"Carmen" z czerwoną pomarańczą

Alexander Zbigniew Pinderak w operze

Zbigniew Pinderak. Pochodzi z Częstochowy. Do Wiednia przyjechał w 1996 roku. Tenor, śpiewa jako solista w Volksoper i ... prowadzi herbaciarnię „Tenorissimo".

Alexander Zbigniew Pinderak, fot. archiwum prywatne
Kiedy rozpoczęła się Pana kariera solisty?
- W sumie sześć lat temu. W 2005 roku rozwiązałem mój kontrakt z chórem ze Staatsoper. Właściwie jak na mój wiek powinienem zacząć karierę solistyczną dużo wcześniej, ale tak się akurat złożyło, że do tego czasu nie czułem się na siłach, żeby mierzyć się z dużymi partiami. Przyszło to dosyć późno, ale nie żałuję. Przez trzy lata śpiewałem jako solista w różnych teatrach, a teraz to jest mój trzeci sezon w Volksoper. W Volksoper wystawiamy zarówno operę jak i operetkę oraz musical. Bardzo dobrze czuję się w operetce, poza tym gramy teraz musical „My Fair Lady" i jest urozmaicenie. Nie wyobrażam sobie grania co drugi dzień „Traviaty" czy „Czarodziejskiego Fletu". Tu jednego dnia mam takie przedstawienie, za trzy dni inne. Jest to też oczywiście stresujące, ale nie jest monotonnie.

Czy dla śpiewaka operowego Wiedeń jest bardziej prestiżowy niż inne miasta?
- Najbardziej prestiżowe teatry na świecie to Covent Garden, Metropolitan, La Scala i właśnie Wiener Staatsoper. W Wiedniu bardzo dużo się dzieje, stąd planuje się różne wyjazdy, czy to jest Japonia, Tajlandia czy Stany Zjednoczone. Jest wiele orkiestr, które robią programy operetkowe, na przykład z muzyką Straussa. Raz byłem na przykład w Japonii z symfonikami z programem operetkowym, dwa razy ze Staatsoper, kiedy byłem jeszcze w chórze.

Czy to prawda, że publiczność wiedeńska jest trudniejsza niż jakakolwiek inna?
- Nie. Najtrudniejsza jest publiczność włoska. Potrafią wygwizdać nawet kogoś, kto jest najbardziej znany, jeśli jest w słabej formie. W Wiedniu tak nie jest. Jeżeli ktoś jest znany, wybacza mu się bardzo dużo. Z moich osobistych spostrzeżeń wynika, że wiedeńczycy są bardzo wyrozumiali dla austriackich śpiewaków, a bardzo niewyrozumiali dla wszystkich innych.

Można więc powiedzieć, że to oddaje generalnie stosunek Austriaków do obcokrajowców?
- Można... Powiedzmy, że zauważam lekką tendencję. Nie jest to jednak nic tragicznego. Z jednej strony nawet pobudza do pracy. Żeby być jeszcze lepszym, trzeba więcej nad sobą pracować i posługiwać się językiem niemieckim perfekcyjnie. W Volksoper wiele rzeczy śpiewam po niemiecku, właściwie wszystkie operetki są w tym języku. Pierwszą rzeczą, na którą patrzą krytycy jest nie to, jak się śpiewa, ale czy jest się zrozumiałym. Zauważyłem, że ogólnie istnieje taka tendencja, że obcokrajowcy są lepiej zrozumiali aniżeli Niemcy czy Austriacy. Być może wynika to z tego, że na przykład Austriacy operując swoim językiem ojczystym nie przykładają do tego aż tak wielkiej wagi. Natomiast my, obcokrajowcy, musimy tak pracować nad wymową, by mieć pewność, że będziemy zrozumiali na odległość 30 metrów. Wielu jest na przykład Niemców, których się nie rozumie na scenie. I to nie wynika z ubytków dykcji, tylko może z mniejszego zaangażowania. My, obcokrajowcy, musimy być zawsze ten jeden krok do przodu. Natomiast nigdy nie odczułem otwartej wrogości ze strony Austriaków ze względu na pochodzenie.

Wiele Pan podróżował. Czy ma Pan jakieś wspomnienie, które szczególnie utkwiło Panu w pamięci?
- Japończycy ogólnie kochają muzykę europejską i wszystko co pochodzi z Wiednia świetnie się tam sprzedaje. Różnice w reakcjach publiczności są takie, że na przykład nie ma aplauzów między utworami, pojawiają się one jedynie na końcu. Dla wielu europejskich śpiewaków to jest zaskoczenie, że po arii jest cisza. Natomiast na zakończenie publiczność wstaje i jest wielka burza oklasków. Po prostu oni koncentrują się na słuchaniu muzyki, nie chcą sobie psuć oklaskami ogólnego wrażenia. Z kolegami muzykami pochodzącymi właśnie z Japonii często rozmawiamy na temat różnic kulturowych, które przechodzą na sale koncertowe. Są różnice, ale w dużych salach koncertowych już niewielkie, bo publiczność jest wyrobiona. W Polsce natomiast często zdarza się bicie brawa między utworami w czasie koncertu fortepianowego, czego na przykład na całym świecie się nie robi.

A jak wygląda sytuacja muzyki operowej w Polsce?
- W Polsce są ośrodki, które organizują coś ciekawego. Ale niestety jest problem z publicznością. Ponieważ jeżeli jest coś cięższego i mniej znanego, a nie na przykład „Wesoła wdówka" czy jakiś festiwal letni w Międzyzdrojach, nie ma to tak szerokiego grona odbiorców. W Polsce nie dostaje się pieniędzy z miasta czy z ministerstwa i ludzie, którzy takie przedsięwzięcia organizują i inwestują pieniądze, robią to trochę sztampowo, wystawiają coś, co się dobrze sprzeda. Gdyby ktoś próbował wystawić coś, co nie jest bardzo znane, może na tym wpaść i nie zorganizuje niczego więcej.

Teatr nie może tak funkcjonować, a już w szczególności nie Teatr Wielki w Warszawie, największa scena w Europie. W Teatrze Wielkim na scenie można postawić całą La Scalę! Gigantyczna scena, świetna akustyka, a bilety sprzedane są tylko w połowie. I to w takiej metropolii! Może jest to związane z tym, że jest zbyt mała reklama. Teatry w Polsce się nie reklamują. W Wiedniu na stacjach metra są plakaty, przez cały czas wiadomo, co się dzieje w Staatsoper czy Volksoper. Bo teatr sam z siebie się nie sprzeda.

Oprócz pracy scenicznej prowadzi Pan razem z żoną herbaciarnię Tenorissimo. Skąd ten pomysł?
- To był pomysł mojej żony. Ona zawsze marzyła o tym, żeby mieć coś w zanadrzu, kiedy skończy pracować jako tancerka, a to jest taki zawód, że już około trzydziestki trzeba zacząć się zastanawiać, co dalej. Nie startowaliśmy z ideą, że chcielibyśmy z tego żyć. Tylko tyle, żeby się utrzymać i zaistnieć na rynku. Wielu ludzi nam mówiło, że lokalizacja nie jest dobra, że nikt nas nie zauważy, a jednak istniejemy. Może dlatego, że zrobiliśmy coś innego. Chcielibyśmy, żeby nasza herbata była kojarzona z muzyką i aby sprzedawać ją do innych lokali. Ludzie szukają indywidualności. Poza tym rozkoszowanie się muzyką i rozkoszowanie się czy to herbatą, czy jedzeniem bardzo się łączy. Zrobienie herbaty to taka intymna czynność. Klienci lubią wpaść, pogadać z żoną, zjeść coś słodkiego. Mamy też czekolady z manufaktury krakowskiej i sami pieczemy ciasta!

Zauważyłam, że w menu są herbaty, które nawiązują do nazw oper i ich bohaterów.
- Wszystkie. Kiedy wprowadzamy nową herbatę, próbujemy jej i zastanawiamy się, z jaką operą nam się kojarzy. Mieszanki robione są dla nas w Niemczech, natomiast my wybieramy smaki. Z owocowych herbat mamy na przykład „Carmen" z czerwoną pomarańczą, „Fra Diavolo" to ciemna o korzennym aromacie, „Bajadera" z kawałkami mango, ziołowa „Mustafa" z kandyzowanymi daktylami. Zgodnie z tematyką danej opery, na przykład „Uprowadzenie z Seraju" dzieje się w oriencie, dobieramy zatem roiboos. Próbujemy trochę wciągnąć naszych klietów w świat opery. Interesują się, dlaczego herbaciarnia nazywa się Tenorissimo. Chcemy, żeby nasza herbaciarnia była miejscem, gdzie można porozmawiać o sztuce. Wraz z przyjaciółmi spotykamy się tu często po premierach, dyskutujemy i ludzie dołączają się. Chcą wiedzieć, jak to wygląda na scenie, mogą spojrzeć na artystów od prywatnej strony.

A czy klientów nie dziwi, że mają do czynienia ze znanym tenorem?
- Często spotykam się ze zdziwieniem kiedy mówię, że jestem tenorem. Bo tenor kojarzy się zazwyczaj z wielką posturą. Teraz wymagania na scenie są inne. Musimy tańczyć, skakać, wykonywać różne akrobacje. Obecnie opera jest swoistym zbitkiem wszystkich gatunków. Przecież widownia nie tylko słucha, ale też i patrzy.

fot. archiwum prywatne

Pański największy sukces, rola, na wspomnienie której łza się Panu w oku kręci?
- Moje pierwsze przedstawienie w Volksoper, gdy zaśpiewałem partię Tamina w „Czarodziejskim Flecie" było dużym przeżyciem. Było to po trzech latach od rozwiązania kontraktu ze Staatsoper, gdy wszyscy się dziwili, że zostawiam tak świetną pracę. Poza tym dużym przeżyciem było też zaśpiewanie na początku sezonu Alfreda w „Traviacie" po włosku u boku Renato Bruson. Dla mnie to legendarna postać i genialny baryton. To tak jakby student szkoły aktorskiej zagrał nagle u boku Roberta De Niro. Poza tym właściwie każde przedstawienie z dużą rolą jest wyjątkowe, każde przeżywam. Po tylu latach na scenie wciąż mam lekki dreszczyk.

Czego zatem życzyć Panu, tak na koniec?
- Więcej możliwości wyjazdu do Polski. Żeby ten system w kraju się zmienił. Rodzimy rynek jest tak dziwnie skonstruowany, że we wszystkich teatrach śpiewa jeden i ten sam garnitur śpiewaków, którzy są znani dlatego, że wszędzie się pojawiają.

Rozmawiała Magdalena Marszałkowska, Polonika nr 197, czerwiec 2011

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…