Prawo i bezsilność

Bardzo, bardzo panią proszę... proszę przyjść na rozprawę, pani musi usłyszeć tę sędzinę, zobaczyć jak ona się zachowuje, inaczej mi pani nie uwierzy! 

 

 

 

 

Chcę, żeby pani napisała, że traktuje się nas Polaków jako obywateli gorszej kategorii! - z taką prośbą zwróciła się do mnie pani Katarzyna, której mąż został oskarżony o kradzież oraz stawianie oporu wobec władzy.

Mężowi pani Katarzyny, młodemu pracownikowi firmy budowlanej wpadła w oko para butów roboczych w jednym z wiedeńskich baumarktów, gdzie wraz z kolegą z pracy, również Polakiem, robił zakupy dla firmy. Cena butów nie była wygórowana, raptem 62 euro, pan Michał do biednych nie należy, więc właściwie trudno zrozumieć, dlaczego zamiast przymierzyć i pójść z butami do kasy, pan Michał przymierzoną parę zatrzymał na stopach, a stare buty, żartując i dowcipkując z kolegą, porzucił w wystawionej do sprzedaży szafce łazienkowej i dalej chodził po sklepie. Po jakimś czasie kolega opuścił sklep, pan Michał – nie. Kolega zadzwonił do niego z parkingu, prawdopodobnie ponaglając marudera. Ten jednak już ze sklepu nie wyszedł, ponieważ został zatrzymany przez sklepowego detektywa i odprowadzony siłą na zaplecze...

Oczywiście na zapleczu pan Michał zaczął się bronić, jako że ze sklepu w niezapłaconych butach przecież nie wyszedł. W sądzie zeznał, że właściwie chciał buty odstawić na miejsce, ale nie zdążył, gdyż został zatrzymany przez detektywa. Sędzina nie dała jego zeznaniom wiary. Puściła też mimo uszu informację, która wypsnęła się detektywowi, że pracownicy ochrony mają prawo zatrzymywać podejrzanych o kradzież dopiero po opuszczeniu sklepu, a w każdym razie po przekroczeniu strefy kas, podczas gdy pan Michał został zatrzymany nawet nie w drodze w kierunku wyjścia!

Trudno się dziwić, że pan Michał, osobnik słusznego wzrostu i, co tu kryć, porywczej natury, próbował się bronić i wyrwać detektywowi, który wobec tego, już na zapleczu sklepu, potraktował go sprayem pieprzowym w oczy i usta. Rozsierdzony strasznym, piekącym bólem, nic nie widząc i nie mogąc złapać tchu pan Michał rzeczywiście stracił kontrolę nad swoim zachowaniem i – jak zeznali przywołani przez detektywa policjanci, był bardzo agresywny, krzyczał, zrzucił ze stołu klawiaturę komputera i kopnął (plastikowy) kosz na śmieci w kierunku jednego z policjantów oraz zamachnął się raz i drugi do bicia, a po skuciu kajdankami i obezwładnieniu na ziemi nadal wierzgał.

Pan Michał pytany przez sędzinę, czy przyznaje się do tego, że wymachiwał rękami chcąc uderzyć próbujących obezwładnić go mężczyzn powiedział: tak, wymachiwałem rękami, oczy mnie piekły, nic nie widziałem, gardło miałem spalone, nie mogłem mówić, chciałem dostać wody... Tłumaczka, która powtarzała słowa oskarżonego po niemiecku, przetłumaczyła tę wypowiedź w miarę wiernie. Ale sędzina, która zeznanie nagrywała, powiedziała jedynie: „tak, wymachiwałem rękami", po czym dyktafon wyłączyła...

Zachowanie sędziny było właśnie główną przyczyną, dla której pani Katarzyna poprosiła mnie o przyjście na rozprawę. I miała rację: gdybym nie była świadkiem tego procederu, pewnie nie do końca bym pani Katarzynie uwierzyła, że sędzina, mówiąc do dyktafonu, ucinała za każdym razem tę drugą, usprawiedliwiającą część wypowiedzi oskarżonego. Tak więc kiedy pan Michał próbował podać jako przyczynę swojego agresywnego zachowania piekący ból lub wytłumaczyć, że niewiele widział na obolałe i łzawiące oczy, więc trudno mówić o „celowym ataku koszem na śmieci na policjanta” i że nie „patrzył na otwarte okno, rozważając możliwość ucieczki”, tylko próbował łapać świeże powietrze w obolałą krtań, w protokole podyktowanym przez sędzinę znalazły się jedynie fragmenty potwierdzające wymachiwanie rękami, kopanie kosza na śmieci, zwracanie głowy w stronę okna itd.

Sędzina nawet nie ukrywała, że uważa cudzoziemców za osoby niezbyt lotne, podczas wypowiedzi oskarżonego i detektywa (Bośniaka) nawet nie próbowała ukryć grymasów zniesmaczenia i znudzenia. Gdy natomiast pojawiali się mówiący dolnoaustriackim dialektem policjanci, sędzina uśmiechała się do nich promiennie, poprawiając kokieteryjnie długie blond włosy.
Całkowicie zbagatelizowany został fakt, że nikomu z obezwładniających pana Michała osób, czyli ani detektywowi, ani czterem policjantom nic się nie stało, żaden z nich nie został ani uderzony, ani tym bardziej poturbowany, żaden z nich nie został też obrażony słownie. Po pana Michała natomiast musiała przyjechać karetka pogotowia. Z powodu poważnego uszczerbku na zdrowiu, spowodowanego działaniem pieprzowego sprayu użytego z małej odległości, odwieziono niedoszłego „złodzieja butów roboczych” do szpitala... Kiedy adwokat, chcąc usprawiedliwić zachowanie oskarżonego, podał sędzinie opinię biegłego na temat możliwych obrażeń i dolegliwości powstałych na skutek działania sprayu pieprzowego, ta skrzywiła się, mówiąc: czy ja naprawdę muszę się tym zajmować? Po czym wzięła pismo jakby z obrzydzeniem w dwa palce i ledwie rzuciła nań okiem.
O złożeniu ewentualnej skargi przez pana Michała jako jedynego poszkodowanego w całym zajściu nie było ani przez sekundę mowy. Nikt nie podważył też słuszności działania detektywa, który zatrzymał pana Michała na terenie sklepu, a więc niezgodnie z prawem.

Nie próbuję tu usprawiedliwiać i wybielać pana Michała ani dyskutować o decyzji sądu, który za „zamiar kradzieży” (versuchter Diebstahl) i „zamiar uderzenia” (versuchter Schlag) wymierzył karę 15 miesięcy pozbawienia wolności (z czego 10 w zawieszeniu). Relacjonuję ten przypadek tak szczegółowo, ponieważ zawiera on przygnębiającą liczbę przykładów niesprawiedliwego, a podyktowanego uprzedzeniem do Polaków, potraktowania naszego rodaka w Austrii.
Ale jak się nie oburzać, kiedy detektyw zeznaje: zauważyłem obu już na parkingu i kiedy usłyszałem, że mówią po polsku, od razu pomyślałem, że trzeba będzie mieć ich na oku. I ani sędzina, ani nawet adwokat nie uważa za stosowne przywołać świadka do porządku i skarcić go za obraźliwe posługiwanie się stereotypami. Mało tego: także i adwokat, broniąc pana Michała i kreśląc jego sylwetkę jako pracowitego i zapobiegliwego męża i ojca, powiedział, że przecież... nie jest on klasycznym Polakiem (dosłownie: er ist kein klassischer Pole), czyli przypuszczalnie złodziejaszkiem i zabijaką. Kosztowało mnie to wiele samozaparcia, żeby nie zaprotestować natychmiast wobec tych karygodnych słów obrażających właściwie nas wszystkich. Ale wiadomo: podczas rozprawy sądowej ryby i publiczność głosu nie mają...

Wielokrotnie zdarzyło mi się słyszeć utyskiwania moich znajomych lub osób postronnych, że jesteśmy traktowani jak obywatele drugiej kategorii, że nami pomiatają, że traktują jak potencjalnych złodziei. Osobiście – takie miałam szczęście – nigdy dotąd się z tym nie spotkałam. Dzięki obecności na rozprawie w jednej z dolnoaustriackich miejscowości miałam okazję na własne oczy i uszy przekonać się, że tak rzeczywiście jest. A w każdym razie bywa... I to jest bardzo przykre.

(imiona Katarzyny i Michała zmienione przez redakcję)

Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika nr 234/235, lipiec/sierpień 2014.

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…