Zainteresować Polską, najlepiej niepostrzeżenie

Od czerwca 2019 roku prof. Arkadiusz Radwan objął stanowisko dyrektora PAN – Stacji Naukowej w Wiedniu. Rozmawiamy o jego rozlicznych rolach zawodowych: adwokata, naukowca, menedżera, publicysty oraz działacza społecznego.

 

Pozwoli Pan, że przedstawię Pana Czytelnikom „Poloniki”. Arkadiusz Radwan – prawnik, profesor Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie, doktorat i habilitację uzyskał na UJ, a magisterium także na Uniwersytecie w Jenie, ekspert od prawa spółek, wykładowca uniwersytetów m.in. w Rzymie, Klużu, założyciel Instytutu Allerhanda, ekspert Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego ds. prawa spółek, a w czasie wolnym popularyzator zagadnień prawnych w mediach. Czy czegoś nie wymieniłem?
– Ról rodzinnych, ale rozumiem, że nie jest to tematem rozmowy. Rzeczywiście staram się łączyć kilka aktywności. Ale nawet to wyliczenie nie jest kompletne. Jest takie słowo, które zyskało popularność w ostatnich latach: aktywista. Aktywista to ktoś, kto walczy o pewne sprawy publiczne, zabiega o zmiany, czy to systemowe, czy też dotyczące podjęcia bądź zaniechania określonych działań przez władze publiczne. Szczególnie głośne okazało się moje zaangażowanie w kampanię referendalną, kiedy miasto Kraków ubiegało się o organizację zimowych igrzysk olimpijskich.
Aktywiści miejscy byli ogólnie przeciwni temu pomysłowi, mieli też wątpliwości co do sposobu prowadzenia kampanii referendalnej. Nie chciałem się wypowiadać za czy przeciw igrzyskom, natomiast jako prawnik miałem zastrzeżenia, jeżeli chodzi o rzetelność informowania obywateli przez władze miasta. Wspólnie z aktywistami miejskimi wystąpiłem przeciwko prezydentowi miasta Krakowa Jackowi Majchrowskiemu, domagając się zaprzestania rozpowszechniania wprowadzających w błąd informacji. Tak więc w prezentacji mojej osoby zabrało słowa aktywista.
Przede wszystkim definiuję siebie jako naukowca, bo to jest moje główne powołanie. Ale staram się z moją pracą wychodzić poza biblioteki i sale seminaryjne – stąd aktywizm jest dobrym polem do przekuwania wiedzy naukowej na sprawczość w sferze publicznej.

Na czym dokładnie polegała Pana rola w sporze między mieszkańcami Krakowa a prezydentem Jackiem Majchrowskim dotyczącym organizacji igrzysk?
– Kraków zamierzał ubiegać się o organizację zimowych igrzysk w 2022 roku. To spotkało się ze sprzeciwem przedstawicieli ruchów miejskich, twierdzących, że to będzie zbyt kosztowne przedsięwzięcie. Moja rola zaczęła się w momencie, gdy aktywiści z organizacji Kraków Przeciw Igrzyskom (KPI) zwrócili się do mnie z prośbą o pomoc w sporze prawnym, który miał być wszczęty. Chodziło o to, że miasto, chcąc przekonać do pomysłu obywateli Krakowa, rozwiesiło mnóstwo plakatów i billboardów z hasłem: „Bo igrzyska to metoda na smog”. Jak wiadomo, Kraków boryka się z problemem smogu.
Taka kampania była tak naprawdę szantażem moralnym, sprowadzała się bowiem do przesłania: drodzy mieszkańcy, zagłosujcie za igrzyskami, w przeciwnym razie będziecie dusić się cały czas w smogu. Tymczasem nie ma żadnych podstaw prawnych, które mogłyby uzależniać prowadzenie działań antysmogowych od tego, czy się jest, czy też nie jest miastem olimpijskim. Żadna z regulacji prawnych, na podstawie których przyznawane są środki unijne np. na wymianę pieców niskiej emisji, nie przewiduje i nie może przewidywać takiej zmiennej, jak organizowanie igrzysk olimpijskich. Byłem więc w sądzie pełnomocnikiem pro bono wnioskodawcy – Tomasza Leśniaka, lidera KPI, w którego imieniu domagałem się od władz miasta Krakowa zaprzestania prowadzenia tejże wprowadzającej w błąd kampanii referendalnej.Sprawa zyskała medialny rozgłos, codziennie pisały o niej portale i gazety. Dla mnie samo wykorzystanie narzędzi prawnych w komunikacji obywatelskiej było ciekawym doświadczeniem. Dość szybko się bowiem zorientowałem, że ten spór rządzi się inną logiką, niż typowy spór prawny, który zmierza do tego, żeby przekonać sąd do swojej racji. Najważniejsze było to, co z tego zrozumieją obserwatorzy i mieszkańcy Krakowa, ponieważ rzecz miała miejsce w przededniu referendum. Głównym odbiorcą moich działań nie był sąd, tylko opinia publiczna. Udało się wtedy pokazać wiele nieprawidłowości. Pełnomocnicy Miasta Krakowa chyba nie do końca zrozumieli, że spór medialny rządzi się odmiennymi prawami. Ostatecznie krakowianie w drodze referendum miażdżącą większością powiedzieli igrzyskom „nie” i pomysł trafił do kosza.
Oczywiście większość spraw sądowych nie toczy się w świetle fleszy. Ta była szczególna, wymagała zatem przyjęcia szczególnej strategii procesowej i komunikacyjnej. Ja jestem zresztą w mojej pracy adwokackiej raczej prawnikiem transakcyjnym, co obejmuje doradztwo przy fuzjach, przejęciach czy reorganizacjach korporacyjnych. Byłem zresztą jakiś czas temu zaangażowany we wrogie przejęcie dużej austriackiej spółki nieruchomościowej, a właściwie w operację tzw. PacMana, tj. jednoczesną walkę przeciwstawnych ofert wrogiego przejęcia między głównymi graczami rynku nieruchomości w Austrii. Występowałem też kilkukrotnie przed austriackimi sądami w sporze między austriackimi producentami środków ochrony roślin.

Kandydował Pan na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego. Jakie to było dla Pana doświadczenie?
– Było to bardzo pouczające i jednocześnie bardzo trudne doświadczenie. Po wielu latach działalności publicznej – nazwijmy to „zewnętrznej” – jako komentator i aktywista, uznałem, że nadszedł czas na przejście „do wewnątrz”, tj. do instytucji państwowej, gdzie możliwości realnego wpływu na rzeczywistość byłoby znacznie więcej. Miałbym rolę sprawczą w zakresie kształtowania linii orzeczniczej i praktyki stosowania m.in. prawa spółek, które to prawo jest mi najbliższe. Ubiegałem się więc o miejsce w Izbie Cywilnej Sądu Najwyższego. Pamiętamy, że nabór odbywał się w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Napięta sytuacja kryzysu konstytucyjnego trwała już wtedy od co najmniej dwóch lat. Już na początku kryzysu, w lutym i marcu 2016 r. zaangażowałem się w przygotowanie propozycji kompromisowej w sporze o Trybunał Konstytucyjny. Wtedy tak naprawdę żadna strona nie chciała rozmawiać, wszyscy wierzyli, że ostatecznie wygrają całą stawkę. Nie chciałem wpisywać się w logikę totalnej dyskredytacji oponenta, która jest bliska obu stronom. Już wtedy, w 2016 r. rola swoistego mediatora była trudna. Z czasem spór się zaostrzył.
W 2018 r. podjąłem jeszcze większe ryzyko i decyzję o udziale w naborze do Sądu Najwyższego. Przypomnijmy, że był to pierwszy tego rodzaju otwarty nabór. Wcześniej procedury naboru sędziów, ale także np. pracowników Biura Studiów i Analiz Sądu Najwyższego, były mało transparentne. Otwarty konkurs miał szansę stać się nowym standardem transparentności procedur obsadzania najwyższych urzędów władzy sądowniczej w Polsce. Jak się jednak szybko okazało, i jak widzimy to jeszcze dobitniej dzisiaj, takim standardem się nie stał. Każda, najbardziej nawet potrzebna zmiana, wymaga naruszenia zastanych interesów oraz zaangażowania tzw. agentów zmiany, którymi powinny być nowe elity – elity odpowiadające etosowi służby publicznej. Z tych dwóch celów udało się osiągnąć tylko ten pierwszy. Nie mam zresztą przekonania, że ten drugi w ogóle był planowany. Konkurs do SN przerodził się zresztą szybko w plebiscyt lojalności. Pamiętajmy, że to był czas, kiedy rząd próbował odsunąć ze stanowiska prezes Małgorzatę Gersdorf. Jedni twierdzili, że przestała być ona prezesem Sądu Najwyższego, a inni, że nie.
Mnie również o to zapytano. Odpowiedziałem: „Soczewica, koło, miele, młyn”. Te historyczne słowa pochodzą z czasów rządów króla Władysława Łokietka, kiedy ten stłumił bunt wójta Alberta w Krakowie. Rycerze króla Łokietka wykorzystywali tę trudną do wypowiedzenia frazę jako test polskości. Używając tej samej frazy chciałem dać wszystkim do zrozumienia, że jeśli jestem pytany, kto jest prezesem Sądu Najwyższego, to pytającym nie chodzi o zagadnienie prawne, tylko o to, czy przynależę do jednego czy do drugiego plemienia politycznego, czyli czy jestem „prawdziwym Polakiem” – przy czym rozumienie tego pojęcia jest różne w każdym z wrogich obozów. Każdy, kto śledził ten spór, mógł po raz kolejny przekonać się, że istnieją dwie różne Polski, które nie potrafią i nie chcą ze sobą rozmawiać. I kiedy mnie, jako kandydata do SN, prawnicy pytali, kto jest pierwszym prezesem, to jedni chcieli usłyszeć, że jest nim dalej profesor Gersdorf, a drudzy, że powstał wakat. Nikt tak naprawdę nie pytał mnie przy tym o pogląd prawny, lecz o swoiste wyznanie wiary.
Uznałem, że nie powinienem się wypowiadać na ten temat, bo takiej powściągliwości wymaga ode mnie niezawisłość sędziowska, do której powinienem się stosować już jako kandydat na urząd sędziego. Doszło wtedy do bardzo paradoksalnej sytuacji – ci, którzy dotąd bronili niezawisłości sędziowskiej, w ogóle tego argumentu nie przyjmowali, gdy tylko ta niezawisłość przestała być im na rękę, i dalej domagali się publicznej konfesji. Nie pomagały nawet argumenty empiryczne – wszystkich dyskutantów zachęcałem do obejrzenia na Youtube nagrań z przesłuchań przed komisją senacką kandydatów do amerykańskiego Sądu Najwyższego. Żaden z nich nie wypowiada się na temat zagadnień, które wchodzą w zakres sprawowania urzędu. Jednoznaczne opowiedzenie się oznaczałoby bowiem konflikt z niezawisłością, jaka chronić ma przyszłego sędziego przed jakimikolwiek zewnętrznymi naciskami czy lojalnościami.
Ostatecznie to, co miało być szansą na nowy transparentny standard nominacji do Sądu Najwyższego, okazało się pospiesznym i dość chaotycznym procesem, a Krajowa Rada Sądownictwa nie zawsze wyglądała jak organ konstytucyjny, czasem przypominając bardziej dział HR przedsiębiorstwa państwowego. Na szczęście do SN trafiło w tym naborze kilku świetnych kandydatów, którzy w innych okolicznościach pewnie by do niego nie trafili. Na nieszczęście jednak, owi świetni nominaci nie stanowią raczej większości wśród nowo powołanych sędziów SN. Na koniec wisienka na torcie: z lektury protokołów KRS wynika, że mnie zgubił najprawdopodobniej „wyraźny rys biznesowy”. Zachowuję to jako anegdotę z tego niełatwego, ale dość pouczającego doświadczenia.

Dwukrotnie „Dziennik Gazeta Prawna” uznał Pana za jednego z najbardziej wpływowych prawników w Polsce. W 2013 r. był Pan sklasyfikowany na 24., a w 2015 na 40. miejscu. To zapewne powód do dumy.
– Było mi miło, że moja aktywność została odnotowana. Traktuję to również jako uhonorowanie kolektywnego wysiłku, ponieważ duża część mojej pracy to działania zespołowe w ramach Instytutu Allerhanda, którym kieruję. Doceniona została praca ekspercka nad legislacją, ponieważ ja osobiście bądź członkowie kierowanego przez mnie Instytutu byliśmy uczestnikami wielu przedsięwzięć legislacyjnych. Uczestniczyliśmy np. w przygotowaniu nowego prawa upadłościowego i restrukturyzacyjnego, w przygotowaniu ustawy o prostej spółce akcyjnej, ustawy o polubownym rozstrzyganiu sporów gospodarczych i jeszcze kilku innych pracach legislacyjnych polskiego rządu, i to niezależnie od tego, jaka opcja była akurat u władzy. Cieszę się więc, że nasza praca została doceniona, bo rzeczywiście zaowocowała nowymi ustawami i tym samym wywarła wpływ na naszą rzeczywistość, co dla mnie jako naukowca jest istotne.
Z uzasadnień wynika, że doceniona została też moja działalność aktywistyczna. W tym rankingu honoruje się tych prawników, którzy w minionych latach wpłynęli na rzeczywistość w bardzo różnych obszarach, czy to obszarze stricte polityki, czy też społecznym. Było mi miło, że znalazłem się w tym gronie dwukrotnie jako jeden z bodaj dwóch czy trzech prawników z Krakowa.

Jest Pan silnie związany z tym miastem?
– Urodziłem się w Tarnowie, po maturze wyjechałem do Krakowa i przez okres studiów przez większość czasu tu mieszkałem. Mieszkałem także w Niemczech, w ramach wyjazdów akademickich związanych z moimi studiami, potem pracą badawczą przed i po doktoracie. Jena, Bonn, Kolonia, Hamburg, Monachium, Kilonia – to były te ośrodki w Niemczech, w których mieszkałem łącznie sześć lat. Potem na rok przeniosłem się do Nowego Jorku, pracując na New York University. Mieszkałem też w Kopenhadze w Danii, w Gandawie w Belgii. Te wszystkie moje peregrynacje zawsze się wiązały z pracą naukową.
Takim punktem na mapie, do którego zawsze wracam, jest Kraków. Niewątpliwie mam silny związek emocjonalny z tym miastem. Ale Kraków łatwiej kochać, niż go lubić. Miasto nie traktuje dobrze swoich mieszkańców, staje się makietą dla turystów. Brak jest spójnej wizji tego, jaki Kraków powinien być i jak ma wykorzystywać swoje atuty.

Wspomniał Pan, że szczególnie ważne jest dla Pana, gdy praca ekspercka nad legislacją owocuje ustanowieniem prawa i ma wpływ na rzeczywistość. Należał Pan do wąskiego grona doradców Komisji Europejskiej. Czy zaproponowane przez Pana rozwiązania zostały zrealizowane?
– Angażowanie ekspertów zewnętrznych w proces legislacyjny, który inicjuje Komisja Europejska, jest powszechne, ale wiele projektów z różnych przyczyn nie jest realizowanych. W latach 2013–2017 byłem członkiem 14-osobowej grupy eksperckiej powołanej przez Komisję Europejską. Przygotowaliśmy wtedy kilka projektów, które z sukcesem przeszły cały unijny proces legislacyjny, a więc przyjęła je Komisja Europejska, zaakceptowała Rada Europejska, potem przyjął Parlament Europejski. Pakiet rozwiązań prawnych, który wraz z zespołem opracowałem, stał się obecnie prawem unijnym, które każde państwo członkowskie będzie musiało u siebie implementować. Dla prawnika i naukowca to bardzo satysfakcjonujące osiągnięcie – trudno o przykład większego wpływu na rzeczywistość, w dodatku w wymiarze europejskim.
Dyrektywy, które przygotowaliśmy, dotyczyły transgranicznej mobilności spółek, czyli fuzji i podziałów transgranicznych, przenoszenia siedziby spółek w obrębie UE. Wcześniej istniały fragmentaryczne ramy prawne dla tego rodzaju operacji, a dla niektórych z nich wręcz próżnia prawna. Ogólne podstawy traktatowe przewidujące swobodę zakładania przedsiębiorstw w każdym państwie UE to za mało. Brak szczegółowych procedur i niekompatybilność krajowych porządków prawnych powodowały niepewność prawną, która jest dla rozwoju transgranicznego biznesu kosztowna.

Czy będzie Pan bardziej naukowcem, czy menedżerem w PAN – Stacji w Wiedniu?
– Stacja potrzebuje gospodarza, więc naturalnym jest oczekiwanie, żebym był menedżerem, ale chcę także kontynuować pracę naukową. Rola menedżera-naukowca nie jest dla mnie nową rolą. Przez lata pełniłem ją w Instytucie Allerhanda, który jest naukową jednostką. Niewątpliwie profil Stacji ulegnie pewnej zmianie, bo każdy dyrektor określa go pod kątem swojego profilu naukowego. Będę też chciał rozszerzyć zasięg oddziaływania Stacji naukowej i przyciągnąć tutaj takie osoby, które do tej pory się Polską nie interesowały, bądź które nie miały dotąd z Polską styczności. Chciałbym, by trafiły do Stacji PAN z racji udziału w pewnych wydarzeniach czy projektach, które same w sobie będą wartościowe, dotycząc np. aktualnych wyzwań europejskich. Osoby te być może ku własnemu zaskoczeniu odkryją, że Polska Akademia Nauk ma w tym obszarze interesującą ofertę. Uważam, że dyplomacja naukowa, podobnie jak każda dyplomacja, jest najskuteczniejsza wówczas, kiedy nie widać, że jest dyplomacją. Markę Polski i polskiej nauki będę chciał budować niejako jako efekt uboczny wartościowych wydarzeń i publikacji.

A jak będzie wyglądała współpraca ze środowiskiem polonijnym?
– Chciałbym tę współpracę poszerzyć. Mam wrażenie, że mamy do czynienia z pewną luką pokoleniową, ciągle nie umiejąc do końca przyciągnąć do polskich instytucji tej części Polonii, która mieszka w Austrii od niedawna. Jest mnóstwo Polaków, którzy tutaj studiują, robią doktoraty, pracują naukowo, wykonują zawody kreatywne albo tworzą start-upy. Osoby te świetnie się odnajdują w austriackiej rzeczywistości, łatwo się asymilują, osiągają sukcesy. Są świadomymi swojej wartości Europejczykami, którzy podążają za szansami, jakie daje im wspólna Europa. Potrzeba kontaktu z Polską może być dla nich mniej oczywista, niż była dla poprzednich generacji Polaków, którzy znaleźli się w Austrii w innym czasie i z innych przyczyn. Ważną i zapewne niełatwą misją będzie przygotowanie oferty dla tej nowej, kosmopolitycznej Polonii. Mam świadomość historii i dziedzictwa miejsca, które stało się z czasem siedzibą Stacji Naukowej PAN. „Strzecha” i „Forum Polonii”, które mają swoje biura pod tym samym adresem, co Stacja PAN, mogą być ważnymi sojusznikami w tych staraniach. Bardzo liczę na to, że wspólnie uda nam się stworzyć atrakcyjną ofertę dla tych rodaków w Austrii, do których dotąd ani Stacja naukowa, ani organizacje polonijne nie docierały.
Placówka, którą kieruję, realizuje też – jak już wspomniałem – misję dyplomacji naukowej. Polska niestety dotknięta jest problemem drenażu mózgów, przez co tracimy mnóstwo talentów. Ten proces nie wyhamowuje, tylko się nasila, i każdy na miarę swoich możliwości powinien się zastanowić, jak temu zjawisku przeciwdziałać. A skoro już Polacy wyjeżdżają, to trzeba zabiegać o podtrzymanie ich łączności z krajem.
Osobną kwestią jest bardzo niski współczynnik umiędzynarodowienia polskiej nauki. Za mało cudzoziemców ściągamy do polskiej nauki, a tracimy nieproporcjonalnie wielu Polaków, którzy wyjeżdżają za granicę i prowadzą tam działalność naukową. Często są to ludzie wybitni, najaktywniejsi, najbardziej przedsiębiorczy. Dołożę wszelkich starań, aby zarówno dla polskich repatriantów naukowych, jak i dla cudzoziemców zainteresowanych międzynarodową karierą naukową, Polska Akademia Nauk była miejscem przyjaznym, otwartym, atrakcyjnym i perspektywicznym.

Poprzedni dyrektor PAN Stacji w Wiedniu jest historykiem z wykształcenia. Ale Panu jako prawnikowi zagadnienia związane z historią również nie są obce. Brał Pan udział w Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej zatytułowanej „Prawda historyczna a odpowiedzialność prawna. Rozważanie na gruncie zniekształcania pamięci o niemieckich zbrodniach popełnionych w czasie II wojny światowej”.
– Jesteśmy świadkami sporu o pamięć i uczestnikami konfrontacji narracji historycznych. Mamy polską narrację, tworzącą w dużej mierze naszą pamięć zbiorową, która jest taka: Polska była pierwszą ofiarą Hitlera i Stalina, jednym z najbardziej dotkniętych krajów przez II wojnę światową, jeżeli chodzi o liczbę zabitych i zniszczenie kraju. Klęska, jaką poniosła, jest w jakiejś mierze rekompensowana zwycięstwem moralnym. To nas, jako Polaków, bardzo kształtuje – ponieśliśmy klęskę militarną, ale zachowaliśmy honor, poczynając od mowy ministra spraw zagranicznych Józefa Becka przed polskim sejmem, poprzez walkę na wszystkich frontach II wojny światowej po dominujące wśród Polaków postawy podczas wojny: brak rządu kolaboracyjnego, aktywny ruch oporu, Żegota, Powstanie Warszawskie. To filary pamięci zbiorowej Polaków. Wskazuję tutaj na istnienie tych kodów pamięci, abstrahując w tym momencie zarówno od stopnia zmitologizowania każdego z tych kodów, jak i ich użyteczności w kształtowaniu współczesnej świadomości politycznej Polaków.
Z kolei narracja żydowska jest taka, że okres II wojny światowej był kulminacyjny dla ideologii antysemickiej, którą Niemcy zradykalizowali i wdrożyli w postaci zindustrializowanej eksterminacji narodu żydowskiego, przy biernym, ale też często aktywnym udziale innych narodów, w tym Polaków.
Narracja niemiecka z kolei ewoluuje, a coraz istotniejszy jej nurt można podsumować w ten sposób, że II wojna światowa była tragicznym doświadczeniem, które dotknęło Europę za sprawą ideologii nazistowskiej, która co prawda rozwinęła się w Niemczech, ale też zwykli Niemcy są jej ofiarami. Niemiecka polityka historyczna, w tym prowadzona na niwie popkultury, prowadzi do swoistej europeizacji winy i redystrybucji odpowiedzialności za Holokaust. W ramach tej redystrybucji coraz większy udział przypada Polakom.
Mamy więc zderzenie trzech pamięci zbiorowych i trzech narracji historycznych. Należy dodać, że o ile narracja żydowska czy niemiecka rozwijały się po II wojnie światowej, o tyle Polska do tej konfrontacji dołączyła dopiero po 1989 roku. Wcześniej przecież nie byliśmy krajem wolnym, byliśmy sowieckim krajem satelitarnym i nie prowadziliśmy własnej autonomicznej polityki historycznej. Dzisiaj jesteśmy w przededniu 80. rocznicy wybuchu wojny i wciąż słyszymy pojawiające się w debacie publicznej określenia „polskie obozy śmierci” i „polskie obozy zagłady”. Nas, noszących silne piętno ofiary, bardzo uwiera takie nagłe przesuwanie na pozycje sprawcy. Dotyka to bowiem czegoś najistotniejszego, co nas konstytuuje jako Polaków.
Stąd też doszło do reakcji prawnej, gdy znowelizowano ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej. Obok artykułu 55, w którym mowa jest o penalizacji kłamstwa oświęcimskiego, dodano artykuł 55a, gdzie penalizowano przypisywanie narodowi polskiemu tej zbrodni. Jak wiemy, wywołało to ogromną burzę międzynarodową, w efekcie czego Polska poniosła bardziej uszczerbek na wizerunku, niż korzyść, i ostatecznie się z tej nowelizacji wycofaliśmy. Pojawia się zatem pytanie o strategię, jaką przyjął polski rząd w walce z dyfamacją. Czy narzędzia były adekwatne do celu, który miał być osiągnięty? Na ile prawodawca może być moderatorem, a nawet cenzorem dyskusji o przeszłości? Jakie są prawne granice polityki historycznej?
Właśnie pracuję nad książką na ten temat, która niebawem się ukaże. Ufam, że będzie ona pomocna dla tych, którzy kreują polską politykę historyczną. Polityka historyczna, jak każda polityka, wymaga bowiem świadomego korzystania z instrumentarium dostępnych środków. W tym instrumentarium znajdują się także narzędzia prawne. Możemy na tym polu odnotować cenne inicjatywy oddolne, zwłaszcza pracę, jaką od lat wykonuje pan mec. Lech Obara i jego współpracownicy ze Stowarzyszenia „Patria Nostra”. Inicjatywy te, właśnie dlatego, że są oddolne, okazują się w wielu miejscach skuteczne i przekonujące. Nie mogą jednak zastąpić przemyślanej strategii odgórnej, czyli przygotowanej przez władze państwowe. To państwo powinno umiejętnie budować swój kapitał moralny. Jest tu ciągle sporo do poprawy.

Rozmawiał Sławomir Iwanowski, Polonika nr 274, wrzesień/październik 2019

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…