Zanim pierwsza gwiazdka błyśnie

Kiedy z końcem października w sklepach dostrzegłem pierwsze przedmioty wskazujące na zbliżające się święta, od razu wiedziałem, że wraz z budzącą się zimą budzą się również zrzędy, które uważają całą tę przedświąteczną atmosferę za horror.

Wystarczy, aby w jakimkolwiek sklepie pojawił się malusieńki, czekoladowy Mikołaj, to już się zaczyna wielka symfonia marudzenia, bo znowu nam idą te święta i trzeba być obowiązkowo wesołym i cieszyć się oczekiwaniem na nie.

Najczęściej słyszy się krytykę, że konsumpcja coraz bardziej staje się najważniejszą częścią okresu świątecznego i że zapomina się, co właściwie stanowi sens świąt. Mogę to nawet zrozumieć, gdyż w czasie przedświątecznym oferta we wszystkich sklepach bez względu na branżę rzeczywiście jest olbrzymia. Zastanówmy się jednak dalej: tylko to, że jest oferta, nie oznacza, że musimy z niej korzystać. Przecież w supermarketach nie ma ani fioletowej krowy, która pistoletem zmusza nas do kupowania jej produktów, ani pracowników przebranych za Babę Jagę, którzy jakimś podejrzanym grzanym winem pozbawią nas własnej woli. To paradoksalne. Dzisiaj korzystamy z naszej wolności i możliwości wybierania dla siebie czegokolwiek tak często jak nigdy wcześniej. Nie przyjmujemy pracy zaproponowanej przez urząd pracy, bo musielibyśmy pracować 40 godzin w tygodniu, a my chcieliśmy tylko 38,5. Zrywamy z naszym partnerem, bo nie odpowiada nam jego lub jej sposób wysmarkania się (po co więc walczyć, skoro dziś mamy wszelkie rodzaje wolności i nie musimy przecież zostać z takim potworem) albo nie odwiedzamy rodziców, bo nam się po prostu nie chce (tylko my decydujemy co i jak). Więc nie do końca rozumiem, dlaczego akurat przed świętami ludzie odczuwają tak ogromną presję, z którą już nie dają sobie rady i wbrew własnej woli kupują i kupują... i kupują.
A może ta niechęć do świąt związana jest ze wszechogarniającym pesymizmem, który ostatnio spotyka się na każdym kroku. Wystarczy obejrzeć nowości w telewizji. Nie ma dnia, w którym mowy nie byłoby o kanibalu, który zjadł sąsiada, ponieważ miał pustą lodówkę, a sklep już był zamknięty, lub o krokodylu, który w australijskim buszu odgryzł głowę jakimś turystom, bo ci pomylili go z nadmuchiwanym materacem, albo o jakimś facecie, który tak był zafascynowany dziewczyną, z którą był na randce, że urządził jej mieszkanie w swojej piwnicy. Nigdy nie mówi się np. o chorobach, które lekarzom udało się wyleczyć czy o sukcesach politycznych. O zwycięstwach rodaków na sportowych zawodach mówi się najwyższej jeden dzień. Dlatego święta dla większości społeczeństwa muszą być wydarzeniem dość dziwnym. Nagle śmierć nie czeka na nas na następnym przystanku tramwajowym, ale wszędzie widzimy światełka, słyszymy muzykę i widzimy ludzi, którzy w tym okresie zastanawiają się przede wszystkim nad tym, jakim prezentem mogliby ucieszyć swoich bliskich. Żadne katastrofy, tylko harmonia i miłość. Czasami się zastanawiam, czy może nie akurat w tym tkwi problem. Cieszyć się taką pozytywną atmosferą jest zadaniem, które wielu osobom, moim zdaniem, przychodzi ciężko. Z czego mamy się cieszyć, gdy wszyscy chodzą z takim głupim uśmiechem na twarzy? Dużo lepiej, kiedy osoba idąca przed nami na ulicy się przewróci i złamie sobie czwarty kręg lędźwiowy lub kiedy sąsiadowi się pali durna choinka wraz z durnym salonem. Zajmowanie się problemami innych jest bowiem idealnym sposobem zapominania o swoich.
Ja z kolei jestem wielkim fanem świąt. Zauważyłem, że większość osób wychowanych w górskich okolicach, tak jak ja, ma taki sam silny sentyment do nich. Na pewno to się wiąże z tym, że krajobraz naszej ojczyzny zimą jest cudowny. Od dzieciństwa śnieg jest stałą częścią naszego życia: narty, sanki, a później już Aprés-Ski.
Nie zgadzam się z ogólnie przyjętą opinią, że społeczeństwo zapomniało o prawdziwych wartościach świąt. Większość moich znajomych w Wiedniu to osoby z zagranicy. Nie znam ani jednej spośród nich, która na święta nie wróciłaby do rodziny. Przecież o to chodzi: o bycie z bliskimi. A co z tego, że są też prezenty? Prezent jest symbolem tego, że ktoś o nas myślał, a w tym chyba nie można dostrzec nic złego.
Zwraca się uwagę, że święta są coraz bardziej komercyjne. Czy tylko święta? Zaraz po Nowym Roku mój znajomy planuje ślub z hucznym weselem. Jeżeli chodzi o mnie, to uważam na przykład wesela, na które rodziny wydają majątek, za wielki niepotrzebny cyrk: aby suknia panny młodej była najładniejsza, aby biesiada była wystawna, aby prezenty były imponujące. Raczej rzadko słyszę, że wesela mijają się z celem, wręcz przeciwnie: do banku jeszcze biega się po kredyt, aby móc sobie pozwolić na gigantyczną imprezę. Więc wybierzcie sobie obrączki, a goście wybiorą prezenty i wszystko, co wam jeszcze potrzebne. A jeśli ktoś mnie szuka, wybieram prezenty dla rodziny i przyjaciół, nucąc kolędy.

Armin Innerhofer, Polonika nr 215/216, grudzień 2012/styczeń 2013

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…