Polak w zakonie krzyżackim

Rozmawiamy z Piotrem Rychelem, bratem z Konwentu Zakonu Niemieckiego w Wiedniu z siedzibą przy Singerstrasse 7, którego pełna nazwa brzmi: Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie.

 

Jak to się stało, że wybrał Brat zakon, który przeciętnemu Polakowi kojarzy się negatywnie?
- Zaczęło się niepozornie. W czwartej klasie szkoły podstawowej moja klasa pojechała do Malborka zwiedzać zamek. Ja zostałem w domu, bo byłem chory. Rodzice postanowili wypełnić mój wolny czas - powiedzieli abym napisał krótką historię Krzyżaków. Zainteresował mnie ten temat. Kilka tygodni później znalazłem parę innych książek i napisałem od nowa moje „opracowanie”. W tym czasie w Polsce zaczęły pojawiać się pierwsze pokomunistyczne pomoce naukowe dla uczniów i studentów. W jednym z takich opracowań przeczytałem, że zakon krzyżacki istnieje do dziś w Wiedniu. Kartkę z tą informacją mam do dziś zachowaną w specjalnym segregatorze, w którym gromadziłem wszystkie informacje na temat Krzyżaków do momentu mojego wstąpienia do zakonu. Dziś to już nie ma sensu… Mieszkając jedno piętro pod kancelarią Wielkiego Mistrza, nie jestem w stanie gromadzić wszystkiego, co wpadnie mi w ręce.
A czemu ten zakon? Nie wiem, może piękna idea jaka mu przyświecała, charyzmat - opieka nad pielgrzymami, ludźmi potrzebującymi, idealny obraz rycerza, któremu nie dorównała rzeczywistość, piękno architektury pozostawionej przez zakon, bo z wykształcenia jestem historykiem sztuki...
Jak zareagowali najbliżsi? Rodzice specjalnie się nie dziwili, od wielu lat wiedzieli, że „ciągnęło” mnie do tego zakonu. Zmartwili się tylko, że będę tak daleko od domu. Znajomi klerycy na początku nie rozumieli mnie, kilku nawet musiało ze mną przyjechać na „kontrolę” do zakonu, by stwierdzić gdzie trafiłem. Dalsi znajomi mniej więcej jednym głosem mówili: „no weź, bez żartów, do Krzyżaków?!”

Jeśli to nie jest zbyt osobiste pytanie: kiedy zapadła decyzja, że wybiera Brat drogę w życiu poświęconą służbie Bożej?
- Zastanawiałem się już, będąc w liceum. Później postanowiłem jednak studiować historię sztuki, rok pracowałem, a następnie wstąpiłem na cztery lata do seminarium duchownego. Studiując historię sztuki myślałem o seminarium, będąc w seminarium myślałem o Krzyżakach, będąc u Krzyżaków powracam myślami do Polski. Bo tak już jest, że między krzywymi liniami ludzkiego życia Pan Bóg prosto pisze i wybiera dla każdego odpowiednią drogę.

Czy jest jakaś postać w historii Zakonu, która dla Brata stała się wzorcem?
- Myślę, że taką osobą mógłby być dla mnie Jan z Kwidzyna, ksiądz krzyżacki, dziekan wydziału teologii w Pradze i dziekan kapituły katedralnej w Kwidzynie, a przede wszystkim duchowy opiekun św. Doroty z Mątowów. Na pewno była to światła osoba, niepasująca do polskiego stereotypu Krzyżaka.

Aby pozostać przy wcześniejszym pytaniu: czy są szanse, by przezwyciężyć mit „złego zakonu”?
- To ciekawe, ale rzeczywiście nasza ocena zależy od punktu odniesienia. Dla siostry zakonnej naszego zakonu, z którą kiedyś rozmawiałem, to Polacy byli źli, bo zabrali zakonowi wszystkie zamki. Patrząc na dzisiejsze granice, to najciekawsza część Państwa Zakonnego należy dziś do Polski: miasta, zamki, kościoły wzniesione przez zakon lub z jego inicjatywy.
Dla wiernych jednej z krzyżackich parafii w Słowenii dziwna była informacja, że Polacy nie lubią Krzyżaków, którzy od XIII wieku prowadzą w tym kraju kilka parafii i trudno coś złego o nich powiedzieć. Tak naprawdę ocena zakonu jest bardziej skomplikowana – myliła się wspomniania siostra mówiąc o biednym zakonie, któremu Polacy zabrali wszystkie zamki w Prusach, bo patrzyła na zakon przez pryzmat dzisiejszych czasów – zakonu kleryckiego. Na terenie dzisiejszej Słowenii zakon specjalnie nie toczył z nikim wojen, więc był raczej dobrym gospodarzem i organizatorem życia religijnego. Stąd Słoweńcy zdziwiliby się bardzo, czytając „Krzyżaków” Henryka Sienkiewicza.
A w Polsce? To ciekawe, czy pamiętamy tak samo dobrze Prusów i Litwinów napadających na księstwa Piastów, Szwedów napadających na Polskę w XVII wieku, Austriaków biorących udział w pierwszym i trzecim rozbiorze Rzeczypospolitej. Problem Krzyżaków w Prusach polega na tym, że historia ich przeżyła. Po sekularyzacji zakon zastąpiło Państwo Pruskie, które przyczyniło się do rozbiorów Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Zakon nie miał z tym nic wspólnego, ale wiele razy między Państwem Zakonu a Pruskim stawia się znak równości. Do tego obrazu nie pasuje wtedy ani modląca się w kaplicy wspomniana przeze mnie siostra zakonna, ani krzyżacki proboszcz ze Słowenii. Dopiero wspólny obraz rycerza z Prus, siostry zakonnej z Tyrolu i słoweńskiego proboszcza powie nam coś o zakonie krzyżackim i jego historii.

Czy Krzyżacy zasłużyli sobie na pamięć?
- Póki co, to Krzyżacy zasłużyli sobie niestety wśród Polaków tylko na złą pamięć. Myślę, że trzeba do sprawy uczciwie podejść – zło nazwać złem, dobro dobrem. To pozwoli właściwie wyważyć ocenę zakonu krzyżackiego. Pewnym sprawdzianem pamięci może być rocznica bitwy pod Grunwaldem. Do dnia dzisiejszego nie ma oficjalnych planów obchodów. Osoby wtajemniczone wiedzą, że politycy sami nie mają pomysłu, jak świętować tę rocznicę. Z drugiej strony są tacy, którzy chcą pamiętać - dobrym przykładem pamięci może być miasto Kwidzyn, które zaprosiło Wielkiego Mistrza na ponowny pochówek Wielkich Mistrzów, mający odbyć się w lipcu 2010 roku. Ich groby dwa lata temu odnaleźli archeolodzy.

Obecny Wielki Mistrz Zakonu, dr Bruno Platter stwierdził w jednym z wywiadów, że zakon poza Polską jest właściwie mało znany. Jak to możliwe - co zostało dziś z najpotężniejszego zakonu średniowiecznej Europy?
- W Polsce zachowały się tylko zamki, kościoły i przemysł turystyczny, który kręci się wokół tych obiektów, a także uczniowie czytający Sienkiewicza. A tak naprawdę po Krzyżakach pozostał rdzeń – zakon. Od samego początku w zakonie byli księża składający śluby zakonne, są i dziś. Były siostry zakonne. Siostry „wymarły” w czasach reformacji, ale odrodziły się w XIX wieku. Nie ma już tylko rycerzy, ale w XXI wieku Kościół nie potrzebuje już rycerzy. W 1929 roku Zakon zmienił swoją regułę i z zakonu rycerskiego przekształcił się w zakon kanoników regularnych. Choć już nie rycerski, to jednak ciągle zakon, który chce realizować cele, jakie przyświecały mu na samym początku w Ziemi Świętej – pomocy potrzebującemu człowiekowi w wymiarze duchowym i materialnym.

Jak wygląda codzienne życie w zakonie? Czy oprócz Brata są w zakonie inni Polacy?
- Mój dzień rozpoczyna się piętnaście minut przed godziną szóstą. O 6.30 Wielki Mistrz sprawuje dla wiedeńskiego Konwentu mszę świętą. Piętnaście minut po siódmej odmawiamy wspólnie w kapitularzu Brewiarz, potem jest czas na śniadanie. Ponownie spotykamy się o 12.30 na modlitwie południowej z Brewiarza i po obiedzie oraz na kwadrans przed 19.00 na nieszporach i na kolacji. Czas przedpołudniowy i popołudniowy wypełniają różne obowiązki. Nowicjusze mają formację zakonną, klerycy zajęcia na uniwersytecie. Do tego dochodzą także obowiązki wynikające ze wspólnego życia.
Oprócz mnie w nowicjacie jest jeszcze jeden Polak, w Czechach natomiast pracują dwaj wyświęceni ojcowie, jeden z nich jest priorem, czyli zwierzchnikiem czeskiej prowincji.

Co kryje wasz słynny skarbiec w Wiedniu, czy można znaleźć w nim pamiątki związane ze wspólną historią zakonu krzyżackiego i Polski?
- W skarbcu znajdują się przedmioty, jakie w ciągu wielu wieków zgromadzili Wielcy Mistrzowie. Są to cenne dokumenty, np. bulle papieskie, naczynia liturgiczne i zastawa stołowa, portrety i rzeźby. Z Polską związany jest obraz przedstawiający bitwę pod Grunwaldem, portret Wielkiego Mistrza Klemensa Augusta Bawarskiego, którego dziadkiem był Jan III Sobieski, jest też obraz przedstawiający zamek w Malborku z XIX wieku. W naszym kościele znajduje się również gotycki ołtarz szafiasty, który przez wiele lat stał w Kościele Mariackim w Gdańsku. Ołtarz powstał w Niderlandach w 1523 roku i do połowy XIX wieku zdobił Kościół Mariacki. Zarządzający w XIX wieku tym kościołem protestanci sprzedali go jednemu z Wielkich Mistrzów i tak trafił do Wiednia.

W jakich krajach istnieje dziś zakon, czy planowane jest utworzenie konwentu w Polsce?
- Zakon działa w pięciu prowincjach: Austrii, Słowenii, Włoszech (Południowy Tyrol), Niemczech i w Prowincji Czesko - Słowackiej. Jeśli Pan Bóg pozwoli mnie i mojemu współbratu złożyć za kilka lat profesję wieczystą i przyjąć święcenia kapłańskie, byłoby już nas czterech w zakonie. Nie sądzę jednak, by celem zakonu stało się w ciągu najbliższych lat ustanowienie konwentu w Polsce. Zakon ma inne zadania i zobowiązania w dotychczasowych prowincjach.

Ma Brat kontakty z tutejszą Polonią?
- Głównie z polską parafią w Wiedniu. Często także spotykam grupy turystyczne, które zwiedzają nasz Konwent. Czasem przysłuchuję się, co opowiadają polscy przewodnicy. Kilka razy odważyłem się coś powiedzieć i poprawić. Wzbudziło to ogólne zainteresowanie wśród zwiedzających i jednocześnie uświadomiło mi, jak wielkie jest zainteresowanie Polaków teraźniejszą historią zakonu krzyżackiego.

Czy życie poza ojczyzną może mieć wpływ na naszą religijność?
- Życie poza ojczyzną na pewno ma wpływ na integrację osób tej samej narodowości, co ma przełożenie na wspólne przeżywanie wiary. W naszym kościele modlą się Węgrzy i Słowacy, „swój” kościół w Wiedniu mają Czesi, Francuzi, Chorwaci, Włosi. Mają także Polacy. Myślę, że to bardzo dobrze, ale idealnie byłoby, żeby religijność była silna niezależnie od tego wszystkiego, co nas otacza i w jakim kraju przebywamy.

Jak spędzacie święta w Zakonie? Czy można je spędzać poza zgromadzeniem?
-Święta spędzamy wspólnie. Rano do południa mamy normalny program dnia. Wieczorem gromadzimy się na wieczerzy – jest trochę skromniejsza, porównując z polską tradycją. Wielki Mistrz odczytuje fragment Pisma Świętego o Bożym Narodzeniu i odśpiewujemy kolędy w różnych językach. Następnie Wielki Mistrz składa życzenia, najpierw ogólne dla całego Zgromadzenia, a potem poszczególnym członkom Konwentu. O godzinie 21.00 w naszym kościele jest tzw. „pasterka” w języku niemieckim, a dwie godziny później w języku węgierskim. Po świętach istnieje możliwość wyjazdu na kilka dni do domu.


- By nie zapominali, że Święta Bożego Narodzenia powinny mieć charakter religijny i najlepiej, aby były przeżywane w klimacie rodziny, najbliższych, domowego ogniska. Nowo narodzony Chrystus niech przemienia nas, byśmy nie zapomnieli, że to On jest najważniejszy. Na takie przeżywanie Świąt trzeba się jednak odpowiednio przygotować i to niekoniecznie w centrach handlowych. Pomaga nam w tym piękny czas Adwentu, czterech tygodni, które bardzo łatwo można przegapić i wypełnić drugorzędnymi rzeczami. Sam wiem o tym najlepiej, dlatego moje życzenia kieruję także do siebie. Takie podejście do Świąt pozwoli nam je zupełnie inaczej przeżywać, nawet jeśli wieczerza wigilijna nie będzie aż tak bogata jak w Polsce.

 

Rozmawiała Halina Iwanowska, Polonika nr 179/180, grudzień 2009/styczeń 2010

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…