Ostatnie dni i pogrzeb Józefa Maksymiliana Ossolińskiego
W marcu 1826 roku w Wiedniu zakończył swoje życie Józef Maksymilian Ossoliński – mecenas nauki, bibliofil, twórca Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Ostatnie dni jego życia, śmierć i pogrzeb opisane zostały szczegółowo w Dzienniku podróży Henryka Bogdańskiego, studenta prawa i naocznego świadka wydarzeń.
Choć działalność hrabiego Józefa Maksymiliana Ossolińskiego była nieustannym pasmem wysiłków na rzecz zachowania dziedzictwa narodowego, to jego życie prywatne, szczególnie w ostatnich latach, naznaczone było samotnością, cierpieniem i heroicznym trudem codzienności.

Wiedeń stał się dla niego nie tylko centrum pracy naukowej, ale też miejscem osobistej walki – z chorobą, ślepotą i fizycznym osłabieniem. Mimo to hrabia nie przestawał działać: pracował, tłumaczył, dyktował – aż do ostatnich dni. Oto historia jego ostatnich lat, które mimo wszystko – podobnie jak całe jego życie – naznaczone były godnością, intelektualnym żarem i głębokim patriotyzmem.
Ostatnie lata
Od czterech lat w swoim wiedeńskim mieszkaniu na Mayerhofgasse 208 hrabia Maksymilian Ossoliński żył w nieustannej ciemności. Po utracie wzroku dzień i noc miały dla niego tę samą barwę. Życie stało się niezwykle trudne, a nadzieja na odzyskanie wzroku szybko zgasła. W poruszaniu się po dużym mieszkaniu, pełnym cennych ksiąg gromadzonych przez lata, pomagały sznury rozciągnięte wzdłuż pokoi aż do łóżka, których hrabia trzymał się obiema rękoma.
Niestety jego siły fizyczne z każdym dniem słabły, głos stawał się cichszy i mniej wyraźny, a codzienne czynności były coraz większym wyzwaniem. Mimo to jego umysł pozostawał sprawny, a zapał do pracy nie ustępował. Nie pozwalał sobie na odpoczynek.
Choć opuchnięte i niesprawne dłonie nie były w stanie utrzymać pióra, zawsze miał przy sobie dwóch młodych pomocników – studentów, którzy na przemian czytali mu łacińskie wersy, a on dyktując tłumaczył je na język polski. Praca u hrabiego była cennym doświadczeniem – można było wiele się nauczyć, poszerzyć wiedzę, a także zarobić na utrzymanie. Ossoliński znany był z tego, że płacił dobrze i z życzliwością wspierał młodzież chętną do nauki.
Popołudniowe przejażdżki powozem były dla hrabiego nie tylko urozmaiceniem dnia, ale też koniecznością dla zachowania sprawności coraz słabszego ciała.
Choroba i śmierć
Pewnego dnia, na początku marca 1826 roku, po powrocie z przejażdżki hrabia zauważył, że jeden z butów jest za ciasny. Służący zapewnił, że buty są dobrane prawidłowo. Po zdjęciu buta ze spuchniętej nogi zauważono, że noga była nabrzmiała, a w kolejnych dniach pojawiły się na niej czarne plamy. Opuchlizna powiększała się i sięgała coraz wyżej, a ból stawał się coraz bardziej dokuczliwy.
Niepokój o stan zdrowia udzielał się wśród przyjaciół i znajomych. Nawet cesarz częściej przysyłał posłańców z pytaniami o zdrowie. Konsylium lekarskie orzekło, że stan chorego jest bardzo poważny. Stwierdzono, że pozostało mu około 24 godzin życia. Ossoliński przyjął tę wiadomość z pełnym powagi spokojem. Rozpoczął dyktowanie listów pożegnalnych, spotkał się z najbliższymi współpracownikami i znajomymi, wydając ostatnie zalecenia dotyczące testamentu.
Hrabia zachowując pełną przytomność umysłu oczekiwał śmierci. Usilne namowy do spowiedzi początkowo irytowały go, ale ostatecznie zgodził się i poprosił o sprowadzenie przyjaciela, księdza greckokatolickiego, profesora Michała Neustern Harasiewicza, kanonika lwowskiego. Po spowiedzi Ossoliński zażądał, aby nie marnować pieniędzy na wystawny pogrzeb – chciał, by jego ciało po prostu wrzucono do grobu, „aby ziemia połączyła się z ziemią“. Natomiast zależało mu, aby żegnało go jak najwięcej Polaków.
Złe wieści rozchodziły się szybko. Co chwila ktoś odwiedzał hrabiego, pytając o jego zdrowie. Przewidziany przez lekarzy czas odejścia minął, opuchlizna stopniowo zanikała, siły wracały, stan Ossolińskiego zaczął się poprawiać. Wieść o poprawie zdrowia wprowadziła wszystkich w radosny nastrój. Hrabia z nutą ironii narzekał na nietrafne prognozy lekarskie, rozpoczął dyktowanie listu do księcia Henryka Lubomirskiego.
Rankiem 17 marca 1826 roku stan zdrowia hrabiego gwałtownie się pogorszył, bardzo osłabł i już nie mógł wstać z łóżka. Około południa stracił mowę, a chwilę później przytomność. Po trzeciej po południu na krótko odzyskał świadomość, jednak była to jego ostatnia godzina życia. Zmarł około godz. 16.00.
Zgodnie z wolą Ossolińskiego jego ciało zostało ubrane w skromny, czarny frak. Był bez peruki, którą nosił na co dzień. U stóp zmarłego złożono Order Świętego Szczepana, a prosta, pozbawiona zdobień trumna była wypełniona jedynie białą krepą. Największym i najtrwalszym pomnikiem, który pozostawił po sobie, były jego dzieła i osiągnięcia literacko-naukowe oraz ufundowany i stworzony przez niego dla Narodu Polskiego w 1817 roku Zakład Narodowy im. Ossolińskich, dziś jeden z najważniejszych ośrodków polskiej kultury. Zostawił po sobie nieśmiertelny i bezcenny spadek.
Pogrzeb
Pogrzeb hrabiego odbył się 19 marca 1826 roku, w dniu jego imienin. Od rana do domu zmarłego przybywali znajomi, przyjaciele oraz młodzież polska, licznie zgromadzona – ponad 100 osób. Przed domem czekał karawan zaprzężony w cztery konie w żałobnym przybraniu. Zgodnie z wolą młodych Polaków trumna była niesiona na ich barkach aż do kościoła parafialnego.
Student medycyny Marian Ogończyk Zakrzewski miał przygotowaną mowę pożegnalną, którą zamierzał wygłosić po zakończonej mszy żałobnej. Jednak z powodu obaw władz austriackich przed rozruchami rewolucyjnymi zakazano wygłaszania wszelkich przemówień. Po nabożeństwie, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, trumnę miał odwieźć na cmentarz grabarz. Jednak uczestnicy pogrzebu utworzyli spontaniczny kondukt. Wbrew dotychczasowym zasadom, powoli i dostojnie, przeszli ponad pół mili aż do cmentarza Matzleinsdorf.
Cmentarz, położony za murami miasta, tonął w chaosie i nieporządku. Niestety w tamtym czasie zdarzały się przypadki bardzo niechlubnego zarobkowania grabarzy. Gdy za trumną z kościoła nikt nie przychodził, wyjmowano ciało i rozbierano z ubrań, a jeżeli następnego dnia nikt się nie zgłosił, a ciał nazbierało się więcej, to wrzucano je bez trumien do jednego dołu. W niedzielny wieczór grób hrabiego nie był jeszcze wykopany. Wśród odgłosów dezaprobaty na taki stan rzeczy trumnę złożono w kaplicy cmentarnej, zamknięto i opieczętowano, a grabarzom zakazano samodzielnego pochówku. Zapowiedziano, że następnego dnia to młodzież i bliscy hrabiego zajmą się jego pogrzebem, grabarze mają tylko wykopać grób.
Drugie pożegnanie
W poniedziałek, po nabożeństwie w greckokatolickim kościele św. Barbary, grupa uczestników udała się na cmentarz. Grób był już przygotowany, a trumna spoczywała na katafalku w kaplicy. Po sprawdzeniu pieczęci trumnę otworzono – ciało hrabiego pozostało nienaruszone. Po krótkiej modlitwie księdza Harasiewicza trumnę zamknięto i wyniesiono na barkach, by ją złożyć do grobu.
Ksiądz odśpiewał modlitwę pożegnalną, a biała krepa zdobiąca trumnę została tradycyjnie zerwana. Trumnę na sznurach opuszczono do grobu. Ksiądz nie przerywając modlitw wrzucił garść ziemi i garść popiołu. Na przemian uczestnicy zasypywali grób. Antoni Sachar, student medycyny, rozdawał fragmenty białej krepy obecnym uczestnikom.
Świadectwo uczestnika pogrzebu
Jednym z uczestników pogrzebu hrabiego Ossolińskiego był Henryk Bogdański, który w swoim pamiętniku pozostawił wzruszające wspomnienie: „Stałem tuż obok trumny, kiedy unoszono ją z kaplicy. Widziałem, jak sznury napinają się pod jej ciężarem, jak młodzi Polacy, z powagą i dumą, nieśli ją przez cmentarną aleję. Nie było w tym ani patosu, ani rozgłosu – była tylko miłość i wdzięczność.” Bogdański wspomina również atmosferę towarzyszącą uroczystości: „Milczenie, które zapadło po zamknięciu grobu, było cięższe niż jakiekolwiek słowa. Każdy z nas wiedział, że żegnamy nie tylko człowieka, ale i epokę”.
Pamięć o Ossolińskim
Pamięć to fundament ludzkiego życia i całych narodów. Hrabia Maksymilian Ossoliński niestrudzenie walczył o jej zachowanie, czego świadectwami są zarówno Instytut Ossolińskich, jak i Biblioteka Narodowa Austrii. Jak podkreślił to Henryk Bogdański w swym pamiętniku, który jest jedynym zachowanym opisem ostatnich dni i pogrzebu Ossolińskiego: „Nie pozostawił złota ani klejnotów – ale w testamencie narodowej pamięci pozostawił wszystko. Bibliotekę, instytucję, idee. To one mają trwać. I będą trwać, póki żyć będzie Polska”.
Sławomir Iwanowski, Krzysztof Korbiel, Polonika nr 308, maj/czerwiec 2025