Przez całe życie miałem szczęście

5 marca 2017 roku w wieku 97 lat zmarł Mieczysław hrabia Ledóchowski. Składając kondolencje Rodzinie, przypominamy naszym Czytelnikom Jego postać. 

 

 

Mieczysław hrabia Ledóchowski mieszkający od ponad 50 lat w Wiedniu jest przedstawicielem jednego z najstarszych polskich rodów szlacheckich, który – można śmiało powiedzieć – od średniowiecza tworzył historię Polski.

Nazwisko Ledóchowski nosiło wiele znanych i szanowanych osób, m.in. św. Urszula – założycielka zakonu urszulanek czy ojciec Włodzimierz Ledóchowski, pełniący przez 27 lat funkcję generała oo. jezuitów, założyciel Radia Watykańskiego i pisma L’Oservatore Romano.

O Pana wybitnych przodkach i ich zasługach dla kraju można rozprawiać godzinami. Pozostawmy jednak wielkie wydarzenia historyczne i porozmawiajmy o rodzinie i o tym, co ukształtowało Pana jako człowieka.
– Jako dziewięciokrotny pradziadek mogę zaświadczyć, że charakter człowieka kształtuje się, gdy jest on małym dzieckiem, a wartości, jakie mu przyświecają w życiu dorosłym, wynikają bezpośrednio z okresu wczesnego dzieciństwa. To, jacy jesteśmy, wynosimy z domu rodzinnego. Mój dom był bardzo ciepły, dobry, miły. W roku 1920, kiedy się urodziłem, mój ojciec był jednym z założycieli Szkoły Morskiej, już w wolnej Polsce. W czasie I wojny światowej był oficerem Austriackiej Marynarki Wojennej. Mój ojciec napisał dla uczniów Polskiej Szkoły Morskiej wszystkie podręczniki do nauki astronomii oraz nawigacji morskiej. To on uformował moje postawy. Moja mama była Austriaczką, ale była też wielką polską patriotką. Mówiła świetnie po polsku – jej mama była Polką. Zrobiła w czasie wojny dla Polski tyle, ile mało kto w tamtym czasie. Przez swój ogromny tupet i swoją odwagę uratowała wiele istnień ludzkich, interweniując u władz niemieckich w czasie tych 5 lat wojennych. Dla mojej mamy nie było zamkniętych drzwi.
Pana mama pomogła wielu ludziom, ale na Pana życie największy wpływ miało chyba to, że w czasie wojny zaopiekowała się trójką osieroconych dzieci przyjaciela rodziny, pana Kossakowskiego.
– My z żoną poznaliśmy się w roku 1930, gdy ja miałem 10 lat, a ona 6. Nasi rodzice byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni. Często odwiedzaliśmy się i tam kręciła się taka mała dziewczynka. Gdy u nas się organizowało jakieś spotkania dla młodzieży, to ona nie przyjeżdżała, bo była za mała, ale bawiliśmy się z jej bratem i siostrami. Rodzina żony mieszkała w domu profesorskim Szkoły Morskiej w Gdyni, a my mieszkaliśmy w naszej willi w Orłowie. Moja mama i ja wyjechaliśmy 3 dni przed wybuchem wojny do majątków Fundacji „Ossolineum” pod Mielcem, którego kuratorami była nasza rodzina. Nasi ojcowie, kiedy wybuchła wojna w 1939 r., obiecali sobie, że gdyby z jednemu z nich coś się stało, to drugi zaopiekuje się jego rodziną. Obaj, jako profesorowie Szkoły Morskiej, po wkroczeniu Niemców do Gdyni zostali natychmiast osadzeni w obozie koncentracyjnym w Stutthofie. Kossakowski został w 1939 r. rozstrzelany przez Niemców. Matka mojej żony zmarła jeszcze w 1938 roku, więc po rozstrzelaniu prof. Kossakowskiego ich dzieci trafiły do stryja pod Warszawą. Wtedy moja mama, a był już początek roku 1940, postanowiła zaopiekować się trójką jego dzieci. Trwała już wojna, my byliśmy wtedy w naszym majątku rodzinnym w Lipnicy, do którego uciekliśmy, gdy zmuszeni zostaliśmy opuścić naszą willę w Orłowie.
Dlaczego musieliście uciekać z Orłowa?
– W 1939 roku w przeciągu pół godziny, pod karą śmierci, musieliśmy opuścić naszą willę, zostawiając w niej wszystko, co posiadaliśmy. Niemcy wysiedlili wtedy całe Orłowo, każdy brał tylko to, co zdążył. Krótko przed rozpoczęciem wojny wiedzieliśmy, że jest ona tuż, tuż, ale nie wierzyliśmy, że wybuchnie. Byliśmy naiwni, tak jak ludzie teraz, i wierzyliśmy, że stosunki, w których żyjemy, są nie do zmienienia.
Jak ta ucieczka wyglądała?
– Szóstego dnia wojny z moją mamą i jedną znajomą wyruszyliśmy końmi na Wschód, jak większość Polaków, opuszczając majątki Ossolińskich pod Mielcem. Kiedy 16 września dowiedzieliśmy się, że Sowieci wkraczają do Polski, zawróciliśmy. Po 16 dniach jazdy z tłumem uciekinierów – wpierw na wschód, a potem na zachód – powróciliśmy do Gdyni Orłowa. Gdy dojechaliśmy do Siedlec, moja mama wpadła na genialny pomysł. Udaliśmy się na dworzec kolejowy i moja mama porozmawiała z pracującymi tam kolejarzami. To dzięki nim udało nam się dostać do pociągu towarowego. Ruszyliśmy w drogę powrotną nad morze. Przejeżdżając między Orłowem a Gdynią, z pociągu widzieliśmy, jak uzbrojeni żołnierze niemieccy prowadzą szosą aresztowanych mężczyzn. Nie sądziliśmy wtedy, że wśród nich mogli być nasi ojcowie i gdyńska inteligencja odprowadzana do transportu, do obozu koncentracyjnego. Ojciec mojej żony został prawdopodobnie zamordowany 15 listopada w Stutthofie. Ja później też byłem kontrolowany przez Niemców i SS, ale nie zostałem aresztowany, sam nie wiem dlaczego. Miałem szczęście. Właściwie przez całe życie miałem szczęście.
Powrócili Państwo do opuszczonego Orłowa?
– Tak, ale nie pozostaliśmy tam długo. Moja mama rozpoczęła energiczne poszukiwania ojca i trafiła w Gdańsku do pewnego majora, który pracował w wywiadzie wojskowym. On doradził matce, aby postarała się odnaleźć przynajmniej dwóch oficerów, którzy w czasie I wojny światowej służyli z moim ojcem w armii austriackiej. Matce udało się uzyskać zwolnienie ojca z obozu po otrzymaniu poręczenia od oficerów niemieckich (poprzednio austriackich), którzy w czasie zaborów służyli razem z ojcem. Po zwolnieniu obiecano mojemu ojcu, że zostanie dyrektorem Szkoły Morskiej w Kilonii, pod warunkiem że stanie się Niemcem. Ojciec tej propozycji oczywiście nie przyjął. Mieszkaliśmy w tej naszej willi, ale w całym Orłowie byliśmy sami, a całe miasto było puste.
Pewnego dnia pojawił się tam niemiecki lekarz z Estonii, któremu przydzielono naszą willę, i mieszkaliśmy tam razem z nim chyba przez tydzień. Znów musieliśmy udać się w drogę. Kupiłem gdzieś wóz piekarski, wyłożyliśmy go materacami i postanowiliśmy wyjechać do oddalonego od nas 600 km Krakowa. Przybyliśmy tam 8 grudnia. Proszę sobie wyobrazić, jaka to była wtedy podróż, końmi, wozem, znad morza do Małopolski. Z Krakowa odebrał nas mój stryj i zabrał wszystkich do Lipnicy, do rodzinnego domu Ledóchowskich, gdzie dorastał mój ojciec. Ja się zgłosiłem do leśnictwa i zostałem gajowym dla 10 wsi z Lipnicą. To był kolejny fantastyczny pomysł mojej mamy, bo gajowych, czyli urzędników, nie brano wtedy tak jak innych młodych mężczyzn na przymusowe roboty do Niemiec. I tak zostaliśmy w Lipnicy.
To wtedy dowiedzieli się Państwo, że rozstrzelano przyjaciela rodziny, Kossakowskiego?
– Tak. Mama wzięła nas wszystkich na rozmowę, okazało się, że dzieci Kossakowskiego będą porozdzielane po rodzinie. Mama powiedziała, że powinniśmy te dzieci zabrać do siebie. Pojechała po nie do Piotrkowa, gdzie dzieci przebywały pod opieką swego stryja, i przywiozła je do nas. Od tej pory żyliśmy razem w Lipnicy, a w 1943 poślubiłem Halinkę. Żona miała wtedy 18 lat, a ja 22 lata. Następnie z dzierżawcą Woli Mieleckiej, jednego z folwarków Fundacji „Ossolińskich”, udało się załatwić zatrudnienie mnie jako jego asystenta. Tam otrzymaliśmy specjalnie dla nas przygotowany domek, w którym mogliśmy zamieszkać. Tam urodził się nasz najstarszy syn Henryk. W 1944 roku ruszył front wschodni. Rosjanie poszli na Zachód, żeby zakończyć wojnę. Niemcy, cofając się, zabrali nam z folwarku wszystkie zwierzęta, a więc krowy, konie, świnie, drób. Aby nie wpaść w ręce sowieckie, byliśmy zmuszeni wrócić do Lipnicy. Wpierw jechaliśmy wołami, potem końmi, które dał nam jeden z naszych dzierżawców. I tak dojechaliśmy do Lipnicy.
W tym trudnym, wojennym czasie nie udało się Państwu dłużej pozostać w domu rodzinnym.
– 19 stycznia Sowieci zajęli również Lipnicę. Pomyślałem, że albo nas wywiozą na Sybir, albo stanie się coś strasznego. Moja żona była w drugiej ciąży, Henio był malutki, więc postanowiłem, że trzeba uciekać. Mieliśmy konia siwka i wóz drabiniasty, więc szybko spakowaliśmy beczkę z zabitym, zasolonym prosiakiem, zabraliśmy naszego rocznego Henia i w dwa dni, przy 20-stopniowym mrozie, dojechaliśmy do Krakowa. Początkowo spaliśmy w jakiejś fabryce, a ponieważ w Krakowie panował głód, udało nam się, za beczkę z mięsem, wynająć małe mieszkanko na ulicy Długiej. Mieszkaliśmy tam my we troje oraz rodzeństwo żony, moja mama i stryj żony ze Lwowa.
Duża rodzina do wyżywienia. Jak udało się Panu o nich zadbać?
– Krakowianie wracali wtedy masowo do swoich mieszkań, z których wcześniej wysiedlili ich Niemcy. Po wojnie ci ludzie chcieli wrócić do siebie, ale nie mieli żadnego transportu, a ja miałem wóz drabiniasty, który do takich transportów się nie nadawał. Kupiłem więc dużą platformę i zacząłem zarabiać, wożąc ludzi i ich dobytek. Woziłem tak od rana do nocy. W czasie godziny milicyjnej miałem przy sobie zawsze parę litrów wódki i dawałem ją Rosjanom, którzy tej godziny milicyjnej pilnowali. Mówiłem im: „nie pyskuj, nie zawracaj głowy, napij się wódki” i mogłem dzięki temu jeździć całą noc. Pracowałem nie tylko przy przeprowadzkach, woziłem, co się dało. Nosiliśmy szafy na piąte piętro, brałem sto kilo na plecy i dźwigałem. Pracowałem od 4 rano do północy lub dłużej. Taka była potrzeba i dobrze, że taką znalazłem pracę. 19 kwietnia urodził się nasz drugi syn, Włodzimierz, a ja dzięki pracy dość dobrze zarabiałem i mogłem utrzymać rodzinę. Te moje zarobki nie bardzo podobały się naszym nowym władcom z partii komunistycznej. Byłem coraz częściej wzywany na przesłuchania na milicję. To były bardzo nieprzyjemne spotkania, wręcz pełne nienawiści. Już wiedziałem, co się święci, w jakim kierunku to idzie i w jakim świetle chciano przedstawić moją rodzinę. Dla tych partyjniaków byliśmy burżuazją, krwiopijcami wyzyskującymi chłopów. Postanowiłem wtedy, że lepiej dla całej rodziny będzie, jeżeli przerwę wożenie towarów i zejdę tej narzuconej nam władzy z drogi.
Dlaczego zdecydował się Pan na wyjazd do Austrii?
– Zaraz po wojnie pracowałem w zrujnowanej stoczni w Gdyni. Potem byłem taksówkarzem, a ostatnie osiem lat przed wyjazdem do Austrii pracowałem jako kreślarz na politechnice, ilustrowałem podręczniki, rysowałem silniki w przekroju. Pracowałem dużo na zlecenia, bo pensja była marna. W PRL z moim nazwiskiem nie mogłem dostać lepiej płatnej pracy. Pracowałem więc nieraz dzień i noc. Miałem coraz większe problemy z utrzymaniem rodziny. W 1955 roku urodził się nasz trzeci syn, Leszek.
W Polsce nie miałem żadnych szans rozwoju, a byłem jeszcze stosunkowo młodym człowiekiem. Widoków na przyszłość nie było, a w Austrii od pokoleń mieszkała część mojej rodziny, znana wśród arystokracji austriackiej. Stryj mojego dziadka był wychowawcą Franciszka Józefa, późniejszego cesarza, natomiast brat mojego dziadka cieszył się szczególnym zaufaniem cesarza Karola. Po wojnie wielu członków mojej austriackiej rodziny piastowało wysokie stanowiska, np. mój krewny był I sekretarzem w austriackim MSZ. Postanowiłem więc, że wyjadę do Austrii. Oczywiście na mój wniosek o wyjazd z Polski otrzymałem od władz ludowych odmowę. Po wielu kolejnych odwołaniach przekonałem ich, że skoro jestem dla nich wrogiem klasowym, to lepiej będzie, jeżeli pozwolą mi na zawsze wyjechać z Polski i w ten sposób się mnie pozbędą. Wizę do Austrii dostałem w 1960 r., na dwa tygodnie przed powołaniem do wojska, czyli dla ówczesnej władzy musiało być jasne, że już nie wrócę. Potem okazało się, że z moim wyjazdem wiązali pewne swoje plany.
Wyjazd z Polski był dla mnie okropny, bo nie wiedziałem, czy jeszcze zobaczę moją rodzinę, żonę, synów. Ten pierwszy okres w Wiedniu, kiedy byłem tu sam, bez rodziny, był straszny. Pierwsze trzy miesiące jeszcze jakoś dawałem sobie radę, pracowałem, potem było coraz gorzej i przez następne dziewięć miesięcy cierpiałem na bezsenność. Wieczorem kładłem się na godzinę, wstawałem i resztę nocy chodziłem po mieście. Przeszedłem wtedy cały Wiedeń wzdłuż i wszerz. Nie wiedziałem, co dalej będzie. Później zmieniłem pracę na lepiej płatną, pieniądze przesyłałem, gdy tylko mogłem, ale nie wiedziałem, kiedy zobaczę synów i żonę.
Czy to prawda, że w Austrii próbowano z Pana zrobić szpiega?
– Ktoś z ówczesnej polskiej ambasady zaprosił mnie w Wiedniu na kawę. Próbował mnie namówić do współpracy, mówił, że przecież jestem patriotą, więc powinienem im donosić. Chcieli wykorzystać moje znajomości w Austrii i zrobić ze mnie szpicla. Powiedziałem temu człowiekowi, żeby zapłacił za kawę, wstałem i wyszedłem. Nie nachodzili mnie więcej. Dopiero po dwóch latach dostałem paszport konsularny i mogłem jechać do Polski. Ówczesna władza wiedziała, jakie mam w Austrii kontakty wynikające z moich powiązań rodzinnych i nadal chcieli zrobić ze mnie szpiega. Zaproszono mnie na spotkanie w hotelu w Gdańsku, gdzie czekał na mnie, przybyły z Warszawy, około czterdziestoletni człowiek, który wszystko o mnie wiedział: kogo znam, z kim jestem spokrewniony, po prostu wszystko. Namawiał mnie na szpiegostwo, ale tylko pod tym warunkiem, że sam tego będę chciał, inaczej – jak stwierdził – nie byłoby ze mnie żadnego pożytku. Obiecywał, że mnie i mojej rodzinie niczego nie zabraknie, że będziemy żyć na poziomie, jaki mi się należy. Wyciągnąłem wtedy mój paszport konsularny i powiedziałem, że ponieważ jesteśmy w Polsce, to mogą mnie teraz, zaaresztować, zastrzelić, ale służyć im nie będę. Ten człowiek zaprosił mnie jeszcze na kolację i obiecał, że nikt mnie już więcej nękać nie będzie. I tak się, o dziwo, stało. Moja żona dostała paszport i wizę i mogła przyjechać do mnie do Austrii na dwa tygodnie. Na stałe już z 7-letnim Leszkiem dopiero po trzech latach. Urząd Bezpieczeństwa dał mi spokój. Być może ze względu na moje koneksje w Austrii obawiali się niewygodnego dla nich rozgłosu, gdyby mnie szykanowali. W Austrii po mniej ciekawych zajęciach byłem menedżerem dużej firmy budującej urządzenia energetyczne, które między innymi sprzedawałem w Polsce w latach 1965-1980. Następne 10 lat byłem pracownikiem Episkopatu Niemieckiego i Austriackiego, szefem wydziału polskiego, gdzie pod znakiem „pomocy kościołowi, kiedy znajduje się w trudnościach” wspomagałem budowę w Polsce kościołów, seminariów, drukarni oraz udzielałem w imieniu mego zleceniodawcy dalszej pomocy w najróżniejszej formie. W tamtych latach przeszło przez moje ręce ponad 100 milionów marek niemieckich ofiarowanych polskiemu Kościołowi przez płatników niemieckich, tamtejszych katolików. Austriacka pomoc była minimalna z uwagi na ówczesne stosunki w państwie. Moja praca wśród Polonii austriackiej jest dość znana, więc ją pominę. Do dzisiaj jestem wiceprezesem Austriacko-Polskiego Towarzystwa oraz Towarzystwa Chopinowskiego. Kiedyś policzyłem, że wykonywałem w swoim życiu 15 zawodów.
Jak potoczyły się losy Pana synów?
– Najmłodszy syn, Leszek, mając 7 lat, przyjechał z moją żoną do Wiednia na stałe, w początkach 1964 roku. Dwaj starsi synowie zostali wtedy w Polsce z moją mamą, bo chcieli skończyć rozpoczęte już studia. Średni syn dojechał do nas już po zakończeniu edukacji. Najstarszy syn, Henryk, został w Polsce na stałe i po stanie wojennym był pierwszym prezydentem Sopotu. Nie nadawał się na urzędnika na takim stanowisku, bo traktował wszystkich petentów z jednakowym szacunkiem i prośbą o trzymanie się obowiązującego porządku prawnego. Żadnej pani w jakimś obcym urzędzie, załatwiając jakąś sprawę, nigdy nie dał nawet czekoladki, bo uważał, że to można już uznać za łapówkę. Wydzwaniały do niego jakieś oburzone panie ministrowe, że on nie chce im załatwić, na przykład, mieszkania. On traktował wszystkich równo i prosił, aby załatwiać swą sprawę drogą urzędową. Po zakończeniu prezydentury, objął pozycję prezesa Regionalnej Izby Obrachunkowej województwa gdańskiego, które to instytucje powoływano w całej Polsce i pozostał na tym stanowisku do swej emerytury. W Sopocie pod jego pieczą znajdują się nasze uratowane zbiory rodzinne, obrazy, portrety i m.in. ponad 60 oryginalnych listów cesarskich i królewskich, wśród nich także Jana III Sobieskiego. Henryk jest teraz jedynym kuratorem Ossolineum z urzędu, a po nim będzie jego syn – Adam. Drugi syn, Włodzimierz, ożenił się w Szczecinie z Polką poznaną w Budapeszcie i powiedział do nas po powrocie z Węgier: ta albo żadna. Najmłodszy, Leszek, ożenił się Austriaczką, która nie zna języka polskiego, ale po tak długim małżeństwie z Polakiem, mając dzieci i wnuki dobrze mówiące po polsku, już nieźle radzi sobie z polską mową. Wszystkie nasze wnuki mówią dobrze po polsku. W sumie mamy teraz już dziewięcioro prawnuków i z nimi też rozmawiamy zawsze po polsku.
Pańska rodzina jest bardzo liczna i rozrzucona po Europie. Czy udaje się Wam często spotykać?
– Gdy się ma tyle członków rodziny, to stale są śluby i okazje, żeby się widywać. Człowiek się czasem gubi w tych wszystkich urodzinach, imieninach. Życie rodzinne mamy bardzo udane, ale faktycznie trudno jest zebrać wszystkich w jednym miejscu.
A kim czują się Pańscy synowie, wnuki, prawnuki?
– Z poczuciem polskości u kolejnych pokoleń, które nie mieszkają w Polsce, jest tak, że z czasem trochę rozchodzi się ta polskość po kościach, ale to jest naturalne. Wręcz nie jest możliwe, aby było inaczej. Te dzieci, które są w Polsce, to wiadomo, są i czują się Polakami. Ale gdy one przyjeżdżają tu, do Austrii, to tu też czują się jak u siebie w domu. Natomiast wnuki, które są w Austrii, i ich dzieci czują się Austriakami, Polska jest ich najbliższym krewnym. I to jest normalna rzecz. Spotykałem ludzi, którzy byli oburzeni, że nie mam polskiego obywatelstwa. Człowiek jest owocem miejsca, w którym się urodził i wychował. A potem to już może być różnie. Żona moja i ja jesteśmy Polakami, bo się tam urodziliśmy, tam spędziliśmy młodość, wojnę, czasy komunistyczne. Natomiast od lat siedemdziesiątych jesteśmy obywatelami austriackimi. To jest czysto administracyjna sprawa. Liczy się poczucie przynależności, ale czy do tego jest potrzebny papierek? Ilu ja tu znam ludzi, którzy mają polskie obywatelstwo, a Polska ich nie interesuje! Przede wszystkim jesteśmy Europejczykami. Żyjemy w niesłychanie szczęśliwym czasie, bo od czasów II wojny światowej nigdy w Europie nie było tak długo pokoju. Ludzie jednak są naiwni, myślą, że sytuacja, w której żyją, nigdy się nie zmieni. Młodzi ludzie nie są w stanie wyobrazić sobie, że mogłyby wkroczyć jakieś obce wojska i wszystko wywrócić do góry nogami. My wiemy, że to jest możliwe, bo myśmy to już przeżyli.
Tym kończę moje opowiadanie o mej rodzinie. Żona moja pochodziła z wielkiego rodu magnatów Kossakowskich. Zaznaczam z naciskiem, że wszystko, co udało się nam, mojej żonie i mnie, osiągnąć, zawdzięczam głównie mej żonie, która oprócz pracy w rodzinie 21 lat pracowała w Wiedniu u Philipsa, zdobywając tam wielkie uznanie. A w mojej pracy była mi zaufanym oraz najbliższym pomocnikiem.

Rozmawiała Magdalena Marszałkowska, Polonika nr 232, maj 2014

 

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…