Uzależniona od adrenaliny

– Zawsze, gdy się do czegoś zabieram, to muszę być najlepsza, w szczególności lepsza od mężczyzn – mówi Nathalie Mintert.

A lepsza chce być w boksie, wyścigach motorowych, skokach spadochronowych czy jeździe konnej...


Jest Pani niezwykle ciekawą osobą: aktorką, która z pasją oddaje się sportom motorowym, trenuje boks, sporty walki i jeździ konno. Zanim porozmawiamy o tych licznych zainteresowaniach, proszę zdradzić, jakie są Pani powiązania z Polską?
– Moja mama jest Polką, tata Niemcem. Urodziłam się właśnie w ojczyźnie taty, w Niemczech. Moja mama chciała koniecznie wrócić do Polski i gdy miałam siedem lat, rodzice sprzedali dom i przeprowadzili się do Krakowa. Mój tata w ogóle nie znał języka polskiego i ta decyzja była dla niego trudna, ale kochał moją mamę ponad wszystko i w 1994 roku zaczęli budować dom w Krakowie. Wychowywałam się dwujęzycznie, ojciec rozmawiał ze mną wyłącznie po niemiecku, moja mama, jako germanistka, rozmawiała ze mną w obu językach, a w szkole w Krakowie z rówieśnikami mówiłam po polsku.
Kraków to miasto wyjątkowe, sprzyjające rozwojowi artystycznemu. Czy to właśnie tam zaczęła się Pani interesować aktorstwem?
– Tak, w wieku 12 lat zaczęłam występować w krakowskiej grupie teatralnej „Pod parawanem". Sporo graliśmy, także poza Krakowem, wyjeżdżając na tournée. Potem poszłam do liceum o kierunku aktorskim. Szkoła, oprócz normalnych godzin lekcyjnych, prowadziła zajęcia teatralne, śpiewu, tańca i baletu. Od początku miałam plan, żeby zaraz po maturze wyjechać na studia aktorskie do Wiednia. Było to dla mnie możliwe właśnie ze względu na znajomość niemieckiego, którym posługuję się bez obcego akcentu, a to u aktora ważne.
Kolejne pasje, którym się Pani oddaje, to jazda konna i motory.
– Siedziałam w siodle już w wieku 8 lat, a potem jako trzynastolatka miałam swojego konia. Natomiast w świat motocykli wprowadził mnie mój chłopak, Polak. Nauczył mnie jeździć na motorze, od niego dostałam swój pierwszy motor Hondę 125. I tak to się zaczęło. To właśnie on wyjechał ze mną po mojej maturze do Wiednia, choć był ostatnią osobą, która chciałaby opuszczać Polskę. Nie miałam tu w Austrii nikogo z rodziny, nie wiedziałam, co mnie tu spotka, czy dostanę się do szkoły aktorskiej, czy się utrzymam i jak się wszystko potoczy, ale podjęłam wyzwanie.
Jak widać, świetnie sobie Pani poradziła i zrealizowała wszystkie plany.
– We dwoje zawsze łatwiej pokonywać przeszkody. Mój chłopak był mechanikiem. Szybko dostał pracę w serwisie motocyklowym. To właśnie tam poznałam znanego austriackiego aktora Floriana Teichtmeistera. Naprawiał swój motocykl u mojego chłopaka, polubiliśmy się, a on zaproponował mi pomoc w przygotowaniu się do egzaminów do szkoły aktorskiej. Intensywnie pracował ze mną nad moimi monologami i po miesiącu zdałam egzaminy do Schauspielschule Krauss. Marzenie się spełniło i zostałam przyjęta. Dodatkowo, żeby być niezależną finansowo, pracowałam na pół etatu w firmie Luis, gdzie sprzedawałam ubrania motocyklowe, akcesoria, kaski, kurtki skórzane itp. Dzięki mojej pasji do motocykli mogłam się utrzymać bez finansowej pomocy z domu i zacząć studia aktorskie.
Szkoła aktorska była Pani marzeniem, które się spełniło. Jaka okazała się rzeczywistość po zakończeniu studiów?
– Po trzyletnich studiach zakończonych państwowym dyplomem byłam bardzo sfrustrowana, bo był to niezwykle intensywny artystycznie czas. Ćwiczyłam swoje monologi, role, grałam w sztukach z innymi studentami, a potem nastała taka pustka i nie wiadomo było, co ze sobą zrobić. Zapisałam się do szkoły tańca Mamborama, gdzie chodziłam na dodatkowe kursy choreografii i tańców latynoamerykańskich. Treningi były naprawdę wykańczające, trwały po wiele godzin, czasem aż do północy. Dla aktora ważne jest, aby być wszechstronnym, ciągle się rozwijać. Im więcej różnych umiejętności, tym większe szanse na rolę.
Te umiejętności to także języki obce. Dostała Pani jakąś rolę ze względu na znajomość języka polskiego?
– Dostałam propozycję zagrania w rosyjskiej sztuce, która wystawiana była po rosyjsku w Petersburgu. Reżyserka Margot Vuga proponując mi główną rolę była przekonana, że mówię po rosyjsku. Ja nie znałam tego języka, ale postanowiłam dać z siebie wszystko i nauczyć się roli, tym bardziej że jako Polce było mi łatwiej niż Austriaczce nauczyć się fonetycznie tekstu rosyjskiego. To była niesamowita szansa na rozwój aktorski i trudne zadanie, bo grałam główną rolę męską w języku, którego nie znałam. Na pewno pomogło mi to, że rosyjski jest podobny do polskiego, trudność polegała jednak na tym, że nawet mówiąc poprawnie fonetycznie nie mogłam improwizować. Jeżeli tylko zapomniałam jednego słowa, to nie mogłam użyć synonimu, szybko dopowiedzieć czegoś, co oddawałoby sens wypowiedzi. To było fantastyczne doświadczenie, ale chwilami myślałam, że umrę ze strachu, tym bardziej że reżyserka też nie mówiła po rosyjsku. Ona miała tekst po niemiecku, ja w obu wersjach językowych, ale żadna z nas nie znała języka, w którym spektakl był grany. Totalne wariactwo. Ale w Petersburgu publiczność dobrze nas przyjęła, wszystko poszło fantastycznie, a sztukę graliśmy tam przez tydzień. Dla aktora to niezwykłe przeżycie. Festiwal był ogromny, mogliśmy się przyjrzeć, jak pracują ludzie teatru z całego świata. Ciekawa była też obserwacja pewnych stereotypów. Przykładowo, w teatrze rosyjskim obraz kobiety, jaki przedstawiany jest na deskach teatralnych, jest taki, że jest ona o wiele słabsza od mężczyzny, ciągle płacze i nie daje sobie rady. Zupełnie inaczej niż w Europie Zachodniej.
W Austrii często grywa Pani w sztukach wystawianych w przestrzeniach, które nie są typowe dla teatru. Zamiast klasycznej sceny w budynku teatralnym grywa Pani pod gołym niebem, w zamkach, galopuje na koniu w miasteczku westernowym. Co to są za role?
– Od czterech lat gram kobietę wampira w adaptacji Draculi Bram Strokera. Spektakl prezentowany jest na różnych zamkach. Sztuka jest interaktywna: my, aktorzy, nie gramy na scenie, tylko jesteśmy w ruchu, zmieniamy pomieszczenia i sale zamkowe, a publiczność przemieszcza się razem z nami. Wszystko odbywa się w atmosferze horroru, jest dużo krwi, jest dreszczyk emocji. Gramy co roku od września do Halloween, więc zdarzało się, że występowaliśmy w minusowych temperaturach.
Powróćmy do Pani pasji, dzięki której otrzymała Pani kolejną rolę. Swoje umiejętności w zakresie jazdy konnej wykorzystała Pani grając kobietę bandytę w sztuce, której akcja rozgrywa się na Dzikim Zachodzie.
– Thomas Koziol od kilku lat reżyseruje w Karyntii Sommerspiele na podstawie prozy Karola Maya, autora Winnetou. Poznaliśmy się przy produkcji Draculi. To właśnie on zaproponował mi główną rolę przywódcy bandytów. To początkowo miała być męska rola, ale zmieniono ją specjalnie dla mnie na kobiecą i tak narodziła się hiszpańska bandytka Constanza Morales, w którą się wcieliłam. Musiałam walczyć, jeździć konno, więc to był totalnie mój świat, gdzie mogłam połączyć moje największe pasje, czyli aktorstwo i jazdę konną. Pod otwartym niebem wybudowano miasteczko westernowe i tam odbywały się spektakle na świeżym powietrzu. Samo granie sztuki teatralnej pod gołym niebem jest zupełnie innym doświadczeniem. Uwalnia się całkowicie inna adrenalina niż ta, która pojawia się u aktora na deskach w zamkniętej sali teatralnej. Już sam fakt, że na takim przedstawieniu jest dwa tysiące osób, daje dodatkowego kopa. Największym wyzwaniem w tego rodzaju przedsięwzięciach teatralnych jest granie z żywymi zwierzętami. To już nie jest takie proste. Zwierzę nie jest ani aktorem, ani robotem, samo jego przyzwyczajanie do danej sytuacji, przykładowo trzydziestu stopni ciepła czy strzelania i eksplozji, to ciężka praca, wymagająca skupienia, cierpliwości i miłości do zwierząt. W sumie obyło się bez jakichś tragicznych wpadek. Drobnostką było, że ktoś spadł z konia nie wtedy, kiedy powinien, że koń nie chciał iść do przodu, tylko do tyłu. Adrenalina przy tej produkcji wynikała z tego, że nigdy do końca nie wiedzieliśmy, co się stanie, i nie byliśmy w stanie przewidzieć, jak potoczy się przedstawienie. Zdarzają się niespodzianki i przez to jest ciekawiej.
Czy motory to tylko hobby, czy może już coś więcej. Jak ta pasja ma się do aktorstwa?
– Motory to moja wielka pasja, ale też taki plan B wobec aktorstwa. Rok temu zaczęłam pracować dla firmy zajmującej się sportami motorowymi - Michael Fiala Motor-Sports. Wynajmujemy tory wyścigowe w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Organizujemy wyścigi, chętni mogą się u nas zapisywać i jeździć w grupach. Mamy około pięciuset Polaków, którzy jeżdżą u nas regularnie, a ja, dzięki znajomości języka polskiego, zajmuję się całą organizacją, zapisami i praktycznie wszystkim, co dotyczy tej polskiej grupy. Jeżdżę na ścigaczach, ale także w terenie, na Enduro. To jest inny świat, trzeba jeździć po lesie, w błocie, jest się cały czas narażonym na wstrząsy. Mało jest kobiet, które chcą pakować się w teren. Potem zaczęłam jeździć na torach wyścigowych. Po latach spędzonych na różnych motocyklach naturalną koleją rzeczy było rozpoczęcie treningów pod okiem profesjonalnych trenerów. Na torze, w wyścigu dla kobiet, w zeszłym roku zajęłam drugie miejsce. Dodatkowo zaczęłam w tym roku pracować w szkole jazdy u swojego chłopaka, który jest również moim trenerem na torze i na siłowni.
Dodatkowe pasje i umiejętności wzbogacają aktora, jak sama Pani zauważyła. Ale czasem mogą stanowić przeszkodę. Kiedyś z powodu wypadku na motocyklu omal nie straciła Pani swojej roli w teatrze. Jak to było?
– Tak, jak mówiłam, w zeszłym roku zajęłam drugie miejsce w wyścigu, a miesiąc później, w czasie treningu, gdy miałam za zimne opony, puściło mi przednie koło i straciłam przyczepność. Wywróciłam się, poleciałam w kamienie i złamałam obojczyk. Za trzy tygodnie miałam premierę westernowej sztuki na podstawie Karola Maya, w której musiałam strzelać, walczyć i jeździć konno. W tej sztuce moja postać wielokrotnie upada, spada z jakichś pagórków i robi różne akrobacje, co oznacza, że musiałam być stuprocentowo sprawna. Po wypadku na torze wyścigowym lekarze nie chcieli mnie operować i powiedzieli, że muszę poczekać około ośmiu tygodni, aż wszystko się zrośnie. Na własną rękę znalazłam lekarza, który zgodził się mnie operować zaraz na drugi dzień po wypadku. Jeden dzień poleżałam w szpitalu, załatwiłam sobie ochraniacz na obojczyk i pojechałam na próby. Na tych próbach nie mogłam dawać z siebie stu procent, ponieważ nie mogłam w ogóle ruszać ręką. W czasie jazdy konnej lejce trzymałam tylko jedną ręką, a drugą rękę w ochraniaczu starałam się aż do premiery nie przeciążać. Tydzień przed premierą musiałam już grać „normalnie", czyli upadać i walczyć, byłam szarpana i ciągnięta za włosy tak jak było w scenariuszu. No ale wszystko się udało i premiera też przebiegła bez problemów. Nie brałam żadnych tabletek przeciwbólowych, bo ból jest czymś, co jest tylko w naszej głowie. Koncentrowałam się na tym, żeby się szybko zregenerować i dalej trenować.
Czy takie nastawienie wynika z Pani sportowego stylu życia i intensywnych treningów?
– Tak. Sport jest niezwykle istotną częścią mojego życia. Od trzech lat trenuję boks, od dawna chodzę regularnie na siłownię, więc moje mięśnie są na tyle mocne, że wspomagały ciało w regeneracji po wypadku.
Jak to się stało, że piękna kobieta, aktorka, która mogłaby trenować np. gimnastykę artystyczną albo balet, oddaje się trenowaniu boksu?
– Właściwie to chciałam ćwiczyć jogę, ale się nie udało (śmiech). Gdy trwały próby do jednej ze sztuk, w których występowałam, poznałam dziewczynę, która chodziła na Bikram Jogę. Zainteresowało mnie to i też chciałam spróbować. Gdy pierwszy raz poszłam na jogę, okazało się, że obok odbywają się zajęcia z boksu i oczywiście ten boks mnie bardziej zainteresował. Przyznaję, że nie jestem taką typową kobietą i mam raczej męski charakter. Zaczęłam trenować i jak zwykle włączyło się moje ego i perfekcjonizm. Zawsze, gdy się do czegoś zabieram, to muszę być najlepsza, w szczególności lepsza od mężczyzn. W boksie robiłam szybko postępy, więc do treningów dołączyłam jeszcze mieszankę sztuk walki Synergy, czyli elementy taekwondo, karate, kickboxingu i samoobrony. Po trzech latach znowu było mi za mało, treningi były zbyt rekreacyjne, a ja najchętniej potrzebowałabym musztry wojskowej. Teraz zajęłam się tajskim boksem i trenuję sześć razy w tygodniu. Zmieniłam klub, trafiłam do innego świata, gdzie są prawie sami faceci, a trening nastawiony jest na udział w zawodach. Teraz ćwiczę pod okiem trenera, który przygotowuje mnie do pierwszej profesjonalnej walki.
Czy to oznacza, że aktorstwo schodzi powoli na drugi plan?
– Aktorstwo zawsze będzie na pierwszym miejscu. Najważniejszą dla mnie rzeczą jest bycie na scenie, granie, kontakt z publicznością. Uwielbiam próby i cały proces tworzenia roli. Gdy zaczynamy czytać sztukę w grupie, jeszcze nie wiemy, jaki będzie ostateczny wynik, jak to będzie wyglądało, co z tej pracy wyjdzie.
Po wypadku na motocyklu o mało nie straciła Pani roli. Nie obawia się Pani kontuzji, które mogłyby zaprzepaścić szanse na jakąś rolę?
– To dopiero się okaże, czy boks będzie współgrał z aktorstwem, bo jednak moja twarz jest moim ważnym narzędziem pracy. Po wypadku motocyklowym, co prawda, wróciłam na tor, nadal trenuję, ale mam już pewną blokadę w głowie i wiem, że kontuzje mogłyby uniemożliwić mi pracę na scenie. Problem tkwi w tym, że jestem uzależniona od adrenaliny. Niedawno zaczęłam kurs spadochroniarski, po którym sama będę mogła skakać z samolotu. Moja mama już przestała się mnie pytać o to, co robię, i powiedziała, że już nic nie chce nawet wiedzieć. A ja cały czas szukam tej adrenaliny, tego dreszczyku emocji.

Rozmawiała Magdalena Marszałkowska, Polonika Nr. 246/247, lipiec/sierpień 2015. 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…