Najlepiej walczyć na słowa

Książę Jan Żyliński udzielił „Polonice" wywiadu.

Czym fascynuje polski książę z Londynu, który w obronie dobrego imienia Polski nie zawahał się wyzwać na pojedynek Nigela Farage'a, lidera brytyjskich nacjonalistów i zdeklarowanego przeciwnika imigracji? 

Znacznie oddalona od innych arystokratycznych rezydencji Londynu, usytuowana w podmiejskiej dzielnicy Ealing, otoczona szczelnie wysokim murem żywopłotu – wita mnie rezydencja księcia Jana Żylińskiego. Budynek zwany dumnie „White House", stylizowany na osiemnastowieczny pałac, otacza ogród pokryty idealnie zadbanym, angielskim trawnikiem. Przed wejściem stoi zaparkowany czarny Bentley. Przekraczając bramę rezydencji odnoszę wrażenie, że wprost z londyńskiego przedmieścia przeniosłem się do najbardziej eleganckiej części Paryża. Budynek robi ogromne wrażenie swoim stylem i dbałością o szczegóły. „Pałac na Ealingu" uznawany jest za jeden z najważniejszych budynków w Londynie.
Książę Jan Żyliński to bez wątpienia jedna z najbarwniejszych postaci Londynu. Biznesmen z arystokratycznymi korzeniami, słynący z ułańskiej fantazji i wielkiego patriotyzmu, uwodzi osobowością i inspiruje. Gdy brytyjski polityk Nigel Farage, znany ze swych bezpardonowych ataków na imigrantów, w tym także na Polaków, stwierdził, że korki na autostradzie to także wina obcokrajowców, Jan Żyliński uznał, że miarka się przebrała. Wyzwał Anglika na pojedynek.
Książę, dystyngowany starszy mężczyzna o arystokratycznym wyglądzie, przyjmuje mnie w sali balowej. Na marmurowym stole, wokół którego stoją krzesła z epoki, ułożono starannie magazyny, książki i zdjęcia. Moją uwagę przykuwa gazeta z wynikami niedawnych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii.

– Jestem w głębokiej żałobie, gdyż straciłem fajnego wroga – przywódcę nacjonalistów, Nigela Farage'a – wita mnie książę, wskazując na tytuł gazety.
Przecież Brytyjczyk nie podjął Pańskiego wyzwania i nie doszło do pojedynku w Hyde Parku ani na szable, ani nawet na słowa.
– Tak, to prawda (śmiech). Chodzi mi o to, że Farage nie dostał się do parlamentu.
Czyli uważa Pan, że Polak zwyciężył brytyjskiego nacjonalistę bez walki?
– Zdecydowałem się na ten pojedynek na szable, bo staram się zwrócić na siebie uwagę mediów. W tym celu muszę robić rzeczy niekonwencjonalne, by przyciągnąć zainteresowanie prasy. Nacjonaliści dotychczas nie mieli przeciwnika z polskiej strony. Ja to zmieniłem. Wszyscy twierdzą, że stałem się dzięki temu twarzą medialną, reprezentującą Polaków na Wyspach. Tak naprawdę jestem biznesmenem i całe swoje życie spędziłem jako kapitalista. Uważam siebie samego za towar, który musi się sprzedać. Aby to było możliwe, musi on służyć pewnym celom. W tym przypadku Polakom, promowaniu propolskiej idei. Staram się jednak podchodzić do tego bardzo racjonalnie. Tak się składa, że uwielbiam media. Już w czasie studiów pracowałem jako dziennikarz w „The Times", „Guardian" oraz w polskiej sekcji BBC. Teraz panuje istne tsunami medialne, wszyscy chcą ze mną rozmawiać. Wykorzystuję to dla Polski.
Wyzwanie Farage’a na pojedynek to wsadzenie kija w mrowisko angielskiej polityki. Nikt wcześniej nie śmiał tego uczynić – stanąć w obronie niedocenionych Polaków. Jak Pan sądzi, dlaczego Farage nie podjął wyzwania?
– Był to dla niego szok. Nietypowa akcja, praktycznie bez precedensu. Zrozumiał, że ma we mnie autentycznego przeciwnika, jakiego dotychczas nie spotkał. Ja się tutaj urodziłem, jestem wykształcony, mówię płynnie po angielsku i mam pozycję społeczną. Wystraszył się tego. Polacy mają odwagę i potrafią walczyć. To najodważniejszy naród w Europie. Uważam jednak, że teraz boją się walczyć.
A jak odebrali Pana czyn Anglicy?
– Starsze pokolenie pamięta o nas, bo uczyli się w szkole o udziale Polaków w II wojnie światowej, ale młodzi już nie. Nasza młodzież natomiast trochę się obija o tradycję naszej wielkiej siły. Polska była kiedyś przecież mocarstwem. Dziś mało kto o tym pamięta, szczególnie tutaj, w Anglii. Starałem się dać dobry przykład, z lekkim przymrużeniem oka, ale jednak stanowczo. To ujęło Anglików. Mój czyn ocenili jako „charming” – czarujący. Wiedzieli, o co chodzi, zrozumieli mój przekaz. Z Anglikami można wiele osiągnąć humorem. Po akcji z pojedynkiem na szable odbył się plebiscyt dziennika „Daily Telegraph”. To pismo prawicowe, z jego czytelników wywodzi się dotychczasowy elektorat Farage’a. Padło pytanie: „Kto wygrał pojedynek: Farage czy Żyliński?” 88% czytelników zagłosowało na mnie!
Dlaczego wygrał Pan ten plebiscyt?
– Myślę, że z jednej strony Farage po prostu nie jest lubiany. Angielska „middle class” uważa go za osobę o chamskich manierach. A ja ująłem ich tym, że zachowałem się w sposób nie przypominający emigrantów spoza Europy, którzy na ogół robią w takich sytuacjach rozróby, podpalają sklepy, organizują zamachy terrorystyczne. Zachowałem się po europejsku, z lekkością. Chciałbym, aby był to wzór dla Polaków. We wszystkich wywiadach podkreślam, że chcę, aby moje przesłanie dotarło do każdego rodaka. Owszem, bywają sytuacje, kiedy trzeba się bić. Mój ojciec się bił. Czasami nawet pięściami trzeba się bić, ale bardzo rzadko. Najlepiej walczyć na słowa. Uśmiechem, debatą i dialogiem.
Czy tacy właśnie są współcześni Polacy na Wyspach? Jaka jest nasza emigracja?
– Polacy na Wyspach odgrywają obecnie rolę, jaką przez ponad sto lat odgrywali Irlandczycy. Oni również przyjeżdżali tu dlatego, że ich kraj w porównaniu z Anglią był bardzo biedny. Przybywali i pracowali tak jak teraz Polacy, jako tania siła robocza. Po pewnym czasie okrzepli i stali się częścią społeczeństwa. Irlandczykami pogardzano zaraz po wojnie, kiedy panował tutaj dużo większy rasizm. Nami nikt nie śmie pogardzać, przynajmniej nie w tak otwarty sposób. Wolno o nas jednak myśleć i mówić złe rzeczy. W tym sensie niestety zastąpiliśmy Irlandczyków.
Jak według Pana można to zmienić?
– Irlandczycy przestali przyjeżdżać, bo mają u siebie wystarczający dobrobyt. Dlatego uważam, że i w Polsce potrzeba dobrobytu, aby Polacy nie chcieli z kraju wyjeżdżać. Politycy mogą mówić to czy tamto, ale Polacy nie przestaną emigrować, dopóki nie będą widzieli szans na dobre życie i stabilizację finansową w swoim kraju. Można to bardzo szybko osiągnąć, ale potrzeba poważnych reform w kraju. Niestety, politycy się tego boją.
Doszedłem do czegoś w życiu dlatego, że potrafiłem skupić się na swoich celach. Chciałbym zachęcić ludzi, aby uwierzyli w swoje siły, rozwijali się i w ten sposób stawali pełnoprawnymi mieszkańcami, choć niekoniecznie obywatelami tego kraju. Tylko w ten sposób będą mogli spojrzeć w oczy swojemu angielskiemu szefowi, ale przede wszystkim sobie samemu w lustrze, i powiedzieć: „Zrobiłem coś fajnego. Nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Zrobiłem też coś dla Polski”. Każdy, nawet najprostszy człowiek, jest w stanie to zrozumieć. Bo każdy wie, że grunt to praca. Pieniądze są istotne i ważne jest, by się dorobić, ale mamy też nasze tradycje, naszą tożsamość i godność. Godność brzmi bardzo szczytnie, ale znaczy przede wszystkim, że każdy może czuć się dobrze w swojej skórze. Każdy ma do tego prawo i będę ludzi zachęcał do korzystania z niego. Na tym polega moja akcja. Studiowałem na uniwersytecie historię dyplomacji, uwielbiam historię, ale nie jestem intelektualistą. Uważam się bardziej za artystę, człowieka intuicji. Dostrzegam też w sobie instynkt ułana, jak mój ojciec, który dowodził zwycięską szarżą ułanów.
Ojciec miał na pewno ogromny wpływ na Pana wychowanie patriotyczne.
– Z pewnością tak. Mój ojciec był skrytym i skromnym człowiekiem. O jego zasługach nie wiedziała nawet mama. Ojciec dowodził 11. Pułkiem Ułanów Legionowych, którzy 12 września 1939 roku zwyciężyli Niemców pod Kałuszynem. Bardzo długo nie wiedziałem, że mój ojciec dowodził zwycięską szarżą ułańską. Dowiedziałem się o tym z relacji z tego wydarzenia, złożonej w archiwum Instytutu Sikorskiego w Londynie. Dokument podpisali liczni świadkowie. Ojciec umarł, kiedy miałem siedem lat. Nie pamiętam go, ale zbliżyliśmy się dzięki temu, co robię. On żyje we mnie.
Czy będziemy mieć Pana zdaniem w Polsce dobrobyt? Czy rodacy wrócą do kraju?
– Myślę, że w Polsce idą ogromne zmiany. W Anglii zresztą tak samo. Staniemy się Perłą w Koronie. Ja zostałem wychowany w duchu miłości do Polski. Kiedyś myślałem, że aby być porządnym Polakiem, muszę pojechać do Polski i tam zamieszkać. Okazało się jednak, że nie, bo to Polska przyjechała do mnie (śmiech). I z powodów bardzo egoistycznych cieszę się, że tylu nas tutaj, bo stanowimy już poważną siłę.
Zamierza Pan wykorzystać tę siłę?
– Po akcji z szablą miałem poczucie, że wywołałem powstanie albo co najmniej pospolite ruszenie. Tymczasem zacząłem swoją pracę prawie czterdzieści lat temu, już w 1978 roku, organizując skromną wystawę, ale na owe czasy było to bardzo duże wydarzenie. Wystawa polskich plakatów w Teatrze Narodowym w Londynie miała pokazać Anglikom, jak wspaniały jest nasz plakat. Chciałem zrobić coś artystycznego i propagandowego zarazem, ale wyłącznie w ramach sztuki. Namówiono mnie jednak, abym przyjął dodatkowo jedną skrzynię z plakatami na sprzedaż. W tamtym czasie brzydziłem się jeszcze biznesem. Uważałem się za człowieka sztuki, literatury, filmu. Tak zostałem wychowany. To były moje marzenia, miałem ich pełną głowę. Jednak kiedy przez sześć tygodni zarobiłem prawie dziesięć tysięcy funtów gotówką, zacząłem myśleć nieco inaczej. A to zdarzyło się przecież prawie pięćdziesiąt lat temu – w dzisiejszych czasach to równowartość stu tysięcy funtów! Każdemu przestawiłoby się myślenie (śmiech). Teraz wszystko potrafię w sobie pogodzić: działania polityczne, biznesowe i artystyczne. Nie mam już z tym problemu. Wykorzystuję swoją siłę dla Polski. „The Times” napisał, że jesteśmy najlepszymi pracownikami w Europie. Mamy wielkie osiągnięcia, stanowimy wspaniały naród.

Piotr Surmaczyński, Polonika nr 245, czerwiec 2015.

We wrześniu 2014 roku w Kałuszynie pod Warszawą został odsłonięty pomnik Złotego Ułana, powstały ku czci rtm. Andrzeja Żylińskiego i polskich kawalerzystów, a ufundowany przez jego syna Jana Żylińskiego. Pomnik ma ponad 8 metrów, waży 30 ton, kosztował ponad milion złotych. Rzeźba została wykonana z brązu i pozłocona. Bitwa pod Kałuszynem była jedną z 19 zwycięskich szarż polskich ułanów w czasie II wojny światowej. Złoty Ułan ma przypominać o wspaniałych zwycięstwach polskiej jazdy i odkłamywać mit o szarżach polskich ułanów z szablami na niemieckie czołgi, tak niefortunnie utrwalony przez Andrzeja Wajdę w filmie „Lotna”.
Książę planuje też wybudowanie łuku poświęconego setnej rocznicy Bitwy Warszawskiej. Będzie mierzył on 52 metry, o metr więcej niż łuk triumfalny w Paryżu. Na jego szczycie ma stanąć rzeźba marszałka Piłsudskiego.Ja

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…