Od Warszawy do Wiednia: Polak w ONZ
O pracy w Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej ONZ w Wiedniu, kierowaniu dużym zespołem pracowników z całego świata oraz Pokojowej Nagrodzie Nobla – dr Leszek Pudłowski opowiada o swojej niezwykłej drodze od Politechniki Warszawskiej po międzynarodowe szczyty archiwistyki.
Polacy rzadko obejmują wysokie stanowiska w strukturach ONZ. Kiedy Pan rozpoczął pracę w Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej?
– Z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej ONZ (IAEA – International Atomic Energy Agency) byłem związany przez piętnaście lat, od 2001 roku. Wówczas objąłem stanowisko Section Head, czyli naczelnika Sekcji Archiwów i Zarządzania Dokumentacją (Archives and Records Management Section). W praktyce odpowiadałem za wszystkie akta Agencji – od dokumentów tradycyjnych po elektroniczne, w tym ściśle tajne.
Jak liczny był zespół, którym Pan kierował?
– Podlegało mi około 60 pracowników z całego świata, w tym dwoje Polaków. Polacy w ONZ wcale nie są rzadkością. Kiedy pracowałem w Budapeszcie na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim, środowisko wydawało mi się bardzo międzynarodowe, bo było około czterdziestu narodowości. Po przyjeździe do Wiednia przeżyłem jednak szok, tutaj reprezentowanych jest 180 krajów – skala różnorodności była ogromna. W ONZ obowiązuje parytet geograficzny, gdyż chodzi o jak najszerszą reprezentację państw świata.

Czy wielonarodowość zespołu wiązała się z problemami kulturowymi?
– Problemów tego typu nie było, była to raczej barwna mozaika różnych lokalnych tradycji, która ubarwiała nasze codzienne życie. Na przykład wśród moich pracowników był wyróżniający się posturą wódz afrykański – rosły, potężny, z tubalnym głosem, ubrany w tradycyjny strój, coś w rodzaju długiej narzuty z frędzlami. Gdy telefonował, krzyczał do słuchawki tak, że słychać było go na całym piętrze. Pisząc podanie o urlop, uzasadniał, że wyjeżdża odwiedzić swoich poddanych. W pewnym okresie mieliśmy też dyrektora z Zimbabwe – wódz był wprawdzie na niższym stanowisku, ale to jemu dyrektor pierwszy się kłaniał.
Jeden z kolegów z naszego Wydziału Zarządzania, Hindus, również Section Head, aplikował na stanowisko dyrektora i został przyjęty. Kiedy się o tym dowiedziałem, naturalnie ucieszyłem się i (jak to Polak) rzuciłem mu się na szyję z gratulacjami. Ten w sekundzie znieruchomiał jak słup soli. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że pochodzi z kasty, której w Indiach nie można dotykać.
Różnice kulturowe pojawiały się też w drobnych codziennych sytuacjach. W jednym pokoju pracowały Białorusinka i Kolumbijka. Zawsze miały one kłopoty z klimatyzacją: jedna zamarzała, drugiej było za gorąco. W końcu podzieliłem ich pomieszczenie i każda miała swój pokój. Gdy przechodziło się korytarzem obok Kolumbijki buchał żar tropików, zaś obok Białorusinki czuło się powiew Syberii.
A polityka? Czy w zespole zdarzały się napięcia?
– Wówczas, w czasach po zakończeniu Zimnej Wojny, nie było takich napięć jak dzisiaj. W mojej sekcji pracowali zarówno Żydzi, jak i Arabowie czy koledzy ze zwaśnionych krajów byłej Jugosławii. Nie przeszkadzało nam to chodzić wspólnie na imprezy i żartować. Dzisiaj jest to zapewne trudniejsze.
Bywało także zabawnie. Miałem w sekcji Rosjankę, byłą sekretarkę ministra Ławrowa, bardzo inteligentną, z dużym doświadczeniem archiwalnym. Kiedy odwiedziła Warszawę i zapytałem, co jej się najbardziej podobało, odpowiedziała: „Pałac Kultury i Nauki, bo wygląda jak moje ministerstwo”.
Przyszedł Pan do ONZ w czasach teleksu i faksu, a odszedł w erze e-maili i telefonów komórkowych. Jak Pan ocenia tę transformację?
– Teleks został wyparty przez faks, a ten z kolei przez pocztę elektroniczną. Przez dłuższy czas utrzymywaliśmy faks dla kontaktu z Bangladeszem, Pakistanem i niektórymi krajami afrykańskimi. Żartuję czasem, że w Agencji byłem jak król Kazimierz Wielki: zastałem ją papierową, a zostawiłem elektroniczną.
W Budapeszcie, jeszcze podczas szkolenia na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim, poznałem podstawy informatyki i możliwości internetu. Zarządziłem wprowadzenie inwentarzy archiwalnych do pamięci komputerów i ich niezwłoczną publikację w sieci. W ONZ było to trudniejsze ze względu na procedury, ale postęp był nieunikniony.
Transformację oceniam pozytywnie. W wielu epokach był intensywny postęp i zazwyczaj towarzyszyły mu obawy. Rzeczywistość nie zawsze podążała w oczekiwanym kierunku, ale w końcu zbiorowa mądrość zwyciężała. Myślę, że podobnie będzie i tym razem. Nawet ze sztuczną inteligencją.
Czy obawia się Pan utraty danych cyfrowych?
– Oczywiście. Aby zachować źródła elektroniczne, trzeba ciągle odnawiać wersje dokumentów, aktualizować sprzęt, oprogramowanie i formaty. Dla informatyka pojęcie permanent record (trwały dokument) to 5 lat, a dla archiwisty to chociaż 500 lat. Pergamin sprzed takiego okresu wciąż jest pewnym źródłem informacji, dyskietka po takim czasie – niekoniecznie.
Jak wyglądała praca w Agencji „od kuchni”?
– IAEA zatrudniała około 2500 pracowników. Średnio rocznie wpływało do nas 380 000 listów, 160 000 faksów i 12 000 kaset magnetofonowych. W biurach było ok. 8000 metrów bieżących akt aktywnych, a w archiwum – 10 000 metrów bieżących. Łącznie dokumentacja zajmowała około 18 kilometrów półek.
W czasie pracy udało mi się m.in. wdrożyć system komputerowy do zarządzania dokumentacją tradycyjną i elektroniczną, wybudować nowoczesny magazyn archiwalny na 3000 metrów bieżących akt z klimatyzacją i automatycznym systemem ppoż., wprowadzić bezkwasowe pudła archiwalne oraz nowoczesny system zarządzania archiwaliami zgodny z międzynarodowymi standardami.

Agencja w 2005 roku otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Jak Pan wspomina to wydarzenie?
– Tak, to były piękne przeżycia. Otrzymaliśmy Nobla za „wysiłki na rzecz zapobiegania wykorzystywaniu energii jądrowej do celów wojskowych oraz zapewnienia, że energia jądrowa do celów pokojowych jest wykorzystywana w możliwie najbezpieczniejszy sposób”. Po ogłoszeniu decyzji Komitetu Noblowskiego ogarnęła nas wielka radość. Nagrodę, po połowie, otrzymała Agencja i nasz Dyrektor Generalny dr Mohamed El Baradei. Pieniądze – około miliona dolarów – przekazaliśmy na cele charytatywne w Egipcie, a każdy pracownik dostał imienny dyplom. Jestem dumny, że nasze działania zostały docenione i zakończyły się przyznaniem Pokojowej Nagrody Nobla.
Jak rozpoczęła się Pana droga zawodowa?
– Ukończyłem Politechnikę Warszawską, kierunek inżynieria chemiczna. W młodości fascynowała mnie chemia, a zwłaszcza petardy, rakiety i wybuchy. Wszystko dzięki przykładowi starszego brata, który urządził w domu małe laboratorium chemiczne.
Na Politechnice dołączyłem do uczelnianego klubu jeździeckiego. Skoro konie, to ułani, rycerstwo i heraldyka. To skierowało mnie w stronę historii i dlatego jako chemik podjąłem pracę w Centralnym Laboratorium Konserwacji Archiwaliów przy moim ukochanym Archiwum Głównym Akt Dawnych. Później ukończyłem historię i podjąłem pracę w Pracowni Konserwacji Zabytków (PP PKZ). Zainicjowałem wówczas reaktywację Polskiego Towarzystwa Heraldycznego. W tym czasie zostałem też dyrektorem Ośrodka Badań Genealogicznych „Piast”, który powstał z inicjatywy Towarzystwa Łączności z Polonią Zagraniczną „Polonia”. Było wtedy ogromne zainteresowanie heraldyką i genealogią, a ja niechcący jako sekretarz generalny Towarzystwa zostałem „heraldycznym celebrytą”. Pracowałem w prezydenckiej Komisji ds. przywrócenia Orłu Białemu korony oraz w komisjach ds. znaków Wojska Polskiego czy Policji. Występowałem ponadto z Krzysztofem Ibiszem w kolejnych odcinkach niezwykle popularnego „Czaru Par”, prowadziłem program telewizyjny „Dwa łyki heraldyki”, udzielałem wielu wywiadów w prasie, radiu i telewizji. Kolejny przypadek sprawił, że zamiast podjąć pracę w Gabinecie Heraldycznym Zamku Królewskiego w Warszawie, zostałem zatrudniony na stanowisko dyrektora Archiwum Państwowego m.st. Warszawy. Wtedy nie przypuszczałem, że to był początek drogi mojej rodziny do Wiednia.
Jak trafił Pan do Budapesztu?
– W 1997 roku Naczelna Dyrekcja Archiwów Państwowych skierowała mnie na dwutygodniowe szkolenie do Open Society Archives w Budapeszcie, przy Central European University. Prowadziła je dr Trudy Huskamp Peterson, była Naczelna Archiwistka USA. Po szkoleniu Trudy zaproponowała mi pracę w swoim Archiwum. Choć żona była w ciąży, po namyśle wyjechaliśmy z Polski na próbę na roczny pobyt. Okazało się, że ta próba trwa do dzisiaj.
Jak wyglądało wychowywanie dzieci za granicą?
– Druga córka, Anna, urodziła się już w Budapeszcie. Dzięki pracy w instytucjach międzynarodowych mogłem zapewnić dzieciom edukację w dobrych szkołach średnich, a później na angielskich uniwersytetach. Starsza córka, Maria, studiowała produkcję filmową i pracowała przy kręceniu m.in. „Harry’ego Pottera”, a jej mąż ma dwa Oscary filmowe. Natomiast młodsza studiowała geologię w Imperial College i pracuje w Londynie w dużej amerykańskiej firmie finansowej. Teraz widzę, że ceną wyjazdu za granicę i dobrego wykształcenia córek jest rozbicie rodziny na dwa kraje – Austrię i Anglię. Zazdroszczę znajomym, którzy mają dzieci i wnuki w tym samym mieście.
A jak trafił Pan do Wiednia?
– Trochę przypadkiem i trochę dzięki szczęściu. Dyrektorka budapesztańskiego archiwum przeniosła się do ONZ w Genewie, a ja przejąłem jej funkcję. Później jedna z węgierskich koleżanek chciała przejąć moje stanowisko, więc przesłała mi ofertę pracy w IAEA w Wiedniu. Po długiej i skomplikowanej rekrutacji w 2001 roku rozpocząłem pracę w siedzibie ONZ. Zatem w przyszłym roku będzie już ćwierć wieku naszego pobytu w pięknej, austriackiej stolicy.
Co chciałby Pan przekazać młodym Polakom szukającym swojej drogi za granicą?
– Warto się uczyć, zdobywać nowe umiejętności i poszerzać horyzonty. Nie ograniczać własnych możliwości. Aplikować na odpowiedzialne stanowiska, także w organizacjach międzynarodowych. Moja historia uczy również, że warto korzystać z przypadków – kiedy nadarza się okazja, tylko od nas zależy, czy ją wykorzystamy. A droga nie zawsze jest prosta i oczywista. Jako młody magister inżynier chemik nigdy nie przypuszczałem, że będę mieszkał nad pięknym, modrym Dunajem i na dokładkę zostanę doktorem historii…
Na pamiątkę czasów w ONZ pozostał Panu błękitny paszport…
– Tak, w szufladzie mam nieaktualny już błękitny paszport United Nations – Nations Unies. Symbol niezwykłego czasu, który na zawsze pozostanie w mojej wdzięcznej pamięci.
Rozmawiała Anita Sochacka, Polonika nr 311, listopad/grudzień 2025