Piękno skoków tkwi w nieprzewidywalności

Rozmawiamy z Kamilem Stochem, najbardziej utytułowanym polskim skoczkiem, którego trenerem od marca 2016 roku jest Austriak, Stefan Horngacher.

 

Bodaj najsłynniejszy wywiad z Panem przeprowadzono, kiedy miał Pan 12 lat i wypowiadał się dla telewizji na tle zakopiańskiej skoczni. Czy już wtedy miał Pan sprecyzowane plany?
– Sam do końca nie wiem, czy wtedy wiedziałem, o co chcę walczyć w życiu, ale wydaje mi się, że jednak jakieś plany się klarowały (śmiech).
Jaką rolę na tamtym etapie odegrała Pana rodzina?
– Uważam, że rodzina dla każdego sportowca, ale też w ogóle dla każdego człowieka jest bardzo ważna na wczesnym etapie rozwoju. To właśnie od najbliższych czerpiemy wzorce, a także otrzymujemy aprobatę i wsparcie potrzebne do osiągania postawionych sobie celów. Ja miałem i mam to szczęście, że w dalszym ciągu moi najbliżsi mnie wspierają.
Podczas największych wyzwań sportowych zachowuje Pan zimną krew i pokerową twarz. Taka siła psychiczna jest wytrenowana czy wrodzona?
– Skoki narciarskie to trudna dyscyplina sportu. W aspekcie technicznym najmniejsze detale odgrywają bardzo dużą rolę. Kiedy znajdujemy się w sytuacji, w której jesteśmy poddani dużemu obciążeniu psychicznemu, a chcemy wykonać dobrze swoje zadanie, niezbędne jest odpowiednie przygotowanie głowy. Pracując z psychologiem sportowym, miałem okazję poznać i zrozumieć pewne mechanizmy działające w umyśle człowieka. W tej kwestii najlepszym nauczycielem jest nasze własne doświadczenie.
Realizuje Pan postawione sobie cele sportowe w 100 proc. czy tylko częściowo, ale to wystarcza, by być najlepszym na świecie?
- Kiedy byłem mniej doświadczonym zawodnikiem, stawiałem sobie zbyt ambitne cele i próbowałem osiągnąć coś, na co nie byłem gotowy fizycznie, jak również mentalnie. Dlatego dziś przede wszystkim staram się stawiać sobie cele, które są w moim zasięgu. Nigdy nie planuję wygrywać, choć oczywiście bardzo chcę. Swoją głowę programuję na wykonanie technicznego zadania z nastawieniem, że da mi to dobry rezultat w postaci dobrego skoku. Jest to dosyć skomplikowane i trudne do wytłumaczenia, ale jeśli ktoś przeżył gorycz porażki związanej z przerostem ambicji, a potem odniósł sukces w najmniej oczekiwanym przez siebie momencie, to wie, o czym mówię. Tak czy inaczej, najważniejsze jest, aby mieć świadomość, że osiągnięcie celu musi być poprzedzone dobrze wykonaną pracą.
Kiedy kolejny raz poleci Pan naprawdę daleko, komentatorzy, dziennikarze, miliony kibiców w kraju mówią: „Ale wspaniały sukces osiągnęliśmy”. Nie ma Pan irytującego poczucia, że to Pan wylewał krew, pot i łzy, a teraz wszyscy chętnie dzielą się Pańskimi osiągnięciami?
– Takie wypowiedzi nie powinny być rażące, jeśli ktoś ma odpowiedni dystans. Mnie osobiście to nie przeszkadza, ponieważ mam świadomość, że bez wsparcia bardzo wielu ludzi, m.in. mojej rodziny, trenerów i kibiców, nie byłoby moich sukcesów. Sam również jestem kibicem i często identyfikuję się ze sportowcami, których dopinguję.
Mógłby Pan, czysto hipotetycznie, reprezentować inny kraj niż Polskę?
– Moim zdaniem „Mazurek Dąbrowskiego” to jeden z najpiękniejszych, o ile nie najpiękniejszy, hymn krajowy. Uwielbiam moment, w którym stoję na podium i mam okazję celebrować tę chwilę, słuchając i śpiewając hymn Polski. Jeszcze lepiej jest, kiedy pod skocznią gromadzi się wielu polskich kibiców i mogę wspólnie z nimi cieszyć się tą chwilą. Proszę mi wierzyć, że nie poznałem nic bardziej wzniosłego niż śpiewanie polskiego hymnu podczas konkursów Pucharu Świata w Zakopanem, gdy z kilkudziesięciu tysięcy gardeł płyną słowa „Mazurka Dąbrowskiego”. Jestem dumny z bycia Polakiem, uważam, że mamy piękny kraj, pracowitych obywateli i dużo ambicji, aby wspólnie budować i rozsławiać dobre imię Polski. Dlatego nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłbym reprezentować barwy innego kraju.
O ile wspomniany wariant w przypadku zawodników jest rzadkością, to już praca trenera ma charakter typowo kosmopolityczny. Wyobraża Pan sobie, że w przyszłości trenuje Niemców, którzy w rezultacie wygrywają z Polakami?
– Nigdy o tym nie myślałem. Nie wykluczam takiej sytuacji, ale też specjalnie nie będę jej planował. Wydaje mi się, że sport jest raczej poza podziałami kulturowymi i politycznymi, a przynajmniej mogę to zaobserwować w skokach narciarskich. Jednak wolałbym pracować z dziećmi, które dopiero zaczynają swoją sportową przygodę, a taka praca ma bardziej charakter lokalny.
Wydaje się, że Pańska kariera wyrosła na fali „małyszomanii”. Czy Pan będzie najważniejszą inspiracją dla młodzieżowego zaplecza polskich skoczków?
– Muszę nadmienić, że swojej sportowej kariery nie rozpocząłem przez wzgląd na Adama Małysza. Skoki narciarskie zawsze były popularne na Podhalu. Kiedy zaczynałem skakać na nartach w 1994 r., czyli na kilka lat przed wybuchem „małyszomanii”, było bardzo wielu chłopaków, którzy razem ze mną próbowali swoich sił na skoczni. Dzisiaj jest podobnie – co jakiś czas przeprowadzamy nabór do klubu sportowego i zgłasza się wiele dzieci. Bardzo możliwe, że za kilka lat to ja będę wspierał i kibicował tym, którzy dzisiaj zaczynają swoją przygodę ze skokami.
Niedawno po raz pierwszy w mass mediach pojawił się temat Pana sportowej emerytury. Czy wzorem Adama Małysza podejmie Pan w przyszłości próbę z zupełnie nową dyscypliną sportu?
– Tak naprawdę jeszcze nie planowałem na poważnie zakończenia sportowej kariery. Nie wiem, dlaczego ktokolwiek o tym mówi. Ale skoro pytanie już padło… Z pewnością chciałbym pozostać przy skokach narciarskich i wspierać najmłodszych w ich rozwoju w tej dyscyplinie. Kilka lat temu wspólnie z moją żoną Ewą otworzyliśmy klub sportowy Eve-nement Zakopane, w którym szkoli się ponad 20 młodych adeptów skoków narciarskich. W przyszłości chciałbym poświęcić się pracy właśnie z nimi i przekazywać im swoją wiedzę i doświadczenie, które będą mogli wykorzystywać jako przyszli reprezentanci Polski. A w wolnych chwilach chciałbym robić to, na co będę miał ochotę.
Czy uprawia Pan narciarstwo rekreacyjne poza skokami?
– W trakcie sezonu startowego, czyli przez cały okres zimowy, unikam dodatkowych zajęć narciarskich. Przyczyną jest po prostu brak czasu, który mógłbym na to poświęcić. Do tego dochodzi również ryzyko odniesienia jakiegoś urazu. Jednak na przestrzeni ostatnich lat udało mi się kilkukrotnie pojeździć na nartach zjazdowych po zakończeniu startów.
Krąży w Internecie anegdota, że w ramach doskonalenia kwalifikacji narciarskich skakał Pan na biegówkach.
– Jako młody zawodnik uprawiałem kombinację norweską – praktycznie do momentu powołania do kadry juniorów w skokach narciarskich. Taką praktykę stosowali prawie wszyscy moi koledzy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że była to dla mnie wspaniała forma treningu ogólnorozwojowego. Narciarstwo biegowe doskonale wyrabia czucie ślizgu i koordynację ruchową. A że od biegania zawsze wolałem skoki, więc budowaliśmy z kolegami skocznie ze śniegu i skakaliśmy na biegówkach.
Czy popularność skoków wynika z faktu, że są one w pewnym sensie metaforą ludzkiego życia: można być doskonale przygotowanym, lecz nie ma się nigdy pełnego wpływu na ostateczny wynik, zarazem jednak świetne przygotowanie znakomicie zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu?
– Może tak być. Jestem zdania, że piękno skoków narciarskich tkwi właśnie w ich nieprzewidywalności. Jest wiele czynników, które składają się na końcowy rezultat, a na które sam zawodnik nie ma wpływu. Natomiast odpowiednie przygotowanie fizyczne, mentalne i materialne zwiększa szansę na odniesienie sukcesu.


Rozmawiał Kamil Broszko, Polonika nr 270, styczeń/luty 2019


Wywiad ukazał się w kwartalniku „Teraz Polska”, nr 25, 2018.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…