Przekraczanie progu

W przytulnym pokoju najwięcej miejsca zajmuje biblioteka, szczelnie wypełniona książkami. Na ścianie wiszą dwa portrety w złotych ramach przedstawiające mężczyznę i kobietę. To Piotr i Natalia z Michałowskich, rodzice Bonifacego Miązka - księdza, historyka literatury, krytyka, wykładowcy literatury polskiej na Uniwersytecie Wiedeńskim, a także poety...

 

Wśród książek znaleźć można liczne prace historycznoliterackie i krytyczne ks. doc. Miązka, a także jego tomiki poetyckie, z których jeden nosi znamienny tytuł: Powrót do domu...
Za całokształt swej twórczości ks. doc. Bonifacy Miązek otrzymał w listopadzie 1996 roku nagrodę Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Dzięki niemu literatura i kultura polska jest ciągle obecna nad Dunajem.

Był rok 1965, gdy do Austrii przybył młody polski kapłan. Co go sprowadzało do tego kraju?
- W Polsce ziemia paliła mi się pod stopami. Moje kontakty z zachodnimi ośrodkami, głównie z Kulturą Paryską, nie były już tajemnicą dla służb PRL-owskich. W tamtych latach za posiadanie i propagowanie książek wydawanych przez Instytut Literacki w Paryżu groziło więzienie. W połowie października 1965 roku skorzystałem z możliwości wycieczki do Rzymu, gdzie trwał akurat II Sobór Watykański i ...zostałem w Wiedniu.
Od 1 grudnia miałem rozpocząć pracę kapelana w XX dzielnicy Wiednia. Przyjechałem bez znajomości języka niemieckiego, pierwsze tygodnie spędziłem więc na trwającej dosłownie od rana do nocy nauce tego języka.

Droga z małej wsi na Kielecczyźnie do katedry wykładowcy na Uniwersytecie Wiedeńskim nie była na pewno prosta.
- W moim gimnazjum w Końskich koło Radomia wszyscy nauczyciele prorokowali, że będę studiował polonistykę. Wtedy już powstały pierwsze próbki poetyckie, wtedy to, wraz z kolegą Antosikiem, obecnym profesorem WSP w Kielcach, redagowałem ”Głos Młodego Polonisty”, wtedy też na starej maszynie stojącej w bibliotece, zacząłem proroczo pisać  Dzieje literatury polskiej, oczywiście streszczając podręcznik Chrzanowskiego i Krzyżanowskiego. Przepowiednie przyjaciół sprawdziły się po wielu latach – w 1967 roku rozpocząłem studia slawistyki, historii sztuki i filozofii na Uniwersytecie Wiedeńskim. Początki tych studiów były niezmiernie trudne – pracowałem wówczas w szpitalu psychiatrycznym w Steinhof w XIV dzielnicy Wiednia. Czasami w nocy budziły mnie kilkakrotnie telefony – trzeba było spieszyć do chorego. Po takich nocach oczy zamykały się ze zmęczenia. Dochodziło do tego przygnębienie ludzką nędzą. Miałem kontakt z ludźmi cierpiącymi na schizofrenię, różne psychozy i manie, alkoholikami, a także - na oddziale płucnym - z chorymi na gruźlicę. Często z młodymi ludźmi, umierającymi na tę chorobę..
Odwiedzałem więc, pocieszałem, pisałem listy. Nie były to jednak warunki sprzyjające studiom, tym bardziej, że mój ówczesny przełożony patrzył bardzo niechętnie na to, że jego kapelan każde przedpołudnie spędza na uniwersytecie. Moim losem zainteresował się prof. dr Józef Hamm, wybitny uczony chorwacki, i dzięki jego rekomendacji dostałem pięcioletnie stypendium Fundacji Abrahama Woursella z Nowego Jorku. Dzięki temu mogłem kontynuować studia, mogłem u prof. Gunthera Wytrzensa napisać doktorat.
W grudniu 1972 broniłem mojej pracy doktorskiej na temat twórczości powojennej Kazimierza Wierzyńskiego. W następnym roku zostałem asystentem w Instytucie Slawistyki, zacząłem prowadzić wykłady. W 1985 habilitowałem się i odtąd jestem docentem.

W roku ubiegłym minęło 25 lat pracy dydaktycznej na Uniwersytecie Wiedeńskim. Na czym polega specyfika pracy polonisty wykładającego na zagranicznym uniwersytecie?
Slawistykę studiuje obecnie ponad 1000 osób – jest to więc duży wydział. Zainteresowanie polonistyką jest spore, liczbę studentów tego kierunku oszacowałbym na 50 – 80 osób. Obok mnie wykłady prowadzi językoznawca, doc. Włodzimierz Pianka, dr J. Doschek, prowadząca zajęcia z literatury polskiej, prof. Pawol Winczer, Słowak, wykładający także historię literatury polskiej. Lektorat języka polskiego objęła od niedawna przybyła do nas z Poznania dr Liliana Madelska.
Gdy ja byłem studentem profesora Wytrzensa, na jego wykłady uczęszczało kilka osób. Po zmianach politycznych w naszym kraju, po roku 1989, do Wiednia zaczęło przyjeżdżać coraz więcej Polaków, którzy nawet w wieku 40-50 lat decydowali się na podjęcie studiów. W tej chwili moimi studentami są już ich dzieci.
Docent spełnia na uczelni właściwie wszystkie funkcje profesorskie, tylko sam nie ma tylu praw i przywilejów. Mam już 5 doktorantów i bardzo wielu magistrów. Każde ukończone tutaj studia, każdy doktorat jest, moim zdaniem, ogromnym sukcesem nie tylko dla osoby zainteresowanej i jego rodziny, znajomych, ale i dla całego polonijnego środowiska.
Wiem, że studenci bardzo chętnie przychodzą na moje wykłady. Staram się im pomagać, daję skrypty, książki. Praca naukowca – polonisty na Uniwersytecie Wiedeńskim różni się znacznie od pracy polonisty w Krakowie czy Warszawie. Jeśli mówię o jakimś dziele, staram się go rzeczywiście pokazać, czasem nawet przeczytać fragmenty – często jest to dla studentów jedyna okazja zetknięcia się z daną pozycją. W bibliotece uniwersyteckiej nie wszystkie książki są dostępne. Poza tym ja znam dobrze ten ”narodek studencki”, wszak sam byłem kiedyś studentem, i wiem także, że ze względów czasowych nie zawsze można sięgnąć po każdą zalecaną lekturą.
Na obszarze języka niemieckiego mamy wielu wybitnych profesorów, którzy dużo publikują. Są to doskonałe prace, które jednak równie dobrze mogłyby powstać w Polsce. Ja zawsze zadaję sobie pytanie: jaka będzie recepcja tej książki pośród uczącej się młodzieży, czy będzie to poszukiwana przez studentów pozycja? Moje szkice mają charakter informacyjny, są adresowane do czytelników niemieckojęzycznych, potrzebujących niekiedy dodatkowych objaśnień, szerokiego streszczenia omawianego utworu. Dla mnie istotne jest, że mogę dać studentom książkę lub skrypt do ręki i myślę, że ta działalność stanowi bilet wizytowy mojej pracy uniwersyteckiej.

Wiedeńska slawistyka świętuje w 1999 roku 150 lat.
- Slawistyka na uniwersytecie w Wiedniu, obok College de France, należy do najstarszych i najbardziej zasłużonych tego rodzaju kierunków studiów w Europie. W Wiedniu pracowało wielu wybitnych, wspaniałych profesorów. Zainteresowanych tą tematyką odsyłam do tekstu Z historii slawistyki na Uniwersytecie Wiedeńskim, który ukazał się w książce Polska – Austria. Drogi porozumienia. Jest to pozycja wydana w tym roku na Uniwersytecie Łódzkim, jestem jej współredaktorem, obok prof. K. Kuczyńskiego i A. Kozłowskiego.

Jeśli już jesteśmy przy okrągłych rocznicach – w czerwcu br. minęło 40 lat pracy kapłańskiej Księdza. Co można powiedzieć o tylu latach działalności duszpasterskiej, o religijności Polaków i Austriaków?
- Moja praca duszpasterska w Wiedniu układała się rozmaicie. Początkowo byłem zaangażowany w XX dzielnicy Wiednia, potem pracowałem we wspomnianym już szpitalu psychiatrycznym w Steinhof, następnie w kościele przy Reindorfgasse w XV dzielnicy, by wreszcie osiąść w parafii Neulerchenfeld w dzielnicy XVI.
W Wiedniu mamy do czynienia z ludźmi wielkomiejskimi, a zatem z problemami dotyczącymi wszystkich wielkich skupisk ludzi. W tym mieście zaledwie 8% wiernych chodzi do kościoła, ale ci co chodzą stanowią opokę, na której można budować. To są ludzie naprawdę oddani Kościołowi, żyjący jego sprawami, ludzie, których religijność jest świadoma, doświadczona i pogłębiona.
Ja już od 34 lat jestem poza krajem. Wiem, że ludzie w Polsce wypełniają kościoły, korzystają z sakramentów. Zastanawiają jednak pewne fakty, które świadczą o tym, że duży procent katolików nie ma wiele wspólnego z deklarowanym przecież katolicyzmem. Nie jestem socjologiem religii, trudno mi o jakąś głębszą analizę.

Kapłan, wykładowca, historyk literatury, krytyk, poeta – jak Ksiądz Docent godzi tak wiele obowiązków?
- Jestem przede wszystkim historykiem literatury i wykładowcą - na tym się skupiłem, to mi daje satysfakcję. Kiedy zaczynałem prowadzić wykłady z literatury polskiej, a więc w roku 1973, nie miałem do dyspozycji prawie żadnych pomocy naukowych w języku niemieckim. W tej chwili jest tych publikacji więcej – ale wciąż za mało. Sam jestem autorem kilku podręczników, w ostatnich latach wydałem np. Studia literatury polskiej i monografię o Adamie Mickiewiczu. Książka ta jest adresowana przede wszystkim do studentów. Chciałem pod jedną okładką zebrać materiał o naszym poecie i myślę że mi się to udało.
Wiersze zaś piszę jedynie na wakacjach, kiedy mam sporo wolnego czasu. Nad wierszami pracuję bardzo długo, nie tak jak np. Gałczyński, który w kawiarni przy stoliku pisał wiersz w ciągu godziny.
Zresztą już Juliusz Słowacki stwierdził, że W czasie natchnienia człowiek nic nie tworzy/śpiewa dopiero gdy natchnienie minie. Mój wiersz musi mieć metaforę, musi mieć pogłębienie refleksyjne, odbicie w intelekcie czytelnika, musi mieć to ”drugie dno” jakby powidział Przyboś. W kieracie licznych zajęć nie mogę sobie pozwolić na luksus wolnego czasu na wiersze. Czwarty tomik wierszy będzie musiał poczekać i może będą następne. Szczerze powiedziawszy, jeśli przedtem fascynowała mnie farba drukarska, każdy numer ”Więzi”, ”Tygodnika Powszechnego”, ”Wiadomości” czy ”Kultury Paryskiej”, to ta fascynacja już minęła. Poza tym piszę mniej, praca naukowa spycha poezję na plan drugi.
Duszpasterstwem nie zajmuję się czynnie, ja tylko pomagam w kościele, mam codziennie Mszę św. w kościele Neulerchenfeld, w niedzielę dwie Msze św. z kazaniem i służbę w konfesjonale. Nie chcę się całkowicie zaangażować do pracy duszpasterskiej, bo nie znajdę czasu na pracę naukową.

Od ponad trzydziestu lat mieszka Ksiądz w Austrii. Częsty motyw, który pojawia się w wierszach Księdza to droga, dom, przekraczanie progu tego domu. Czy istnieją jakieś plany powrotu do kraju?
- W moich wierszach poruszam problemy i niepokoje nękające współczesnego człowieka. Piszę o rodzinnym domu, który tak mocno zakorzenił się w mej pamięci. Często sercem i myślą powracam do rodzinnej ziemi, ukochanej matki, bliskich żyjących i tych, którzy już odeszli. Moja liryka osobista stanowi rodzaj wyznania emigranta. Z okazji 35-lecia kapłaństwa spotkałem się z absolwentami Państwowego Liceum Pedagogicznego w Końskich. Było to wzruszające spotkanie po 40 latach. Na tym spotkaniu powiedziałem, że symbolem kraju rodzinnego przez tych trzydzieści emigracyjnych lat była mowa ojczysta, którą posługuję się ja i którą posługuje się moja matka.
Myślę o powrocie do Polski na stare lata. Nawet jak przejdę na uniwersytecie na emeryturę, będę musiał zostać tak długo, dopóki nie będą gotowi studenci robiący doktoraty. Muszę być do ich dyspozycji, gdyż za nich odpowiadam. Przyznam, że do Polski jeżdżę bardzo rzadko, ostatnio byłem w marcu br. z okazji 85. urodzin mojej matki. Trochę boję się Polski, a przede wszystkim boję się szpitali. Starszy człowiek musi mieć opiekę lekarską, musi mieć leki – tymczasem słyszałem, że i z tą opieką i z lekarstwami jest coraz gorzej. Owszem, leki są, tylko trzeba kupować je prywatnie, na operację czeka się bardzo długo – to są rzeczy, które mnie niepokoją. Na razie nie wybieram się do Polski, ale umrzeć chciałbym w kraju. W mojej rodzinnej wsi, Kolonii Szczerbackiej, nie ma nawet kościoła, a stary ksiądz powinien mieć kościół w pobliżu. Jeśli zatem wrócę, to do Radomia, gdzie mam miejsce w tamtejszym Domu Księży Emerytów, by tam, jak to się pięknie mówi, spędzić swoje nieszpory życia.

W 1971 roku ukazała się antologia poezji kapłańskiej Słowa na pustyni. Ksiądz dokonał wyboru i opracował całość, natomiast wstępem opatrzył ówczesny kardynał, Karol Wojtyła.
- W skład tej antologii weszły wiersze sześciu księży – poetów, wśród nich był także znany wszystkim, którzy czytają poezję, ks. Jan Twardowski. Była to pierwsza tego typu publikacja w literaturze polskiej. Podtytułu ”poezja kapłańska” użyłem z pewną przewrotnością. Chciałem pokazać, że są to wiersze pisane przez księży, a jednocześnie chciałem rozprawić się z zakorzenionym u nas poglądem, że jeśli już autor jest kapłanem, musi pisać wyłącznie o Bogu i koniecznie z wodą święconą. Stałym tematem poezji kapłańskiej nie jest bowiem religia. Poezja religijna nie jest więc jednoznaczna z poezją kapłańską. Księża – poeci są zjawiskiem literacko bardzo ciekawym we współczesnej literaturze polskiej. Można by pokusić się o nową antologię.

Zbliża się koniec roku, niedługo wchodzimy w nowe tysiąclecie. Czego możemy oczekiwać?
- Wejście w trzecie tysiąclecie jest dla mnie przekroczeniem progu lat. Nie jestem prorokiem, aby przewidzieć, co będzie dalej, czy będzie to tysiąclecie lepsze czy gorsze – myślę jednak, że gorsze. Ludzie się jeszcze niewiele nauczyli, nie wyciągnęli odpowiednich wniosków po ostatnich wojnach. Świadczą o tym wybuchające wciąż na nowo konflikty zbrojne. Giną niewinni ludzie, właściwie nie wiadomo, w imię czego. Powodem do niepokoju są też coraz groźniejsze katastrofy naturalne.
Niepokoi mnie także sytuacja w Polsce. Może moje poglądy są konserwatywne, ale czy możliwe jest, aby Polska w ciągu kilku lat osiągnęła to, co na Zachodzie budowano przez lat 50? Jeśli to się uda, to kosztem całych mas ludzi, chłopów, robotników wyrzucanych z likwidowanych fabryk, nie opłacanej należycie inteligencji. Czy nie można przeprowadzać tego wolniej, z pewnym namysłem, nie na oślep? Nie interesuję się wprawdzie polityką, ale też nie jestem człowiekiem apolitycznym, na własnej skórze odczułem niejednego bata z powodu takiej czy innej polityki.
Wszystkim czytelnikom ”Poloniki”, mimo tych pesymistycznych refleksji, życzę błogosławionych, dobrych świąt Bożego Narodzenia i najpiękniejszego Nowego Roku 2000!

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Rozmawiała Halina Iwanowska, Polonika nr 59/60, grudzień 1999/styczeń 2000.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…