach osiemdziesiątych. Jest już na emeryturze i w każdą sobotę, w którą uda mu się zarezerwować miejsce, wystawia na swoim plastikowym stoliczku różności wyniesione z domu. Mosiężny świecznik, karty do gry, stare fotografie, toster.
- Przychodzę tu nie tylko sprzedawać. Zawsze można z kimś pogadać, umówić się na brydża, spotkać znajome twarze. Do dyskoteki już nie pójdę, a tutaj i na piękne kobiety można popatrzeć - żartuje.
Tu czas stanął w miejscu
Mijam kołowrotek jak z bajki o Śpiącej Królewnie, buty narciarskie jak te, w których mogli jeździć nasi dziadkowie, lalki, z jakimi widziałam na zdjęciu mamę, wazy i zastawy przypominające te z domu babci, wózki dziecięce dla lalek na wielkich kołach. Ze wszystkich oferowanych rzeczy zaskakują afrykańskie pamiątki sprzedawane przez piękną Afrykankę. Rozłożyła swoje stoisko tuż obok wyjścia ze stacji metra – Kettenbrückengasse. Siedzi dostojnie na krześle, na głowie ma turban, a jej sukienka mieni się kolorami. Na stole trochę biżuterii, kilka drewnianych figurek, wielobarwne tkaniny. Obok dwa rzeźbione krzesła i mały hebanowy stołeczek.
Na innym stanowisku obok żydowskiej menory stoi krucyfiks, na kolejnym wisi sztandar z Maryją, na sąsiednim stoisku można kupić... komplety bielizny. Według zasad Flohmarktu powinna być ona z drugiej ręki, ale w tym przypadku mam nadzieję, że sprzedawca złamał przepis...
Handel kontrolowany
Przy jednym ze stoisk staje kobieta i mężczyzna z teczką oraz dokumentami. Następuje gwałtowna wymiana słów, wymachy rąk i po chwili państwo odchodzą. To pracownicy biura Flohmarkt. Kontrolują stan stanowisk, czy są opłacone, czy spełniają warunki regulaminu.
- Sprzedawać można tylko rzeczy używane – słyszę w biurze Flohmarktu, a pracująca w nim kobieta wskazuje na listę konkretnych towarów: wyroby rzemieślnicze oraz artystyczne o niedużej wartości, używane książki, rękopisy, zdjęcia, ubrania i buty, artykuły metalowe oraz złom niewielkich rozmiarów, stare monety i medale.
Zasady pchlego targu mówią: można sprzedawać jedynie to, co jest w naszym posiadaniu, a nie to, co nabyliśmy, aby drożej sprzedać. Nie można też organizować stoisk oferujących posiłki i napoje. Każdy może zarejestrować się trzy razy w ciągu roku kalendarzowego. Samemu trzeba zadbać o stół, stojak czy miejsce do wystawienia towaru.
Flohmarkt działa w każdą sobotę oprócz 25 grudnia. Za jednodniowe wynajęcie miejsca zapłacimy 41,44 euro za duże stoisko (3,2 m x 2 m) lub 20,72 za małe (1,60 m x 2 m). Miejsce rezerwuje się z ok. sześciotygodniowym wyprzedzeniem, wtedy też można wpłacić należną kwotę. Najpóźniej odpłatność należy uiścić do piątku, dzień przed handlową sobotą, do godz. 12:00 (w biurze) lub w sobotę pomiędzy 6:00 a 7:30 w kasie Flohmarktu. Bywa, że ktoś pomimo wykupionej rezerwacji nie pojawia się, wtedy na jego miejsce jest wielu chętnych, którzy już od rana ustawiają się w kolejce, by o godz. 8:00 dostać stoisko „z odzysku".
Zarezerwować miejsce można również przez stronę internetową: www.wien.gv.at/flohmarkt/internet. Można zarezerwować stoisko dla innej osoby, jednak kartę i miejsce sprzedaży należy już odebrać osobiście, legitymując się przy tym dokumentem ze zdjęciem. Sprzedawca nie musi być zameldowany w Wiedniu. Wystarczy paszport, by legalnie handlować swoim dobytkiem.
Choć można handlować jedynie starymi i używanymi rzeczami, oczywiście znajdują się tacy, którzy ukryci w tłumie sprzedają nowe rzeczy – Handy! Handy! Handy! – krzyczy pewien pan, trzymając opakowanie z nowym telefonem. Krzyczy tak, by usłyszeli go kupujący, ale nie kontrolujący. Dorównuje mu inny pan, który przechadza się wśród alejek z zestawem nowych noży. Temu szczęście dopisuje, szybko znajduje się chętny kupiec.
Oryginalne zdobycze
Przechadzając się po placu, dostrzegam kolekcję filiżanek. Każda ma swoją indywidualną cenę. Jedna kosztuje 5 euro, inna 8. Żadna jednak nie ma drugiej do kompletu.
Zmęczenie daje się we znaki nie tylko klientom i turystom, ale też sprzedawcom. Każdy chce jak najszybciej sprzedać swój towar, dlatego wyszukuje tych, którzy choć na chwilę zatrzymali wzrok na którymś produkcie. Z zaciekawieniem oglądam suknię ślubną, obok której wiszą trzy peruki. – To mojej córki, miała ślub w zeszłym roku - mówi sprzedawczyni. Stoisko obok to swoisty 'second hand' na kocu. Sprzedawca wraz z całą rodziną zrobił generalny porządek w szafie i przyniósł wszystkie zbędne ubrania i buty. „Ciuchy 2-5 euro, buty 5-10 euro" – głosi reklama, którą tworzy kawałek kartonu z odręcznym napisem.
Idę dalej, z plakatu filmowego przy stoisku z winylowymi płytami uśmiecha się do mnie Elvis Presley. W głowie nucę „Love me tender" , a po lewej zauważam stoisko z kieliszkami z całego świata. Na jednych widnieją herby miast, inne pokrywają zabawne rysunki. Ten w kształcie buta to pamiątka przywieziona zapewne z Włoch. Każda z kilkudziesięciu małych szklaneczek wyceniona została na 3 euro. Jakaś turystka zainteresowała się kilkoma z nich. – W pakiecie będzie taniej, 6 za 15 euro! – zachęca sprzedawca, a klientka podejmuje decyzję i zaczyna wybierać zdobycze. Po prawej ktoś ogląda pluszowe misie, w głębi alejki sprzedawca prezentuje możliwości skrzypiec, które wystawił na sprzedaż. Flohmarkt żyje swoim rytmem, a ci, którzy nie chcą zapłacić za stoisko, wędrują pomiędzy stoiskami prezentując swoje towary na ręku i pytają: Nie potrzebujesz?
Zmęczona przeciskaniem się wśród ludzi, opuszczam targ. Na Flohmarkt wracam po 16. Idę od strony Linke Wienzeile. Pan ubrany w tradycyjny austriacki strój: skórzane spodenki do kolan z szelkami, wysokie podkolanówki i kapelusz z piórkiem, który sprzedawał motocykle, wciąż tu jest. Jego sąsiad przelicza pieniądze i chowa je do portfela. Patrząc na jego minę, można przypuszczać, że dzień był udany.
Po placu fruwają pojedyncze strony gazet. Wcześniej służyły jako zabezpieczenie dla szklanych bibelotów. Choć kiermasz czynny jest do godziny 18:00, jednak już po 16.00 część stoisk znika, a na plac targowy wkraczają osoby, które przekopują pozostawione rzeczy i sterty śmieci w poszukiwaniu czegoś, co jeszcze może się przydać. Niektórzy rozkładają się na opuszczonych już stanowiskach. Ludzi powoli ubywa, jednak za tydzień znów tu wrócą i znów będą tropili okazję. Może następnym razem uda im się znaleźć jakiś „skarb"?

Aleksandra Pacak, Olga Zgórniak, Polonika nr 236, wrzesień 2014

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…