W drodze do Santiago

 Istniejąca od ponad tysiąca lat Droga św. Jakuba jest jednym z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych, obok szlaków do Rzymu i Jerozolimy. 

 

 

 

 

 Co roku kilkadziesiąt tysięcy osób wyrusza do grobu św. Jakuba w Hiszpanii. Ten szlak przemierzyła także mieszkająca w Wiedniu Monika. Potrzebowała pięć tygodni, by przejść pieszo 820 km!

Nadszedł taki moment
w moim życiu, że potrzebowałam odskoczni od moich udanych i nieudanych decyzji. Przeżywałam akurat trudne chwile, więc szukałam ciszy, samotności i spokoju. Natknęłam się na książkę Paulo Coehlo "Pielgrzym". Opis drogi św. Jakuba, przemyślenia i refleksje autora zapadły mi głęboko w serce. I decyzję, że wyruszę na trasę pielgrzymkową, podjęłam bardzo szybko.
Powiedziałam o swoich planach mojej przyjaciółce Karoline i postanowiłyśmy, że pójdziemy razem. Sprawy potoczyły się szybko: Karolina zarezerwowała bilety lotnicze do Barcelony na lipiec. Niestety, Karolina pisała pracę magisterską na jednej z wiedeńskich uczelni i nie mogła wyruszyć w tym samym terminie co ja. Ja wyruszyłam więc 16 lipca, ona zaś dołączyła do mnie po dwóch tygodniach. Dwa pierwsze tygodnie szłam więc sama.
Z pakowaniem
były problemy, bo zgodnie z zasadami, plecak nie powinien przekraczać 10% wagi ciała, ale w praktyce trudno się do tego zastosować, szczególnie na wyprawę, która trwa ponad miesiąc. Pakowałam się tak jak w góry, z listą w ręku. Zabrałam trzy pary butów: górskie, sprawdzone i rozchodzone, sandały turystyczne i japonki. Zabrałam jedną parę długich spodni, trzy pary spodenek, jedną letnią sukienkę, sporo bluzek i podkoszulków, polar, kurtkę przeciwdeszczowa. Mimo, że to Hiszpania w środku lata, w górach jest często bardzo zimno, a szlak północy wiedzie przez góry.
Najważniejsza rzecz to są buty. Można wygrać z pragnieniem, głodem, zmęczeniem - ale nie z odciskami czy bąblami. Po prostu nie da się iść dalej.
Camino del Norte
- droga północna, to trasa, którą wybrałam, wiodąca wzdłuż północnego wybrzeża Hiszpanii. Zdecydowałam się na tę trasę, a nie na klasyczną, wiodącą za Pirenejami, ponieważ urzekły mnie znalezione w Internecie zdjęcia gór i cudownych krajobrazów. Cała droga liczy sobie 820 km.
Pierwsze 200 km to było nieustanne błądzenie i i znajdowanie na nowo szlaku, to było wybieranie dróg, prowadzących w jakieś ślepe uliczki. Ale nie poddawałam się: pytałam i szłam dalej. Naturalnie, że na trasie są strzałki i muszelki wskazujące drogę, ale wcale nie tak łatwo jest je odnaleźć.
Pakując się najlepiej jak potrafiłam, zabrałam jednak zbyt dużo zbędnych rzeczy. Mój plecak był bardzo ciężki, co poczułam po pierwszych 30 km drogi. Wiedziałam, że takiego ciężaru nie uniosę. Trzeba było więc pozbyć się części zbędnych rzeczy. To była bardzo szybka decyzja, drugiego dnia rano, gdy ruszyłam ze schroniska. Było bardzo gorąco, miałam do pokonania ostre podejście. Poczułam w pewnym momencie taką niemoc, że zatrzymałam się, rzuciłam plecak na ziemię, wysypałam wszystko i błyskwicznie przesortowałm, wyrzucając zbędne szampony, balsam, książki itp. To była pierwsza selekcja. Druga była po czterech dniach.
W drodze spotykałam
wielu Niemców i Austriaków. Niemcy posługiwali się przewodnikami z dokładnymi opisami w formie GPS: gdzie są i jakie przewyższenia terenu, o ile stopni, w którym miejscu trzeba skręcić w lewo, w którym w prawo, ile metrów jest do przejścia od danego punktu do na przykład charakterystycznego mostku, za którym trzeba przejść 200 metrów w prawo... To lekka przesada. Zdecydowanie preferuję odrobinę niepewności i niespodzianek w trasie, wtedy czuję prawdziwy smak tej drogi. Przypomina ono wtedy tamto pielgrzymowanie sprzed wieków do grobu św. Jakuba.
Naturalnie, że każdy decyduje sam i sam ocenia, czego w ogóle oczekuje po takiej pielgrzymce. Ja szukałam przede wszystkim ciszy...i wolności.
Pierwsze 300 km
trasy były najgorsze, wiodły przez jakieś zapomniane wioski rybackie, w których życie toczy się swoim powolnym rytmem, ludzie siedzą i łowią ryby i nagle pojawia się samotna dziewczyna z plecakiem z rozpaczą szukająca jakiejś strzałki na kamieniu, drzewie, murku czy płotku.
Zdarzało się, że podziwiając widok na ocean i na góry mijałam oznakowanie trasy. Trzeba było wracać i dokładać nowe kilometry - czasami nawet mi się to podobało. Dla tych widoków wybrzeża klifowego, fal uderzających o skały i majestatycznych gór warto było iść dodatkowe kilometry. Jest soczyście zielono, mija się drzewa pomarańczowe, cytrynowe. Duża część trasy wiedzie właśnie po plażach i zboczach skalnych.
Prowadziłam dziennik,
w którym opisywałam wszystkie spostrzeżenia i refleksje po każdym dniu. Teraz ze zdziwieniem przejrzałam zapiski z pierwszego tygodnia, w którym dominowały skargi, że bolą mnie nogi, ramiona, że nie mam już siły. Z perspektywy czasu o tym się już nie pamięta.
Warunki w schroniskach są różne, w niektótych jest możliwość uprania swoich rzeczy, jest nie tylko pralka, ale i suszarka, czasami kuchenka, na której można coś podgrzać.
Któregoś dnia dotarłam do schroniska na wzgórzu, z widokiem na morze, w małej wiosce. Schronisko to znajdowało się w starej szkole. Klucz wisiał na żelaznej bramie w kopercie, na kopercie zaś była prośba, żeby po opuszczeniu schroniska zamknąć drzwi i zostawić klucz w tym samym miejscu. W schronisku było tak jak zwykle: piętrowe, żelazne łóżka, łazienka, księga, do której się wpisują pielgrzymi i pieczątka, którą osoba opiekująca się schroniskiem stemplowała paszport pielgrzyma. Tym razem nie było nikogo, pieczątka leżała na stole. Wpisałam się do księgi, umyłam, zjadłam coś i czekam. Mija godzina, druga, trzecia - nie ma nikogo. Znad oceanu wieje wiatr, niebo jest ponura, szkoła pusta. Ogarnia mnie lęk, tym bardziej że bardzo się boję gdziekolwiek nocować sama. Dopiero o 5 nad ranem zasnęłam. To była jedna z najtrudniejszych nocy na trasie.
Dla wiosek hiszpańskich charakterystyczna jest cisza. Mijałam czasami wsie, które wyglądały jak wymarłe. Nie widziałam nikogo krzątającego się przy domach, bawiących się dzieci. Czasami tylko wybiegał mi na spotkanie jakiś psiak.
Szłam więc sobie sama
i rozmyślałam. Każdy wyrusza w tę drogę z innych pobudek, w innym celu. Dla mnie ważne było to, że mogę pobyć sama, że idę sama w ciszy przez lasy i pagórki. Rozmyślałam o całym swoim życiu. To samotne wędrowanie miało inną jakość niż potem wędrówka w grupie. Najpierw dołaczyła do mnie, zgodnie z planami, Karolina. W kolejnym schronisku wieczorem dołaczyło do nas dwóch polskich księży zakonnych oraz ich znajomi, Natalia i Michał. I od tej pory szliśmy już razem. To wspólne pielgrzymowanie miało też swój urok, było wesoło, było też poważnie, kiedy księża odprawiali nabożeństwa na plaży.
W czasie wspólnego wędrowania
przeżywaliśmy też trudne sytuacje. Pewnego dnia zaplanowaliśmy trasę na 35 kilometrów. Był to jeden z niewielu dni, kiedy panował potworny upał. Wyszliśmy o zmroku, o 4.00 rano, jeszcze z latarkami. Około godz.15.00 dotarliśmy do miejscowości, w której miało się według mapy znajdować schronisko. Okazało się, że ten budynek jest w remoncie. Z mapy wynikało, że do kolejnego schroniska jest 20 km, ale po drodze był też klasztor cystersów oddalny o około 10 km, więc tam postanowiliśmy dotrzeć, choć oznaczało to zejście z trasy. Wlekliśmy się noga za nogą. W pewnym momecie dotarliśmy do takiej żelaznej budy, tuż przy drodze. Pamietam, że padliśmy tam wszyscy bez sił i nie mogliśmy wstać. Droga do klasztoru prowadziła przez pustynię sklaną, porośniętą z karłowatymi drzewami. Nigdzie nie było odrobiny cienia. Skończyła nam się woda, po drodze zaś nie było możliwości kupienia czegokolwiek. W pewnym momencie zobaczyliśmy jakieś gospodarstwo, a na podwórku studnię. Michał poszedł nabrać wody do butelek, kiedy nagle wyskoczył ogromny wilczur. Chłopak rzucił się do ucieczki, my także. Oczywiście pies nas bez trudu dogonił, poszczekał, obwąchał nas i odszedł sobie. Dobrze, że nasza idiotyczna reakcja tak się skończyła. Ale to już chyba upał i zmęczenie dawał się we znaki.
Doszliśmy do klasztoru cystersów -
zapukaliśmy do ogromnej bramy i jak w średniowieczu u furty pojawił się mnich. Klasztor był ogromny, z krużgankami, wielkim dziedzińcem. Okazało się, że wśród braci zakonnych jest też nasz rodak, jeden z braci mówił też po niemiecku - więc mogliśmy się bez trudu porozumieć. Mogliśmy skorzystać z kuchni, ugotowaliśmy sobie spaghetti. Usiąść znowu przy stole, jeść normalnymi sztućcami z normalnych talerzy - to była prawdziwa, cudowna uczta. Ten nocleg w klasztorze był chyba nagrodą za ten potworny wysiłek.
W drodze żywiliśmy się
głównie pomidorami, brzoskiwniami, bagietkami, które w Hiszpanii są bardzo tanie. Na trasie wyznaczone są miejsca noclegowe, ale niegdy nie wiadomo, czy jest to większe miasteczko czy maleńka wioska, w której nic nie ma, dosłownie nic! Nie wie się, czy można się tam zaopatarzyć w żywność i wodę. Często dochodziliśmy do np. opuszczonej strażnicy i okazywało się, że w niej mieści się schronisko, ale w najbliższej okolicy nie było nawet najmniejszego sklepiku, gdzie można byłoby coś kupić. Któregoś dnia wysłaliśmy Michała do wsi, w poszukiwaniu mleka, wrócił z czterema litrami białego napoju. Szczęście nam dopisywało, bo wieczorem przejeżdżał przewoźny sklep, w którym to zakupilismy swieżutkie pieczywo. Rzuciliśmy się na ten chleb i mleko, było to coś wspaniałego, ile radości mogą sprawić podstawowe produkty, które zawsze są pod ręką, a teraz były najwspanialszymi darami.
Na 10 km przed Santiago
wszyscy pielgrzymi zatrzymują się na tzw. Wzgórzu Radości. Stamtąd roztacza się już widok na Santiago i na katedrę św. Jakuba.
Codziennie o godzinie 12.00 jest odprawiania w katedrze msza św. dla nowo przybyłych pielgrzymów. Przed katedrą jest ogromny plac, na którym spotykają się pielgrzymi z całego świata, słychać wiele języków.
Przylądek Finisterre
uznany przez starożytnych za koniec świata, znajduje się około 100 km od Santiago. Zaczyna się tu bezkresny ocean. Gdy tam dotarłam, na słupku zobaczyłam napis: 0,00 km. Pielgrzymi, którzy tu doszli, zrzucali szaty i zmywali z siebie trud wędrówki. Oto odszedł stary i narodził się nowy człowiek - taka była symbolika tego obmycia. Też poszłam wykąpać się w Atlantyku. Podziwiałam zachód słońca. Potem patrzyłam w rozgwieżdżone niebo.
To w 813 roku
pustelnik Pelayo ujrzał snop spadających na wzgórze gwiazd. Tak znaleziono sarkofag ze szczątkami św. Jakuba. Nad grobem najpierw wybudowano kaplicę, a potem wspaniałą gotycką katedrę. Compostela, czyli campus stellae - oznacza pole gwiazd. Naprawdę, warto było przejść pieszo 820 km, żeby zobaczyć te gwiazdy i taki zachód słońca!

Droga Świętego Jakuba -Camino de Santiago to jeden z najstarszych europejskich szlaków pielgrzymkowych. Prowadzi do grobu apostoła Jakuba Starszego, który - według legendy, mieści się w katedrze w Santiago de Compostela. Szlaki, którymi pielgrzymi zmierzali do Santiago, tworzyły gęstą sieć obejmującą niemal cały Stary Kontynent, stając się jednocześnie drogą rozprzestrzeniania kultury i tożsamości europejskiej. Goethe napisał, że "Europa zrodziła się pielgrzymując do Santiago", podkreślając znaczenie szlaku dla rozwoju kulturalnego Starego Kontynentu.Współcześnie odżywa tradycja pielgrzymowania Drogą Świętego Jakuba.


Halina Iwanowska, Polonika nr 195, kwiecień 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…