Mierzyć się z żywiołem

Thomas Zajac, reprezentant Austrii w żeglarstwie, urodził się w Wiedniu, a jego rodzice pochodzą z Polski.


Zdobył na olimpiadzie w Rio de Janeiro w klasie Nacra 17, wraz z Tanją Frank, jedyny medal dla tego kraju. Urodził się w Wiedniu, jest z pochodzenia Polakiem, synem nieżyjącego już Jana Bartosika, który reprezentował Polskę również w żeglarstwie na Igrzyskach Olimpijskich w 1980 roku w Moskwie.


Podczas tegorocznej Olimpiady w Rio to ty wraz z Tanią Frank zdobyłeś jedyny medal dla Austrii. Powiedz nam, jak można opisać to uczucie, i jakie przeżycia najbardziej pozostały ci w pamięci?
– To jest fantastyczne uczucie. Przede wszystkim dlatego, ponieważ już od dziecka marzyłem o tym, aby móc wziąć udział w igrzyskach olimpijskich. Od zawsze chciałem pójść w ślady mego ojca, który w 1980 roku brał udział w igrzyskach w reprezentacji Polski. W mojej szafie wisi jeszcze jego stary sprzęt. Nigdy nie zapomnę uroczystości otwarcia, kiedy weszliśmy na wypełniony stadion Maracanã, kiedy zapalone zostały ognie olimpijskie. Był to dla mnie bardzo emocjonujący moment, gdyż wtedy uświadomiłem sobie, że nareszcie udało mi się dotrzeć na igrzyska, o których marzy przecież każdy sportowiec. A później chodziło już tylko o to, by walczyć i dać z siebie wszystko. Myślałem tylko o zawodach, jednak cieszyłem się z każdego wyścigu i dobrze się przy tym bawiłem. Zdobycie medalu na pewno było absolutnym przełomem w moim życiu, czegoś piękniejszego jeszcze nie przeżyłem. Stać na podium i wiedzieć, że zdobyło się medal olimpijski: to jest najwspanialsze uczucie, jakie tylko można sobie wyobrazić.
Jak wyglądają przygotowania do tego typu zawodów?
– My, żeglarze, musimy przybyć na miejsce zawodów dużo wcześniej. Dla nas jest ważne, abyśmy znali otoczenie tak dobrze jak własną kieszeń, co oznacza, że już 3 lata temu zaczęliśmy trenować w Rio. Nasz dzień wygląda następująco: o 6.00 rano dzwoni budzik, o 7.00 uprawiamy poranny sport, po czym jemy śniadanie. Po śniadaniu czekają na nas narady, które odbywamy wspólnie z naszym fizjoterapeutą oraz psychologiem sportowym. Mamy z nimi spotkania, podczas których omawiamy przebieg dnia: co nas czeka, na co trzeba zwrócić uwagę. Później idziemy na łódkę, tam pracujemy nad materiałem, na wodzie trenujemy od 4 do 6 godzin, po czym wracamy do portu i znów pracujemy nad materiałem. Wtedy zwykle zaczyna się już ściemniać, więc jeszcze krótko trenujemy kondycję, potem omawiamy dzień z trenerem, a na koniec z psychologiem sportowym, po czym jemy kolację. O 10.00 idziemy do łóżka. Każdy dzień jest bardzo rozplanowany. I tak to wygląda 250 dni w roku.
Więc przed olimpiadą trenowaliście już w Rio?
– Trenowaliśmy tam regularnie od 3 lat. Co roku spędzaliśmy tam parę miesięcy.
Jak radzisz sobie ze znalezieniem czasu dla twojej dziewczyny?
– Daję sobie z tym radę. Oczywiście, dla jednych jest to trudniejsze, dla innych mniej. Ja jestem do tego przyzwyczajony, a moja dziewczyna mnie takim poznała. Wspiera mnie jak tylko może i jest przy tym niezależna. Akceptuje to, że kiedy biorę udział w jakichś zawodach lub trenuję, myślami jestem tam w stu procentach. Taka sytuacja nie jest jednak do zaakceptowania dla każdego.
Jakie cechy powinno się posiadać, aby być dobrym żeglarzem?
– Najważniejsze to kochać ten sport, ponieważ żeglarze z reguły nie są ani bogaci, ani znani. Ważne jest również, by kochać morze i mierzyć się z żywiołem. Trzeba umieć rozwiązywać problemy, gdyż podczas żeglowania zwraca się uwagę na wiele rzeczy naraz. Trzeba więc opanować multitasking, czyli przyjmować różne role, być wytrzymałym, inwestować w to wiele godzin. Trenować, trenować i jeszcze raz trenować, kochać to, co się robi, i być przy tym całym sercem.
Osiągnąłeś w tym sporcie już bardzo dużo. Jakie zwycięstwo – oprócz tego w Rio – były dla ciebie najważniejsze?
– W 2009 roku miałem wypadek. Spadłem podczas wspinaczki, złamałem sobie dwa kręgi i obie nogi. Jednak po tym wypadku udało mi się, wraz z moim ówczesnym partnerem, Thomasem Czajką, zdobyć tytuł wicemistrza świata w Tornado. To był bardzo emocjonujący moment: osiągnąć coś tak dużego po tym, gdy niektórzy lekarze wątpili, czy kiedykolwiek będę mógł chodzić.
Co dało ci siłę, by po tak ciężkim wypadku wrócić do zawodowego uprawiania sportu?
– Po prostu nie potrafiłem tej sytuacji zaakceptować. Dla mnie nie istniał żaden plan B. Wiedziałem, że runąłby dla mnie świat. Nie mogłem sobie wyobrazić, że nie będę mógł robić tego, do czego tak naprawdę zostałem stworzony. Tak długo walczyłem i zrobiłem tak wiele, aby móc wrócić do sportu, że nie było dla mnie po prostu innej alternatywy.
Jakie inne dyscypliny sportowe uprawiasz?
– Fascynuje mnie każdy sport. Chętnie jeżdżę na nartach, na desce, uprawiam kolarstwo górskie, wspinaczkę, gram w tenisa, badmintona, biegam. W każdym sporcie znajdę coś, co mi się spodoba. Aktualnie fascynują mnie wakeboard i serfing.
Jak to się stało, że twoi rodzice przyjechali do Austrii?
– Moi rodzice poznali się dopiero w Wiedniu. Przybyli do Austrii niezależnie od siebie. Moja mama pochodzi z Warszawy. Chciała podjąć w Polsce studia medyczne, lecz nie było to możliwe. Zaczęła więc kształcić się na pielęgniarkę, ale nie mogła znaleźć pracy w Polsce. W Austrii szukano wtedy specjalistów, przyjechała więc do Austrii. Zaczęła od opieki nad dziećmi, nauczyła się języka, po czym została pielęgniarką. Mój ojciec z kolei pochodził ze Szczecina. W Polsce był zawodowym sportowcem. Przyjechał do Austrii w czasie, gdy w kraju panował jeszcze komunizm. Bardzo kochał wolność – zresztą jak każdy żeglarz. Nie znać granic, żyć w poczuciu wolności: brakowało mu tego wtedy. Paszport dostawał tylko wtedy, gdy wybierał się na zawody za granicę, po czym mu go odbierano, gdy wracał do domu. To mu się w ogóle nie podobało. Po igrzyskach olimpijskich przyjechał do Austrii na regaty i już nigdy nie wrócił do Polski. W Austrii ubiegał się o azyl i otrzymał go.
Kto nauczył cię języka polskiego? Może uczęszczałeś do szkoły polskiej?
– Nie, niestety nigdy nie uczyłem się języka polskiego w szkole, stąd nie potrafię pisać po polsku. Czytanie również sprawia mi kłopoty. Najpierw jednak nauczyłem się polskiego – w domu, od rodziców – a dopiero później niemieckiego w przedszkolu. Rodzice twierdzili, że niemieckiego nauczę się i tak, ponieważ mieszkam w Austrii. Chcieli jednak, żebym mówił również po polsku. Niestety nie używam polskiego tak często, jakbym chciał. Kiedy jestem w Polsce i rozmawiam dłużej z Polakami, to wszystko wraca. Tylko wstyd mi trochę z powodu mojego akcentu lub gdy nie potrafię znaleźć odpowiednich słów.
Często bywasz w Polsce?
– Niestety nie. Przed trzema, czterema laty byłem tam ostatni raz na regatach. To dlatego, że z powodu częstych wyjazdów prawie w ogóle nie miałem urlopu. Lecz postanowiłem sobie, że pojadę do Polski na początku następnego roku.
Masz w Wiedniu polskich znajomych?
– Tak, mam paru polskich przyjaciół.
Jak wyglądają twoje plany na przyszłość, jakie masz cele – nie tylko, jeśli chodzi o żeglowanie?
– To jest dobre pytanie. Ja już od dawna studiuję prawo. Celem byłoby na pewno wcześniej czy później ukończyć studia. Jednak bezpośrednim celem jest odpocząć trochę po tym wszystkim i wybrać się w podróż z moją dziewczyną. Chcielibyśmy wyjechać na jakiś czas do Azji, do Tajlandii, przez Indie. Moja dziewczyna regularnie pracuje w Indiach w szkole, gdzie zajmuje się tamtejszymi dziećmi, i tam chcieliśmy trochę pomóc. A później chciałbym znów żeglować. Gdzie i w jakich okolicznościach, to się jeszcze okaże. Może na następnych igrzyskach olimpijskich w Tokio w 2020 roku? Muszę jeszcze przemyśleć to przez zimę.

Rozmawiała Veronika Iwanowski, Polonika nr 256, wrzesień/październik 2016

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…