Dni, których jeszcze nie znamy

Jola Wieczorek. Fot. ©Ruben Rocha

Dni, których jeszcze nie znamy

Doświadczenie migracji, które towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów, naznacza go w sposób znaczący, determinuje jego zachowanie, poglądy i charakter, wpływając też na kolejne pokolenia. Dla niektórych stanowi ono przeżycie traumatyczne, dla innych jest wyzwaniem, by je przekuć w coś pozytywnego.

Maluchem ruszyliśmy na Zachód, marzec 1989 r. Fot. mat. prasowe

Nasza rozmówczyni, Jola Wieczorek, pochodzi z pokolenia migracyjnego lat 80. Wraz z rodzicami przebywała w obozie przejściowym dla uchodźców w Traiskirchen. Po latach postanowiła szerzej opowiedzieć o tym doświadczeniu, obecnym również we wspomnieniach wielu Polaków tamtych lat. Powstał film dokumentalny, w którym główne role grają jej rodzice oraz dawni emigranci z obozu, do jakich dotarła również na innych kontynentach. Posłuchajmy jej historii…

Co skłoniło Panią do zrealizowania dokumentu o Polakach przebywających w latach 80. w obozie uchodźców w Traiskirchen?
– Pomysł na film chodził za mną od dawna, ale zdecydowałam się dopiero, gdy moja mama zachorowała, a ja zaczęłam się obawiać, że stracę świadka tak ważnego momentu w moim i naszym życiu. Film nie dotyczy tylko obozu, ale ogólnie migracji na Zachód i procesu integracji. Zawsze chciałam zrozumieć, dlaczego dorastałam w Salzkammergut, a nie np. w Toronto lub Sydney.

Już w Austrii – Salzkammergut. Fot. archiwum prywatne

Proszę przybliżyć historię Pani rodziców.
– Rodzice długo myśleli o migracji. Przyjaciele i rodzina wyjeżdżali, znikali, a niektórzy czasem wracali. Mój tata wyjechał w 1988 roku, aby trochę „powąchać” i wyrobić sobie własne zdanie o Zachodzie. Wykupił wycieczkę turystyczną do Wiednia, potem odłączył się od grupy i pojechał do pensjonatu niedaleko Hallstatt, gdzie przebywała wówczas moja ciocia z rodziną. Oni z kolei czekali na wyjazd do Kanady.
Tata pracował przez jakiś czas w okolicy, poznał też pewną austriacką rodzinę, której pomagał wyremontować dom. Z listów rodziców wynika, że nie był jeszcze przekonany do migracji. Aczkolwiek w marcu 1989 rodzice spakowali nas, wcisnęli do malucha i ruszyliśmy na Zachód. To sytuacja ekonomiczna zmusiła ich do podjęcia tej decyzji. Film dokładniej rozwija tę historię. Ale każdy z nas ma swoją jej wersję. Tak funkcjonuje nasza pamięć – każdy pamięta i odczuwa inaczej. To również piękne, że nie ma jednej prawdy.

Słowa Dni, których jeszcze nie znamy odnoszą się do przyszłości. Pani jednak opowiada w filmie historię poprzedniego pokolenia. Jak zatem mamy rozumieć tytuł?
– Film przywołuje moment podjęcia decyzji o migracji, czytamy listy z tamtych czasów, jedziemy znów przez miejsca, które mijaliśmy i przez które przechodziliśmy, szczególnie obóz. Wracamy więc do chwili, kiedy rodzice stali przed wyzwaniem – dniami, których jeszcze nie znali. Piosenka Marka Grechuty towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo. Kiedy tylko zaczęłam pracować nad projektem, sama przyszła mi do głowy.

Jak wyglądała praca badawcza i przygotowanie scenariusza? Czy dotarcie do materiałów sprzed kilku dekad było łatwe? Z jaką reakcją spotkała się Pani ze strony instytucji?
– Na moje zapytanie o dokumenty ministerstwo odpisało, że nasze akta zostały już zniszczone. Ale miałam łatwy dostęp do archiwów miejskich w Traiskirchen. Nie musiałam więc szukać aż tak daleko i znalazłam tam wiele cennych rzeczy. Mama również była archiwistką: niczego nie wyrzuciła. Wszystkie dokumenty z Traiskirchen były w teczce na strychu. Najwięcej pracy sprawiło mi odczytanie i przepisanie listów, które mama i tata pisali do rodziny w Polsce. Po śmierci babci i dziadka mama znalazła je w domu dziadków, inne listy miały moje ciocie.
W całym przedsięwzięciu pomógł mi bardzo Marcin Ratajczak, Poznaniak, który mieszka i studiuje w Wiedniu. Selekcjonowanie materiału z racji ogromnej ilości korespondencji było bardzo trudne, a przecież z punktu widzenia córki wszystko wydawało mi się interesujące. Trzeba było jednak znaleźć te treści, które byłyby także interesujące dla międzynarodowego widza. Po raz pierwszy napisałam scenariusz, taki jak do filmu fabularnego. Pomogło mi to połączyć różnorakie warstwy filmu. Do tego moja współpraca z ORF i Filmarchiv była bardzo owocna i przyjemna, ponieważ otrzymałam dostęp do rozmaitych archiwów państwowych i prywatnych. A w nich kryją sie prawdziwe skarby.

Replika sypialni w Traiskirchen. Fot. mat. prasowe

Na potrzeby filmu stworzono na Baumgartnerhöhe, na zachodnich przedmieściach Wiednia, replikę obozu. Czy udało się wiernie przedstawić ówczesny Lager?
– Nie zamierzaliśmy wiernie przedstawiać obozu, lecz naszą pamięć. Nazywałam to „Erinnerungsräume” (przestrzenie pamięci). Nie oglądałam zbyt wielu archiwów ani zdjęć przed budowaniem repliki, inspirowałam się za to długim wywiadem z rodzicami, który przeprowadziliśmy podczas pandemii, kiedy pytałam ich o dokładny opis obozu.

Urodziła się Pani w czasach, gdy Polacy już przez ten obóz nie przechodzili. Czy o tym etapie życia mówiło się w domu?
– W obozie czekało się na decyzję o azyl, przez mniej więcej 3 miesiące. Jeśli decyzja była pozytywna, zostało się skierowanym dalej do pensjonatu, a jeśli negatywna, nie miało się statusu uchodźcy i albo trzeba było wrócić do kraju, albo próbować innych sposobów. Jednak wiosną 1989 roku, gdy Polacy zaczynali dostawać negatywne decyzje, rodzice zaczęli szukać innych sposobów, aby wyjechać do Szwecji, Kanady lub innych krajów. W ostateczności zostaliśmy na miejscu, ale zawsze zastanawiałam się, jak wyglądałoby moje życie w innym kraju. Ogólnie rodzice niechętnie opowiadali o tamtym czasie. Był to okres bardzo trudny, może nawet traumatyczny, dlatego już jako osoba dorosła nie mogłam odpowiedzieć na pytanie, dlaczego trafiliśmy do Salzkammergut, a nie do Toronto czy Sztokholmu. Wiedziałam o istnieniu pozostałych opcji, ale nie miałam wpływu na decyzje, jakie zostały podjęte. Film pomaga mi również znaleźć odpowiedzi na moje pytania.

Do ilu osób Pani dotarła i w jakich częściach świata? Jak wyglądały poszukiwania i czy łatwo było namówić rozmówców do wspomnień?
– Wystosowałam apel w mediach społecznościowych, pisząc do polskich sklepów i restauracji w Kanadzie. Odezwało się wiele osób, które również przebywały w Traiskirchen w latach 80. Zaczęliśmy rozmawiać na Zoomie. Wszyscy chętnie dzielili się ze mną swoimi historiami. Były to opowieści bardzo poruszające, ale też do siebie podobne. Dzięki jednej Polce w Kanadzie nawiązałam kontakt z Polakami, którzy zostali w Wiedniu. Jedna znajomość przerodziła się nawet w przyjaźń.

Czy jest wspólny motyw, jaki przewija się we wspomnieniach osób w różnym wieku i pochodzących z różnych środowisk?
– Tak. Zawieszenie pomiędzy dwoma życiami, problemy integracyjne, językowe, a później kryzys tożsamości. Oczywiście innym doświadczeniem było iść do high school w Toronto, a innym do Volksschule w Bad Goisern, ale bardzo dobrze rozumiemy, jak czuliśmy się w naszej nowej, obcej ojczyźnie.

Czym był obóz wówczas i jakie refleksje budzi obecnie u Pani rozmówców?
– Rzadko kto miał dobre wspomnienia. Brak intymności, prywatności, smacznego jedzenia. Dzieliliśmy się nie tylko pomieszczeniami, ale także niepewnością o przyszłość. Ciekawe, ile z rzeczy, które pamiętałam, nie było wymyślonych, ale naprawdę się zdarzyły. Szokujące jest to, że dla niektórych pobyt w obozie był jednak lepszy niż to, co działo się w ich życiu po jego opuszczeniu.

Jola Wieczorek z kamerzystą Klemensem Koscherem. Fot. mat. prasowe

Czy dokument, który będziemy mogli obejrzeć w kinach w 2025 roku, opowiada historię Pani Rodziców i innych uczestników rozmów, czy jest to Pani artystyczna i osobista interpretacja?
– Film dokumentalny kreatywny – tak się nazywa genre w którym się poruszam – nigdy nie jest obiektywny. Każda decyzja przekierowuje spojrzenie w inną stronę. Nie jestem w stanie opowiedzieć wszystkiego. Już teraz przy montażu wypada wiele momentów, które są dla mnie ważne. Ale naszym celem jest stworzyć film, który wciąga i pokazuje szczególny moment w europejskiej historii oraz może uświadomić, że migracja nie jest łatwą drogą, niezależnie od tego, skąd, dokąd i kiedy.

Pani dzieło sytuuje się w obszarze rozrachunków osobistych. Czy istnieje potrzeba upamiętnienia tego wycinka polskiej historii i jak najlepiej można to uczynić, tu w Austrii, jak i w Polsce?
– Dla mnie to, co osobiste, jest zawsze polityczne. Historia niestety zbyt często się powtarza. Nie jest dla mnie aż tak ważne, czy chodzi o Polskę, czy Austrię, liczą się same odczucia człowieka i jego walka o sprawiedliwość lub podstawowe prawa. Chcę znaleźć coś uniwersalnego w tych małych, osobistych historiach. W ten sposób możemy wyostrzyć nasze spojrzenie na teraźniejszość i stać się bardziej empatyczni wobec otoczenia. 

Proszę opowiedzieć o sobie i swojej pracy. Mieszka Pani w Wiedniu…
– Wiedeń mi się podoba, bo leży w środku Europy i jest bardzo kosmopolityczny. Czuję się tu czasami jak w domu, gdyż leży trochę na granicy między Zachodem a Wschodem. Jest tu sporo Polaków, nikt nie jest zaskoczony brzmieniem mojego nazwiska. Czasami jednak Wiedeń wydaje się zbyt wygodny, brak mu lekkości czy zaskoczenia.
Mieszkałam za granicą przez prawie 20 lat. Studiowałam reżyserię w programie DocNomads, w grupie osób pochodzących z 20 różnych krajów, w Lizbonie, Budapeszcie i Brukseli. Bardzo mi to pomogło lepiej rozumieć inne kultury, podejścia i spojrzenia. Mój partner jest z Madrytu, mieszkaliśmy w Barcelonie, gdzie nadal mamy wielu przyjaciół. Zobaczymy, gdzie nas jeszcze poniesie wiatr. Teraz mamy dziecko i myślę też o nim. Chcę mu oferować coś, co można nazwać domem, bo ja tego nie miałam przez długi czas.

Kiedy jest planowane zakończenie montażu i premiera filmu?
– Montuję z montażystką Ewą Golis z Warszawy. Jest to bardzo miła współpraca i moja pierwsza z kimś z Polski. Ewa przyjeżdża na kilka tygodni do Wiednia i wspólnie pracujemy nad filmem. Gdy obie jesteśmy w swoich domach, prowadzimy długie rozmowy przez Zoom. Zawsze, kiedy myślę, że jesteśmy już blisko zakończenia, okazuje się, że to potrwa nieco dłużej. Planujemy zakończenie na wiosnę, ale wszystko może się jeszcze zmienić

Rozmawiała Anita Sochacka, Polonika nr 306, styczeń/luty 2025

O Traiskirchen:
W Traiskirchen mieści się największy obóz dla uchodźców w Austrii i jeden z największych takich obozów w UE. Zajmuje zabudowanie i tereny dawnej Cesarskiej Szkoły Kadetów Artylerii, wzniesionej w 1900 roku. Szkoła Kadetów w Traiskirchen mogła pomieścić do 340 kadetów, 160 pracowników i 110 koni (do nauki jazdy konnej). W 1916 roku została przekształcona w akademię artylerii, a pod koniec Wielkiej Wojny rozwiązana, by następnie służyć jako państwowa szkoła cywilna.

Po Anschlussie Austrii od 1939 roku szkoła służyła jako ośrodek kształcenia politycznego (Napola), tu też mieścił się szpital wojskowy. 3 kwietnia 1945 roku wojska radzieckie wyzwoliły Traiskirchen i pozostały w strefie okupacyjnej do jesieni 1955 roku W koszarach armii radzieckiej przebywało ok. 2000 żołnierzy. Zorganizowano tu też szpital.

Po zakończeniu okupacji Austrii przez aliantów ośrodek po raz pierwszy wykorzystano jako obóz dla uchodźców w latach 1956–1960, początkowo jako schronienie dla węgierskich uchodźców, którzy opuścili swój kraj w wyniku rewolucji węgierskiej w listopadzie 1956 roku. 5 listopada przybyło do Austrii 113 810 osób, a 6000 zostało przewiezionych do obozu w Traiskirchen. Po Praskiej Wiośnie (1968) sprowadzono tu czeskich i słowackich uchodźców. W latach 70. i 80. przyjęto więcej uchodźców – głównie z Europy Wschodniej (m.in. Polski), ale także Ugandy, Chile, Iranu, Iraku i Wietnamu.

W 1982 roku o azyl w ośrodku wystąpiła rekordowa liczba 30 tys. Polaków. Tylko garstce z nich udało się uzyskać status uchodźcy i prawo pobytu w ośrodku. W maju 1990 roku minister spraw wewnętrznych zapowiedział zamknięcie instytutu. Plan ten został jednak odrzucony, gdyż nie udało się osiedlić w innych lokalizacjach przebywających w ośrodku uchodźców oraz spodziewano się w styczniu 1991 roku napływu nowych uchodźców ze Związku Radzieckiego.

W 1993 roku obóz został przemianowany na Urząd Azylowy Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych („Bundesbetreuungsstelle für Asylwerber”). W 2015 roku, w wyniku europejskiego kryzysu migracyjnego, musiał przyjąć rosnącą liczbę nielegalnych imigrantów. Do końca lipca 2015 roku w ośrodku przebywało ponad 4500 osób.

BIEŻĄCY NUMER

PRZEGLĄD IMPREZ

Nasz Wiedeń

Deutschsprachige Texte

So sind wir

POGODA w WIEDNIU